Bez lobbystów Tuchola i powiat przemienią się w ekonomiczną pustynię (felieton)

Nie ma najmniejszych wątpliwości, zarówno nasza gmina i powiat po kosmetycznych zmianach osobowych ( przynajmniej w jednym przypadku) tkwią w stagnacji i nie widać nawet najmniejszej jutrzenki zmian na lepsze. Coś z tym musimy zrobić.

Od pewnego czasu nie uczestniczę w sesjach: miejskiej i powiatowej. Oba gremia prawie już niczym mnie nie zaskakują. Gdyby na szalki wyimaginowanej wagi zasług położyć gminę i powiat, jedna z nich lekko przechyliłaby się w stronę powiatu. Przysłuchując się obradom, trudno oprzeć się wrażeniu, że władze samorządowe zajmując się sprawami codziennymi, nie mają kompletnie pomysłu na przyszłość tej społeczności, niestety w większości biernej.  I kompletnie bezużyteczne okazują się plany rozwoju na przyszłe lata.

To oczywiste, przeciętnym ludziom już „nie chce się chcieć”, są przekonani  o tym, że na nic nie mają wpływu. Zjawisko wielce niebezpieczne, prowadzące do postaw skrajnych. Piętrzą się natomiast obowiązki, głównie podatkowe. Trudno złamać przeświadczenie, że czują się jak „dojne krowy”, które zapełniają urzędniczy worek bez dna. Ludzie czują się całkowicie ignorowani, docenieni tylko na chwilę przed wyborami. Mamieni obietnicami, nawet nie podejmują najprostszych inicjatyw ( referendum), by wykrzesać z siebie minimum wysiłku i wywalić na bruk bez prawa powrotu, sprawców tej stagnacji.

Skoro jednak popełniliśmy ten błąd i wybraliśmy w demokratycznych wyborach swoich przedstawicieli, to w jakiś sposób musimy zmusić ich do pracy. Jednak oni muszą odczuć to, że ważniejszym od zwisającego konaru (to też jest ważne) jest zapewnienie przyszłości mieszkańcom.

Praca i to godna, dająca satysfakcję mentalną i finansową, to jasny, fundamentalny i behawioralny cel. Jednak bez pozyskania przedsiębiorców niczego nie będzie. Ci, których mamy, wykorzystują nas jako tanią siłę robocza i robią z nami to, co chcą. Idiotyczne widełki średnich płac, które określają rządowe instytucje, to utopia, lub zwyczajne PR-owe kłamstwo. Powód? Brak konkurencji z jednej strony, brak fachowców z drugiej. Czyja to wina? Figurantów, z toksycznej instytucji zwanej PUP – ą – Powiatowego Urzędu Pracy. Skąd taka opinia? Popatrzmy na JEJ skuteczność  – jest żadna!

Kompleksowo, jak zmienić tę tendencję, skoro zarówno burmistrz, jak i starosta zwyczajnie przegrywają z problemem, a nawet, jeżeli uda się stworzyć kilka lub więcej miejsc pracy, to zdarza się to raz na kilka lat! A kto otrzymuje etat? Ciotki, pociotki, znajomi, znajomi znajomych, a na szarym końcu jakiś zwyczajny Kowalski i to przez przypadek lub z pomocą środków dalekich od konwencjonalnych, a typowych do niedawna w poprzednim reżimie.

Samorządy, fundacje, stowarzyszenia i inne grupy, zostały zdemoralizowane lub wręcz żerują na słynnych unijnych dotacjach. Istnieją specjalne komórki, które niczym innym się zajmują, jak pisaniem programów i konkursami. Powoli zatracamy kontakt z rzeczywistością, znika duch przedsiębiorczości. Pojawia się wielkie niebezpieczeństwo, doskonale znane mojemu pokoleniu  – gospodarka z rozdzielnika pod dyktando. Jest oczywiście pewna różnica, kiedyś nakazy nachodziły z Moskwy, teraz z Brukseli, kołchoźniczy duch ciągle triumfuje!

Nikt z samorządowców nie walczy z tym niebezpiecznym zjawiskiem, raczej bezwolnie poddają się nurtowi tej absurdalnej rzeki, która płynie nie od źródła, a od oceanu… głupoty.

Skoro toniemy w absurdach i niemocy, pozostaje tylko jedno – zarówno gmina, jak i powiat potrzebują LOBBYSTY!

Kim jest lobbysta? Podajmy definicję.

Lobbing (z jęz. frankońskiego laubja i łac. lobium, lobia – krużganek, pasaż). Słowo lobby oznacza w jęz. ang. salę recepcyjną w hotelu lub parlamencie, stąd lobbying to dosłownie: „działalność wykonywana w lobby”. Z czasem określenie to przylgnęło do praktyki kontaktowania się z decydentami politycznymi, szczególnie w lobby angielskiej Izby Gmin lub amerykańskiego Kongresu. Powszechnie lobbingiem nazywa się wywieranie wpływu przez zawodowych rzeczników interesów (lobbistów, lobbystów) na władze publiczne. Określeniem analogicznym do „lobbingu” i popularnym w Polsce w I poł. XX w. było „antyszambrowanie” (od antichambre: przedpokój). Każda dziedzina nauki inaczej postrzega zjawisko lobbingu, stąd wiele często odmiennych definicji.

Oczywiście ta definicja nie do końca pokrywa się z zamierzeniem, o którym duma autor. Uściślijmy to, lobbing mieści w sobie kilka kategorii, nas interesuje:

  1. Lobbing w prawie i naukach prawnych
  2. Lobbing w naukach ekonomicznych i socjologii

Pozostańmy przy drugiej kategorii: lobbing w naukach ekonomicznych i socjologii, a ten zawiera w sobie:

  • analizę procesu decyzyjnego
  • politykę danego organu
  • własne cele strategiczne
  • własną analizę SWOT
  • bieżący monitoring wydarzeń

I właśnie o to chodzi. Wytłumaczmy to zjawisko na konkretnych przykładach zaczerpniętych z życia Tucholi, chwilowo zapominając o biznesie, którego do tej chwili praktycznie nie ma.

Miasto przejęło tucholski dworzec kolejowy. Plany perspektywiczne tego miejsca są bardzo ambitne, a zilustrowanie go wizjami artystycznymi, rozpaliły wyobraźnię samorządowców i tucholan. Wydano taczkę pieniędzy na plany  i co? I nic. Marszałek województwa obiecał gruszki na wierzbie, a z niej do dzisiaj niewiele spadło. Mówi się ( i słusznie), że poznamy urzędniczą działalność po owocach ich pracy. Jak to jest, marszałek wydał pieniądze na koncepcję, a rewitalizacji obiektu jak nie było, tak nie ma. Minęły miesiące i wreszcie ktoś w tucholskim magistracie obudził się z zimowego snu i przymierza się do wystosowania stosownego pisma do marszałka z pytaniem , czy błaganiem: „prosimy”, „zwracamy się” itp.. Kompletne pomylenie z poplątaniem, typowe urzędnicze pojmowanie rzeczywistości.

Lobbysta jedzie do darczyńcy i rozmawia, nie jeden raz, a wiele razy, aż do skutku. Kiedy osiągnie cel – obietnicę, dopiero wtedy swoją maszynerię urzędniczą, uruchamia jednostka samorządowa.

Ponieważ łaska pańska, na pstrym koniu jeździ, trzeba uzmysłowić sobie to, że podobny mechanizm powinien działać w każdej innej sprawie, gdzie angażowane są środki zewnętrzne. A jak jest u nas? Spotkania z wojewodą odbywają się od wielkiego dzwonu w dodatku w sytuacjach  bardzo oficjalnych, gdzie na podobne tematy, zwyczajnie nie wypada rozmawiać. I tak stagnacja się powiększa, aż do chwili słynnego przebudzenia.

Jak na podobne pismo zareaguje urzędnik, który stanowi ogniwo łączące np. burmistrza Tucholi z marszałkiem? Może takie pismo wywalić do kubła na śmieci, może je zgubić, a nawet kiedy dojdzie do głównego adresata, ten będzie miał pierwsze, oczywiste skojarzenie… Tuchola? A, to jest to miejsce, gdzie strona społeczna obrażała mnie w kwestiach obwodnicy. Co z takim pismem musi się stać? Trafi na stos podobnych wniosków. Brakuje tylko teczki z dopiskiem – do realizacji – „kiedyś tam”.

Przy takim mechanizmie postrzegania Tucholi, który jest oczywiście spekulacją, ale jest możliwy, marszałek powinien założyć swoje marszałkowskie „Archiwum X. Pewnie byłoby równie opasłe, co szafa Lesiaka, albo bardziej współcześnie… Kiszczaka.

Inna sprawa, wojewoda kujawsko-pomorski wystąpił do burmistrzów z apelem, o znalezienie miejsc pracy i mieszkań dla 170 osób polskiego pochodzenia. Niestety, niczego nie wskórał, ponieważ zgodnie z prawdą Gmina Tuchola nie dysponuje jednak wolnymi lokalami mieszkalnymi. W tej odpowiedzi polityki jest tyle, ile zdrowej żywności w lokalnych, tucholskich marketach. Jak zareaguje wojewoda na podobną odpowiedź? Tuchola? Na dno szuflady. I znowu przydaje się lobbysta, który rozważy wpierw problem. Kim są ci uchodźcy? Czy to islamscy bandyci o polskich korzeniach w 11-stym pokoleniu, którzy być może w nieodległej przyszłości lokalnej społeczności będą obcinać głowy i gwałcić żony i córki, czy też może chodzi o prawdziwych uchodźców, których kultura jest zbieżna z naszą?

Nie mamy takich informacji, innymi słowy…, wojewodę wysłano „na drzewo”!

I wreszcie najważniejsze zagadnienie – kwestia pracy, a wcześniej pozyskanie biznesu. Zadajmy sobie proste pytanie, czy ogłoszenia w prasie, czy portalach internetowych są wystarczające, by zachęcić do współpracy zewnętrznych przedsiębiorców? Biznesmeni nie mają czasu na podobne bzdury, jednak sytuacja może się diametralnie zmienić, jeżeli w odpowiedniej chwili w firmie pojawi się tucholski lobbysta, który ma „propozycję nie do odrzucenia”. Czym można zachęcić przedsiębiorcę? To oczywiste: niskimi kosztami własnej działalności. Czyli… na początek niskie podatki, dobre połączenia komunikacyjne ( ten fakt wykorzystała np. bydgoska „Łuczniczka”), czy inne bonusy. Lobbysta w porozumieniu z burmistrzem, czy starostą, przygotuje projekt umowy, który weźmie pod uwagę kluczowe elementy, w tym również kwestie zatrudnienia.

Gmina jest w lepszej sytuacji niż starostwo. Pierwsza zarabia, druga jednostka jest skazana na łaskę rządzących krajem. Jednak i oni są ludźmi i aby coś wywalczyć, potrzeba ponownie lobbysty, który zadziała, jak wytrawny gracz.

Tucholscy samorządowcy skupiają się nad jakimiś podrzędnymi interpelacjami, ( które można rozwiązać w kilka chwil) nie dopuszczając do siebie oczywistości, że jeżeli ludzie będą mieli pracę, to połowa nonsensów zniknie. Jakich? A choćby problem alkoholowy. Efekt? Znaczące oszczędności, wygenerowane brakiem…  problemów! Oczywiście, alkohol jest wyłącznie jednym z wielu przykładów.

Niestety, do chwili, kiedy samorządowcy nie zaczną wreszcie samodzielnie myśleć o przyszłości, nie swojej, a naszej ( w końcu ich wynajęliśmy i opłacamy) , najważniejszym, urzędniczym problemem będzie…, stworzenie komitetu organizującego nudne, jak flaki z olejem „Dni Borów…”za pół roku.

Wszyscy cenicie sobie spokój? Jasne, dobrze wam za to płacimy!

________________________

Mariusz R.Fryckowski