22 października 2020

Drog – bud, czyli… trzy ćwierci od śmierci

5 min read

Spółka „Drog-bud” zajmuje się szeroko rozumianym budownictwem drogowym, włącznie z przebudowami obiektów mostowych oraz wykonywaniem potrzebnych w czasie realizacji tych projektów przezbrojeniami mediów.

Z nowoczesnych technologii wykorzystywane są oczywiście mieszanki mineralno-bitumiczne SMA, WMS, mieszanki wykonywane na bazie bezbarwnego asfaltu syntetycznego (mieszanki kolorowe), jak również od roku 2007 mieszanki na bazie asfaltów wielorodzajowych multigrate. W wytwórniach mas bitumicznych stosujemy profesjonalny recykling odzyskanych nawierzchni asfaltowych z remontowanych dróg. Spółka specjalizuje się w wykonywaniu przebudowy  dróg wykorzystując  przy tym technologie MCE w węźle  mobilnej wytwórni mieszanek na zimno KMA 220.

Czytamy w firmowej witrynie Drog – budu” rodem z…Tczewa, którą zdobią fotografie nowoczesnych, czystych, chyba zupełnie nowych, maszyn drogowych.

Jest poniedziałek, dziewiętnasty dzień listopada, godzina 11:00 przed południem, nasze redakcyjne auto mknie do Bydgoszczy. „Mknie”, to oczywiście grubymi nićmi szyty żart, ponieważ przeciętnie uzyskana, średnia prędkość na całej trasie, a respektujemy wszelkie znaki drogowe, to 70 km/h! Mijamy zjazd do Świtu, by po chwili zbliżyć się do pierwszych zabudowań Łyskowa. Kolejne ograniczenie prędkości przed nami. Nie warto kusić losu, w centrum wsi nader często stał radar drogowy strażników gminnych z Kęsowa, noga z gazu, wleczemy się 40 km/h, tak na wszelki wypadek i dla…idei.

 

Tuż za pierwszym zakrętem, już za Łyskowem ożywa nagle 19 kanał CB-radia, kierowcy wyraźnie są czymś zbulwersowani, w prostych, żołnierskich słowach wyrażają oburzenie tym, co dzieje się na drodze. Po chwili wszystko jest jasne – roboty na drodze, robotnicy drogowi postanowili naprawić kompletnie zniszczoną nawierzchnie drogi. Chwalebne, ale sposób ich działania przyprawia o gęsią skórkę. Na drodze panuje kompletny chaos, kompletnie bez sensu ustawione „bariery” drogowe nie pozostawiają złudzeń, robotnikom chodziło chyba o to, aby wymusić na kierujących „coś| na kształt ruchu wahadłowego. Nie udało się, jednak to nie pierwszy już raz, kiedy na drodze spotykamy podobne „kwiatki”. Udaje się, przeszkoda już za nami, sytuację oczywiście bagatelizujemy, jako niedorzeczną, głupią i… skandaliczną. Jedziemy dalej…

 

Telefon od czytelnika

 

 

Dzwoni telefon, po drugiej strony zbulwersowany głos czytelnika informuje nas o tym, że na prostej od Tucholi, aż do słynnego ”zakrętu śmierci” (czytaj -> wyrzutnia), trwają prace drogowe związane z naprawą zniszczonej nawierzchni. Czytelnik jest silnie zdenerwowany, uświadamia nam, że firma dokonująca naprawy, bagatelizuje sprawy bezpieczeństwa, w miejsca wyfrezowane, które są źle oznakowane wpadają auta, kierowcy są kompletnie zdezorientowani i wyprawiają rzeczy, od których włos się jeży, nie tylko na głowie. Mamy dziwne skojarzenie, że obie ekipy drogowe coś łączy, nasz kierowca twierdzi, że…głupota. Kto wie, może ma i rację. Postanowiliśmy zająć się tą sprawą i przyjrzeć się działaniom tajemniczej firmy.

 

Panie, idź pan do „kerownika”

 

 

Wracamy w składzie zdekompletowanym, droga przebiega spokojnie, ruch zupełnie spory, przeciętna prędkość nie uległa zmianie, przez chwilę mam wrażenie, że wyprzedzi mnie rowerzysta, względnie „kulawy ślimak”, samo życie. Za kolejnym wzniesieniem będą już opłotki Łyskowa, ale co to?  Prace drogowe trwają, jest niewielki zator, zbliżam się do szalejącego na drodze kierującego ruchem. Upaprany do stóp do głów, na nosie okulary, na moje oko jakieś minus milion dioptrii, ciekawe czy widzi drogę? Chyba nie bardzo, niby pozostaje w kontakcie telepatycznym ze swoim kolegą po drugiej stronie maszyny, która wsypuje jakieś śmierdzące, czarne świństwo do wyrw w jezdni. Obaj robotnicy są równie dobrze zsynchronizowani, co wzorzec metra w Sevres pod Paryżem, z naszą starą, zdezelowaną miarką, którą zawsze wozimy w bagażniku, aby zmierzyć głębokość „czarnych dziur w jezdni, prawdziwy, kosmiczny unikat! Nie fatygują się nawet, aby odejść trochę dalej miejsca prac i ostrzegać nadjeżdżających kierowców przed przeszkodą. Warunki pogodowe raczej trudne, przejrzystość powietrza taka sobie, przydałaby się jakaś instalacja świetlna, ot tak, dla bezpieczeństwa pracowników i… kierowców. Mamy w końcu XXI wiek, ale nie tutaj, to raczej późne średniowiecze, choć galerników nie ma. Pełna demokracja i… zaufanie przełożonych do podwładnych. Fenomen?

 

Uchylam okno pytając „kierunkowszczyka”, dzień dobry, co to za firma tutaj działa?

 

-„Idź pan do kerownika” – pada odpowiedź. Cóż, podobnie było „za komuny” – mruczę pod nosem. Podjeżdżam do głównej maszyny, gdzie pracuje grupa usmolonych pracowników. Nie zwracają najmniejszej uwagi na panujący ruch, ich kamizelki odblaskowe są równie czyste, co kombinezony górników po wyjściu z kopalnianej „szychty”.

 

Zadaje podobne pytanie, są zdziwieni, przedstawiam się i pytam o kierownika budowy. Pada odpowiedź – „nie ma”. Odpowiedź godna pytania, zwala mnie prawie z nóg. Oznacza to, że panowie tak naprawdę robią, co chcą i nikt ich nie kontroluje! Teraz już wiem, dlaczego naprawiane nawierzchnie wytrzymują góra dwa miesiące, zanim znowu się rozlecą.

Nie ustępuję, pytam o nazwę ich firmy. Jeden z usmolonych odpowiada: „nie wiemy” – niezły żart.

 

Kpiarze –  drogowcy zmieniają jednak nagle zdanie, kiedy uświadamiam im moje prawa i ich obowiązki. Nazwa brzmi nawet dumnie” DROG – BUD. Od poniedziałku pozostanie dla mnie synonimem bylejakości i zagrożeń drogowych.

 

Jest wtorek, dwudziesty dzień listopada, godzina 7:30 rano

 

Jedziemy na sesję zdjęciową do szpitala w Chojnicach, nacieszyć się widokiem widelców w szpitalnych oddziałach dla chorych. Miło jest zobaczyć i utrwalić sztućcową normalność, której daremnie szukać w oddziałach tucholskiego szpitala, który miejscowi rajcy chcą złupić wysokimi podatkami.

 

Przed nami długa prosta do Bladowa. Wyrwy w jezdni są już wszędzie, jedziemy wzorem Kubicy – slalomem. Mgła się lekko przerzedza, hamuj! – Wrzeszczę, nasze auto staje dęba, przed nami wielka machina, jak z sennego koszmaru – drogowcy naprawiają jezdnię, są… NIEWIDOCZNI!!!! Powoli mijamy ekipę samobójców, ale, ale, cóż to? To nasz znajomy, ten od „dioptrii”, znowu kieruje ruchem, nie, jest inaczej, to ruch kieruje nim i to chyba przez przypadek. Machamy mu przyjaźnie ręką – niestety, niczego nie widzi, pędzącego BMW z przeciwka także, ledwo uskoczył.

 

Za Bladowem wszystko wraca do normy – wyfrezowane wyrwy poprzedzają brudne, niewidoczne tablice, które zlewają się w całość z drogowymi słupkami na poboczu. Kwestią czasu będzie wypadek, to pewne. Koszmar, takie są skutki przetargów, które wygrywają firmy z drugiego krańca Polski. Byle szybko, byle dalej i się… kręci…, o trzy ćwierci od śmierci.

 

Mariusz R.Fryckowski

 

 

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook