nie. Gru 8th, 2019

Telewizyjno – Filmowa Agencja Promocyjna

Czy tucholscy policjanci wypowiedzą wojnę „złodziejom historii”? Cz1(Wideo)

8 min read

Być może, ale wpierw muszą przejść kolejne szkolenie. W miniony piątek (30 – 05-2014) w tucholskiej komendzie, odbyło się niezwykle ważne szkolenie – konferencja, na którą i ja zostałem zaproszony przez p. Komendanta Bodzińskiego.

Tematem szkolenia była ochrona zabytków traktowana wielowątkowo. Wykład przeprowadzili archeologowie z Bydgoszczy, jak wynika z tonu ich wypowiedzi nie urzędnicy, a ludzie pasji. To niezwykle istotne w procesie porozumienia, kiedy wspólnym celem jest ochrona tego, co stanowi o historii Polski. Każda ingerencja pospolitych hien prowadzi do nieodwracalnych  strat w procesie poznania. Do tematu powrócimy już wkrótce, omawiając go troszeczkę szerzej, utrzymując w kategoriach kompletnie obcych laikom. Ci ostatni być może mają najważniejszą misję do spełnienia, choć nie zdają sobie z tego sprawy. Wraz z moimi przyjaciółmi już za kilka dni wyjaśnimy to bliżej.

 Złodzieje historii

Ilekroć powracam do tej sprawy, bezradny załamuję ręce, wobec niezbitych faktów. Od dłuższego już czasu chciałbym szczegółowo opisać pewien szokujący fakt z historii ostatniej wojny, który dotyczył produkcji i prób słynnej „Wunderwaffe” Hitlera. Dotychczas poznaliśmy kilka epizodów, które nierozerwalnie związane są z Peenemunde i  Blizną. Powstało wiele publikacji, mnożono filmy dokumentalne i fabularne, poświęcone tym miejscom. Niestety, współcześni historycy nie mają przysłowiowego zielonego pojęcia o tym, że na ziemiach polskich istniał poligon równie wielki, a być może znacznie większy, niż oba wymienione wcześniej, razem wzięte. Kluczem do poznania tej historii są słynne Bory Tucholskie.

O tym miejscu można pisać bez końca, fakty, znaleziska, dowody, poszlaki, relacje, daremnie szukać ich w bibliotekach, książnicach. Pozostali wyłącznie, albo prawie wyłącznie potomkowie dawnych oddziałów okupanta, którzy zachowali część informacji głównie dla siebie. Istnieją również ustne przekazy mieszkańców, którzy byli świadkami pewnych zdarzeń i prób, dzisiaj pozostała ich zaledwie garstka.

Nikt ze świata nauki wydawał się nie być zainteresowany sprawą, którą większość z nich traktowała jak zło konieczne, lub podchodzili do sprawy, jak do wymysłu grupki oszołomów. Chyba tylko Duch Święty wie, ile czasu pochłonęło ustalenie faktów i niezbitych dowodów. I chociaż specjaliści – archeologowie w dalszym ciągu są sprawie obojętni, pojawili się na kwestionowanym terenie pospolici złodzieje, którzy wydzierają ziemi resztki przedmiotów, one już dawno powinny znaleźć się w polskich muzeach. Inną sprawą jest to, że obecne toną w niekompetencji, trawiąc to, czego dopuszczano się, wobec zabytkowych przedmiotów w nieodległej przeszłości. Jednak to temat na osobną opowieść, i to z wątkiem kryminalnym w tle.

Każdym prawdziwym miłośnikiem historii powinno wstrząsnąć kilka spraw, abstrahując od większości, skupmy się na środowisku ludzi, którzy wspierają się wzajemnie, wymieniają poglądy i techniki „wydobycia” artefaktów przeszłości, szacując od razu ile mogą na tym wszystkim zarobić. Ba! Mało tego mają jeszcze czelność piętnować każdego, kto śmie się im przeciwstawić! O kim mowa? O złodziejach!

Cóż dodać jeszcze? Państwo boryka się z ogólnym bałaganem, który dotyczy również zabezpieczania znalezisk, historia nie jest dzisiaj priorytetem, zwłaszcza ta z nieodległej przeszłości. Dzisiaj pasjonujemy się aferzystami, skorumpowanymi politykami i…wyborami kolejnych miernot, do rządów, bez przyszłości.

Popełniamy kolejny błąd, który prędzej, czy później okrutnie zemści się na naszych następcach – bezpowrotnie tracimy dowody tego, co przetoczyło się przez polskie ziemie w czasach ostatnich wojen.

Naród, który nie zna swojej historii…ginie, a wraz z nim narodowa świadomość.

Według szacunków w Polsce działa ok. 60 tys. poszukiwaczy amatorów, którzy używają wykrywaczy metalu. Zgodnie z obowiązującym od 2003 r. prawem każdy z nich powinien mieć pozwolenie wojewódzkiego konserwatora zabytków. – Dotychczas nie wydaliśmy żadnego takiego pozwolenia – mówi Mirosława Dernoga, kierownik wydziału archeologii Wojewódzkiej Służby Ochrony Zabytków w Poznaniu. – Poszukiwacze zwykle pytają, czy zezwolenie może obejmować np. całe województwo i obowiązywać nieograniczony czas. Tymczasem my możemy wydać je tylko na dokładnie określone na mapie miejsce i konkretny dzień – tłumaczy Dernoga. Oznacza to, że prawdopodobnie wszystkie poszukiwania prowadzone na terenie Wielkopolski, a podobnie jest we wszystkich pozostałych województwach, są nielegalne.

Każdy odkryty przez amatora przedmiot powinien zostać zgłoszony w urzędzie konserwatorskim. – Ale kto zgłosi zabytek, skoro według prawa znalazł go nielegalnie? – mówi Wojtek, poszukiwacz amator. Ponadto wszystko, co leży w ziemi, stanowi własność skarbu państwa i znalazca nie ma teoretycznie żadnych praw – ani do znaleziska, ani do jakiejkolwiek rekompensaty.

– Źle skonstruowane prawo zepchnęło poszukiwaczy do podziemia. Oznacza to, że nie wiemy niczego o zabytkach, które znajdują – dodaje Marek Brzeska, numizmatyk.

– Jeszcze kilkanaście lat i z ziemi zniknie ogromna liczba zabytków, które zostaną bezpowrotnie stracone dla nauki – mówi dobitnie „Gazecie” prof. Aleksander Bursche z Uniwersytetu Warszawskiego. – Większość trafi do prywatnych kolekcji lub na internetowe aukcje. Jedyną szansą, by temu zapobiec, jest zmiana prawa. Bez tego nic nie zdziałamy – dodaje prof. Bursche.

Wykrywacz – sprzęt domowy

– Kradzieże zabytków mają historię starą jak świat. Zmieniły się tylko metody – mówi Brzeska. Dawniej rabusie okradali groby faraonów. Dziś wyposażeni w nowoczesne detektory metali wyciągają z ziemi, co się da.

W Polsce długo nikt się tym poważnie nie przejmował, ale sytuacja zmieniła się w latach 90., kiedy dobry sprzęt stał się u nas równie łatwo dostępny jak na Zachodzie. Profesjonalny detektor kosztuje kilka tysięcy, ale najprostszy można dostać już za kilkaset złotych. W małopolskich, lubelskich i śląskich wsiach niemal w każdym gospodarstwie jest wykrywacz metalu – komentuje prof. Bursche.

– Jaka jest skala tego zjawiska, można ocenić dzięki serwisowi, który prowadzi w internecie anonimowy numizmatyk – opowiada prof. Bursche. Notuje on zgłoszone od maja 2004 r. znaleziska monet rzymskich – ze zdjęciem i opisem. Są tam już informacje o prawie 700 monetach, z czego część to niezwykle rzadkie okazy.

Autor serwisu nie opowie o sobie pod nazwiskiem, ponieważ nie chce mieć nieprzyjemności – Kiedyś znalazca szedł do handlarza i informacja o tym, co znalazł, rozchodziła się w środowisku kolekcjonerskim – trafiała do naukowców. Dziś nie potrzeba pośredników, jest internet. Zrobiło mi się szkoda tej wiedzy – mówi autor serwisu. – To świetna inicjatywa. Gdyby nie ta strona, bezcenne z punktu widzenia nauki informacje byłyby stracone – dodaje prof. Bursche.

W tym samym portalu znajduje się też mapa znalezionych w Polsce guzików z numerami pułków z okresu wojen napoleońskich.

– Zabytki, które znajdą poszukiwacze, na masową skalę są sprzedawane na Allegro – mówi Brzeska. – Przybywa ich z każdym rokiem. Aukcje są anonimowe, więc bezpieczne dla poszukiwaczy – dodaje.

Tajemnicą poliszynela jest to, że na aukcjach antykwarycznych w zachodniej Europie wyznaczone są ceny na zabytkowe „zapinki z Polski”.

Zbiory monet często są dzielone na części i wyprzedawane stopniowo. – Wystarczy trochę wprawy, by poznać monety ze skarbów. Mają charakterystyczne rysy, które powstają w trakcie oddzielania ich od siebie – mówi Mirosław Andrałojć, poznański archeolog, twórca programu inwentaryzacji skarbów.

W Poznaniu popularna jest giełda w Starej Rzeźni. – Jeżeli ktoś ma w klaserze jedną, dwie strony takich samych monet na sprzedaż, to wiadomo, że znalazł jakiś skarb – mówi Wojtek, poszukiwacz amator.

Jak to robią inni

Na zachodzie Europy amatorzy skarbów masowo pojawili się w latach 70. Od tego czasu niektóre kraje wprowadziły obostrzenia związane z poszukiwaniami za pomocą wykrywaczy.

Na przykład w Danii przepisy określają, na jakich terenach w ogóle nie wolno prowadzić poszukiwań. Znalezisko musi zostać zgłoszone do ministerstwa kultury, które na podstawie opinii wydanej przez archeologa decyduje, czy zabytek można zostawić w rękach prywatnych, czy też ma go przejąć muzeum. W takim przypadku znalazcy wypłacana jest rynkowa równowartość zabytku, ale pod warunkiem szczegółowego udokumentowania miejsca i okoliczności odkrycia.

Ale rzecz nie tylko w przepisach. – W Danii współpracuje się z amatorami. Dzięki temu sami pilnują stanowisk, przestrzegają wypracowanych zasad i zgłaszają znaleziska. W rezultacie Dania jest obszarem o jednej z największych liczbie znalezisk zabytków w Europie – komentuje prof. Bursche. – Dlatego w Polsce potrzebna jest nie tylko zmiana prawa, ale też stosunku naukowców do poszukiwaczy – dodaje.

– Dość trudno jest dyskutować, jeśli archeolodzy mówią o poszukiwaczach, że są źli, niedouczeni i kradną – mówi Wojtek. – Ale poszukiwacze to samo mówią o archeologach – przyznaje.

– W środowisku poszukiwaczy są ludzie, którym zależy na nawiązaniu współpracy z archeologami. Powoli uda się wypracować zasady tej współpracy – zapewnia Mirosława Dernoga.

Pasjonaci kontra zawodowcy

Największa w Polsce grupa poszukiwaczy skarbów to „militaryści”, którzy szukają wyposażenia wojskowego (odznaczeń, broni, części umundurowania) i „monetaryści”, którzy szukają głównie monet. Ci ludzie traktują poszukiwania, jako hobby. Jeśli jednak znajdą coś, co ich nie interesuje, sprzedają to. – Dlatego właśnie w środowiskach naukowych mówi się o nas, że szukamy w celach komercyjnych, lub mniej eufemistycznie nazywa się złodziejami – mówi Wojtek. – Ale dla nas najważniejsze jest samo szukanie i kolekcjonowanie – opowiada. Tej grupie poszukiwaczy najbardziej zależy na wyjściu z „podziemi”. Sami wypracowali kodeks poszukiwacza, którego podstawowe zasady zakazują m.in. rozkopywania grobów i stanowisk archeologicznych, i raczej go przestrzegają

Druga grupa to zawodowcy, którzy doskonale wiedzą, czego szukają i gdzie tego szukać. Działają dyskretnie, w małych hermetycznych grupach. Często metodycznie i planowo przeszukują stanowiska archeologiczne – mówi Wojtek. Nie są zainteresowani współpracą z archeologami ani żadnymi zmianami w przepisach. Mają dostęp do bardzo dobrego sprzętu, map, często posiadają archeologiczne wykształcenie. Są najbardziej niebezpieczni dla nauki i kultury polskiej. Archeolodzy bronią się przed nimi, rozrzucając na cenniejszych stanowiskach np. kapsle od piwa. We Francji rozpyla się z helikopterów opiłki aluminium, zresztą przeklinane przez archeologów.

Przy kilku instytucjach w Polsce (m.in. przy warszawskim muzeum archeologicznym) powstały już grupy poszukiwaczy amatorów współpracujących z naukowcami przy badaniach. Na razie jednak archeolodzy wypowiadają się o nich ostrożnie. – Zdarza się, że okazane zaufanie jest nadużywane – mówi anonimowo jeden z nich. – Ale coś trzeba ruszyć, bo na razie bezpowrotnie tracimy część naszego dziedzictwa narodowego – podsumowuje prof. Bursche.

________________

(mrf)

Na podstawie:

Podziemie polskich poszukiwaczy skarbów – Daina Kolbuszewska

Fot. wprowadzająca – TOKiS – PRESS