Cebula w cenie pomarańczy, a ziemniaki w cenie jabłek, co się dzieje?

Od kilku miesięcy klienci sklepów spożywczych, również tych wielkopowierzchniowych, ciągle chodzą w lekkim szoku. Jak to możliwe, że korzeń pietruszki kosztuje przeciętnie około 10 złotych, a zwiędnięta rzodkiewka, z drugiego końca unii 1,50?

Przy innych zarobkach moglibyśmy boki zrywać, a tak, możemy ewentualnie strzelić sobie z rozpaczy w skroń, najlepiej z… procy. Cóż, płacimy za demokrację po „ichnemu” , mając świadomość, że to system polegający na terrorze większości, nad mniejszością. Zła wiadomość jest taka, że ten nonsens będzie trwał prawdopodobnie wiecznie, bo cywilizacja niczego lepszego podobno nie wymyśliła. Oczywiście to bzdura.

Po wiedzy uzyskanej po ostatniej akcji protestacyjnej słynnej AGROunii, która  na znak protestu w centrum Warszawy, wysypała jabłka, za które hurtownicy dają im zdaje się 35 groszy od kilograma, coś ludziom uzmysłowiono. Zapewne, gdyby właśnie te jabłka rozjechał od razu walec drogowy lub traktor, niczego z wyjątkiem soku, który spłynąłby z deszczówką wprost do kanału, ku uciesze gryzoni  (fermentacja), na ulicy by ich nie było, a tak media sfotografowały ludzi, którzy te jabłka wyzbierali, a skonfundowana policja postanowiła zainteresować się sprawą. Słowem, pomysł z gruntu był dobry, ale wykonanie, jak zawsze…

Zaraz, 35 groszy? Przecież w sklepie, te same jabłka, kosztują w przedziale od 1,99 do 4,50! Zaraz, skoro sadownik na tym nie zarabia, to o co chodzi? No właśnie…

Ziemniaki są świetnym przykładem.

Żeby ziemniak wyrósł na polu, rolnik musi zainwestować, kupi sadzeniaki, zaopatrzy się w olej napędowy do maszyn oraz nawozy. To część prawdy, bo w koszty musi jeszcze wliczyć rozklekotany traktor, który trzeba naprawić, pług w którym właśnie odpadł lemiesz i inne cuda. Wreszcie sukces w myśl zasady myślenia mieszczucha, rolnik leży w łóżku, a na polu wszystko samo mu rośnie. Powiedzmy, że to półprawda.

Nadchodzi czas zbiorów, rolnik zakłada gumofilce, kufajkę, zabiera ipoda i hyc do kabiny ciągnika, rozpoczyna się to, co nieuniknione – zbiory. Wszyscy cieszymy się, jeżeli chłopu obrodziło, a jeżeli nie? Wina rozchodzi się po kościach, a to sadzeniaki były trefne, a to, że susza, względnie powódź, same kataklizmy, łącznie z tym, którego imię brzmi Państwo.

Państwo powiada, damy ci naiwniaku za tonę „ziemniarów” tyle i tyle, sprzedajesz, czy nie? Jednak zza węgła wynurza się jegomość i powiada, te, rolnik, „hono tu”, słuchaj, wstrzymaj się, dam ci więcej. Rolnik ma dylemat, sprzedać handlarzowi, czy jechać na bazar, jednak rozsądek podpowiada, a kto mi kupi 100 ton i to od razu? Wybiera cenę handlarza. Po powrocie do domu szuka grubej linki i mocnej powały.

Spryciarz / handlarz ma środki, transport, miejsce do przechowywania, zabiera wszystko na pniu i natychmiast sprzedaje je każdemu, kto chce, po wyższej cenie, bo ma swoich 100% sprawdzonych klientów. Jeżeli jest bardzo konkurencyjny, przedsiębiorczy i ma siłę przebicia, trafi do sieci sklepów, która wszystko wchłonie i zarobi kolejne pieniądze na marży, za wszystko zapłaci klient, czyli stwór, którego kopią wszyscy i jeszcze każą mu się rozmnażać, aby podtrzymał rynek zbytu.  Łańcuszek zarabiających robi się bardzo długi, a klient?

Płacze i płaci.

Wniosek jest prosty, to nie rolnik, sadownik, czy hodowca zarabia na swoim produkcie, a pośrednik i dlatego jest, jak jest, niestety, tylko w teorii, bo właśnie do akcji włączył się jeszcze jeden pośrednik, który naprawdę potrafi skomplikować życie wszystkim, ale on też zarobi, bo ma siłę sprawczą prawodawcy. Witamy w Eurokołchozie! Sprawa rolnika zaczyna nabierać cech międzynarodowych, teraz wystarczy wybrać kraj, gdzie jest najtaniej, co niekoniecznie musi przekładać się na jakość produktu. Raz jeszcze, ma być tanio!

Sprytni z unii, pomyśleli tak, mamy unię dwóch prędkości, bo istnieje armia „uczłowieczanych dzikusów” wprost z Europy Środkowej, którzy pamiętają dawne czasy i zapobiegliwie kupią wszystko jak leci, bez wydziwiania, co do jakości, oni też kierują się tą samą zasadną – MA BYĆ KURNA TANIO!

Jednak my już wiemy, że w stosunku do naszych zarobków, wcale nie jest tanio, olaboga – myśli spryciarz od łatwego zarobku, co robić? I odnajduje rozwiązanie, przecież klimat się zmienia, była plaga szkodników czyli…, to ich wina!

Pietruszka – 9,99, ziemniaki – 2,20, jabłka – tutaj trzeba dokonać korekty, bo zaczynają gnić, a za chwilę będą nowe, ok., zmniejszamy cenę do 1, 45 (Dino) itd, itd.

Jak sobie poradzić? Czas odkurzyć sposoby naszych babć i dziadków, alternatywa jest jedna – działka i dokładne poznanie procesów pasteryzacji i fermentacji, bo nie obędzie się bez „słoików”, nawet w Warszawie!

Pamiętajmy jednak, że w myśl zasad demokratycznych, ciągle mamy możliwość wyboru…, pomiędzy dżumą i cholerą.

I co? Ciągle twierdzisz, że warto znieść wszystkie upokorzenia, za cenę swobodnego ruchu między krajami? Nie łudź się i to ulegnie zmianie i to już wkrótce!


(mrf.)

Na podstawie listu Czytelnika.

RSS
Follow by Email
Facebook