nie. Maj 31st, 2020

Drożdżowy problem

4 min read

W poszukiwaniu drożdży

Dzisiaj w poszukiwaniu drożdży odwiedziliśmy prawie wszystkie sklepy nie z potrzeby, a z ciekawości, czy są dostępne, czy też nie. Tucholski handel nie zawiódł, nie ma, choć po podzieleniu się uwagami z mieszkańcami, poprzez najbardziej popularny portal społecznościowy, otrzymaliśmy informacje, że są miejsca, gdzie ten produkt można kupić.

Do tucholskiej „Biedronki” drożdże, dotarły w nocy i trwa ich rozładunek, co zajmie trochę czasu, jak zapewniała jedna z pracownic marketu. W markecie Polo, produkt również jest dostępny, ale oba miejsca łączy wspólny mianownik – kolejki, a to oznacza niebezpieczeństwo w dobie szalejącego (podobno) wirusa.

W markecie produkt jest niedostępny, za to można go kupić w markecie „Dino”, problem w tym, że znajduje się w dużych opakowaniach, a to oznacza marnotrawstwo. Nikt nie potrzebuje tak dużych ilości (można kupić na spółkę np. z sąsiadką).

Kompletna porażka to sklepiki osiedlowe, rodzinne, słowem małe. Część właścicieli w ogóle nie zamawia drożdży ze stałego od lat powodu” bo nie idą”, faktycznie z chodzeniem drożdży może być mały kłopot, zwłaszcza, że rozmnażają się przez pączkowanie.

Po dłuższym czasie okazało się, że jest jeden sklepik w mieście, gdzie drożdże są dostępne w zwyczajnych opakowaniach.

Wydaje się też śmieszne, że w asortymencie wszystkich sklepów nie odnajdziemy drożdży w proszku, można odnieść wrażenie, że w niektórych sklepach obsługa nawet nie wie, że taki produkt na rynku jest dostępny. Zdecydowanie większą wiedzą dysponują w tym zakresie właściciele sklepików wiejskich w całej okolicy, gdzie drożdże zwyczajnie można kupić w obu postaciach.

 

Dlaczego przed świętami zabrakło drożdży?

 

Dobre pytanie, w większości sklepów, gdzie zwyczajowo drożdże były dostępne usłyszymy tę samą odpowiedź: „…bo nie ma w hurtowniach”.

To kłamstwo, sprawdzenie tej informacji zajęło dosłownie pięć minut. Sklepikarze nie lubią się wysilać i idą po najmniejszej linii oporu, wiążąc się w różny sposób z hurtowaniami, które prócz towaru oferują „coś jeszcze”. Zmiana miejsca zaopatrzenia się obu stronom zwyczajnie nie opłaca, skutek – ucierpi klient. Podobnie jest z czasowym brakiem np. papierosów i innych towarów. Co jeszcze bardziej odpycha klienta, niektóre małe sklepy podniosły ceny średnio o 25%, ale są i takie, gdzie ceny wzrosły nawet o 100%, jeden z nich „pozdrawiamy szczególnie”, piórami czytelników. Cena kilograma np. przeciętnych jabłek, sięga tam nawet prawie ośmiu złotych! Będziemy się temu miejscu przyglądać w sposób szczególny, to możemy Państwu obiecać.

Drugim powodem braku drożdży jesteśmy również my, klienci. To jak z papierem toaletowym, ręcznikami papierowymi, mąką, kaszą i makaronem. Kiedy pojawiło się zagrożenie epidemiczne, coś w nas pękło, a że Polacy to naród doświadczony, natychmiast wykupiono zapasy wymienionych towarów.

Łatwo było przewidzieć, że z gigantycznych zapasów mąki będzie w domu wypiekany chleb, a najłatwiej jest go wyprodukować z dodatkiem właśnie drożdży. Czymś naturalnym było ogołocenie rynku i z tego produktu. Niestety w większości przypadków kupione na zapas drożdże zepsują się po 30 dniach i trafią do kubła na śmieci. Bardziej zapobiegliwe gospodynie nadmiar drożdży zamrożą, ale nie można ich w tym stanie trzymać w nieskończoność.

 

W hurtowniach dostępne są drożdże w opakowaniach większych, często o masie 5 kilogramów. Ta postać wygodna jest dla większych producentów pieczywa i ciast, ale nie rozwiązuje kłopotów zaopatrzeniowych zwyczajnych klientów.

Prawdopodobnie drożdżowy problem utrzyma się do świąt, przejściowo mogą też być problemy z zaopatrzeniem w dobre jajka, które producenci bez opamiętania eksportują za znacznie lepsze pieniądze od tych, które mogą otrzymać na rodzimym rynku.

 

Co ciekawe, tucholska przypadłość nie istnieje np. w Człuchowie i  Chojnicach, co świadczy o tym, jak bardzo przywiązaliśmy się do marketów i również o tym, że małe sklepiki działają w trybie ”aby przetrwać” handlując wyłącznie tym, co najpotrzebniejsze. Problem w tym, że tak było nawet wtedy, gdy w Tucholi marketów jeszcze nie było.

Trudno, nie mamy wyjścia, nasze pieniądze przejmie handel sąsiednich  miast, gdzie w dalszym ciągu będziemy kupować kompleksowo, rzadziej, ale za to obficiej.

Nie nasz problem, trzeba będzie zapomnieć o lokalnej solidarności, skoro nie ma jej z drugiej strony.


(mrf.)