Blaski i cienie przebudowy ronda w Tucholi, czyli… drodzy kierowcy, pocałujcie nas w drogowe nosy!

Szanowni Panstwo, cudom nie ma końca, choć oficjalnie przebudowę wojewódzkiej 240-stki już dawno ukończono, (przynajmniej na papierze), to drogowym horrorom nie ma końca. Tym razem, zupełnie wesoło mieli ci kierowcy, którzy w okolicach ronda włączali się do ruchu. Z boku wyglądało to tak, jakby robotnicy kierujący ruchem próbowali na tych „bidoków” dokonać zamachu.

W licznej korespondencji do tokisa powtarza się przypuszczenie, czy niektóre zabiegi kierujących ruchem, nie są wprost wymierzone w nas. Widocznym tego dowodem jest to, co wydarzyło się ledwie kilka dni temu, gdzie włączającym się do ruchu kierowcom pobliskiego osiedla, zjeżył się włos w każdym możliwym miejscu. Sytuacja była tak niebezpieczna, że pomimo tropikalnych temperatur, tokis na miejsce wysłał jednego ze swoich dronów, aby przyjrzał się sytuacji.

Kierowcy wspomnianego osiedla kierujący się w stronę śródmieścia ( ha! śródmieścia) widząc lukę w ruchu ( wyjechać stamtąd to zawsze ryzyko i łut szczęścia) włączali się bez obaw, by chwilę później zobaczyć przed maską auta pędzącego tira w dodatku poruszającego się lewym pasem. Niektórzy z nas mają zupełnie niezły refleks, stawiając wszystko na jedną kartę by nie doszło do kolizji zjeżdżali na przeciwległy, chwilowo nieczynny pas, na którym właśnie wylano smołę, inni salwowali się ucieczką na chodnik. Powód tego zamieszania? Kierujący ruchem uznał, że jego „bezcenna” obecność powinna być kilka / kilkanaście metrów bliżej od osiedlowego wyjazdu. W ten sposób kompletnie zlekceważył użytkowników tej części miasta.

Tokis, oczywiście obsztorcował jegomościa, który z rozbrajającym uśmiechem, chyba w ukraińskim narzeczu wybąkał, że mu tu kazali stać i kierować. Nikt, ani nic nie ma kontroli nad eksterminatorem, by go przemieścić odrobinę bliżej ronda, po to, aby zadbał również o kierowców włączających się do ruchu z pobliskiego osiedla. O braku znaków ostrzegawczych nawet nie warto wspominać, bo nigdy ich tam nie było.

Po jakimś czasie nasz bohater sam doszedł do odkrywczego wniosku, że jednak cała sytuacja jest z natury tych „dziwnych” i niebezpiecznych. Dokonał się kolejny, prawdziwy cud, „trzymający lizak” przemieścił się i kierował ruchem tak, jak powinien od samego początku. Tym czasem koledzy jegomościa poustawiali plastikowe bariery tym, którzy kierowali się z miasta do ronda. Zamieszanie było godne, a manewrom zawracania nie było końca Tradycyjnie, nie było znaków, pozostała kierowcom wyłącznie intuicja i wielka maszyna drogowa – ostateczny argument, który zatrzymałby nawet wielką ciężarówkę.

Komu służą ci ludzie? Tego nie wiemy, ale zapuszczając w Tucholi korzenie na wiele miesięcy, wszyscy traktują ich nie jak zbawców, a jak drogowych terrorystów, którzy robią to, co chcą. Zatrudnianie Ukraińców to pewnie dobry interes dla firmy, która płaci im grosze, ale w Tucholi padł mit, że przybysze są tak „świetnymi pracownikami”, bo w rzeczywistości są równie bezmyślni, co i nasi.

Drogowe horrory zdarzają się w Tucholi każdego dnia, za chwilę rozpoczną się wakacje, a końca inwestycji nie widać. Zapewne w chwili, gdy na 240-stce pojawią się znaki poziome (pasy), rozpocznie się drugi etap przebudowy  – naprawy gwarancyjne, ponieważ usterek jest tak wiele, że trudno je policzyć. Tą najbardziej szokującą ostatnich dni, są niewątpliwie spadające, latarniane oprawy / klosze w rejonie ronda. Kiedy się to wszystko wreszcie zakończy?

Tokis stawia na późną jesień i oby nie było ofiar.


(mrf.)

RSS
Follow by Email
Facebook