29 października 2020

Artystyczne odkrycie sezonu – Tomasz Karpiński

3 min read

Fotografik pisze o sobie…

Urodziłem się w siarczystą Wigilię Bożego Narodzenia. Do domu jechałem saniami.

Polski Konopat

Wieś mojego dzieciństwa i młodości. W parku stał dwór. Obok – sad jabłoni. Raj i fatum.

Świecie nad Wisłą

Dorosłość. Piszę i patrzę. Parzę i obserwuję.

Dolina Dolnej Wisły pełna harmonii. Mam 33 lata. 4 koty. Kocham i jestem kochany. Fotografuję. Piszę. Żyję.

Fotografowaniem zająłem się cztery lata temu, kiedy na urodziny dostałem aparat. Na początku fotografowałem przyrodę. Dopiero z czasem przyszły pomysły, na tego rodzaju zdjęcia, jakie są na wystawie. Jestem na nich ja, bo nie miałem innego modela. Poza tym spoglądanie na swoje ciało ma dla mnie wymiar terapeutyczny. Jestem dla siebie bardziej wyrozumiały. Możliwość spojrzenia na swoje stopy, nogi, ręce jak na ręce, kogoś obcego, innego, sprawia, że jestem łagodniejszy dla siebie.

Zdjęcia są czarno – białe. Takie są, moim zdaniem, bardziej wymowne. Pojawia się często biała szata – rodzaj kurtyny, za którą się chowam.

Na fotografiach pojawiają się dwa, trzy przedmioty – zazwyczaj stare graty, śmieci, znalezione gdzieś na strychu, lesie, rowie. Prawie wszystkie powstały w Polskim Konopacie.

¬¬¬¬¬_______________________________

„…prawie wszystkie powstały w Polskim Konopackie…”, przepiękna nazwa miejscowości, może właśnie dlatego, kolejny już raz w Tucholskim Ośrodku Kultury mamy do czynienia z wystawą prac, jakby z innej rzeczywistości. Owa rzeczywistość jawi nam się wyłącznie w odcieniach bieli i szarości, to ewenement w czasach, gdy fotografia barwna została wysublimowana do granic technicznych możliwości. Jeżeli Karpiński, jak pisze – fotografuje zaledwie od czterech lat, to albo ma zadatki geniuszu, albo posiada wręcz niebywałą intuicję. Osobiście skłaniam się ku drugiej możliwości.

Działa nowatorsko, bawi się nie tylko ciałem, ale i światłocieniem, jeżeli dokonuje takich operacji, to mamy do czynienia z artystą, który jest w połowie drogi do międzynarodowej sławy. Bez wątpienia to odkrycie tego sezonu, kluczem do jego prac jest prostota wyrazu, która dziełom daje niezwykłego blasku.

Fotografie Karpińskiego budzą niepokój, to jakby próba ukazania samego twórcy, który wydobywa się na powierzchnię ze świata bardzo szarej rzeczywistości. Skąd my to znamy? To prawie swobodna interpretacja na wzór bohaterów Dołęgi – Mostowicza, a może i samego Prusa! Kwestią czasu będzie ta chwila, kiedy artysta uwierzy w swój blask, a jego fotografie wręcz eksplodują fetą kolorów.

Jeżeli uznał, że jego własne ciało stanowi pierwszy plan z którym można dowolnie eksperymentować z wykorzystaniem przedmiotów dających siłę wyrazu, to możemy sobie wyobrazić, co będzie się działo w pracach, kiedy wkomponuje w zamkniętą kadrem przestrzeń… wielu ludzi.

Niezwykle trafionymi są podpisy pod fotografiami, przepięknie wręcz uzupełniają kompozycję, dając odczucie pełnej harmonii obrazu z krótkim tekstem.

Prace Karpińskiego są przewidywalne i całkowicie oderwane, wręcz ocierają się o abstrakcję, a ta uzyskana siłą obiektywu…, niezwykle bliska jest ruchom pędzla malarzy.

Przeciętny odbiorca z pewnością zastanowi się nad tym…, jak on to robi, że każdy pomysł przelany na matrycę, stanowi zamkniętą całość, a jednocześnie wręcz kipi podtekstami. Ten rodzaj prac jest spotykany wyłącznie u twórców z małych środowisk, u twórców, którzy żyją w zgodzie z naturą. Tylko pozazdrościć siły perswazji artystycznej i niezwykłego smaku.

Karpiński uprawia sztukę przez wielkie „S”, oby oparł się wszechobecnej tandecie i kiczowi z którym kolejny raz miałem do czynienia ledwie w piątek. Za pięć, sześć lat, Karpiński będzie na ustach Europy, a może i świata, warto go odkrywać, nieoszlifowany diament już wkrótce zamieni się w brylant.

Mariusz R.Fryckowski

…więcej: https://www.facebook.com/witryna.press

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook