Do szkoły sześć razy w tygodniu, triumfalny powrót komuny?

Widmo zbliżającego się strajku generalnego nauczycieli spowodowało to, że z kazamatów rządowych „wydobyto” szefową resortu, jednak triumfalnego jej powrotu na białym koniu nie będzie, z wielu powodów, podamy tylko jeden, który z pewnością „ucieszy” młodzież, zwłaszcza tę, która znajduje się w wieku gimnazjalnym. Problem w tym, że rząd „zniknął” im klasy, łącznie ze szkołami.

Oczywiście fizycznie nic się nie zmieni, nie przybędzie szkół, ale chyba też już ich nie ubędzie, za to spotkają się pod jednym dachem uczniowie podstawówek i dawnych gimnazjum.

Zanim jednak tłumy dzieci i młodzieży wypełnią każdą wolną przestrzeń, łącznie z toaletami, zainteresowani powinni odwiedzić swoich krewnych i zapytać dziadków i babcie o historię, ściślej,  jak to było za komuny, aby uniknąć zaskoczenia w życiu dorosłym, zakładając, że obecny obóz rządzący, niczym Lenin, będzie wieczny.

W sprawie podwyżek nauczycieli trwa totalny pat, ale MEN bynajmniej nie pozostaje bierny i upiera się przy swoim, brnąc dalej.

I oto do konsultacji trafił projekt rozporządzenia mówiący o tym, że lekcje w szkołach mogą być prowadzone nawet przez sześć dni w tygodniu. „Solidarność” związkowców prawie dostała zawału, zwłaszcza po informacji, że rząd znowu dostosuje do sytuacji swoje prawo. Nauka w soboty bywała drzewiej i choć od tego systemu MEN odszedł wieki temu, to przepis pozostał i bynajmniej, może się okazać, że nie jest martwy.

Innej rady nie ma i nie będzie, zwłaszcza wtedy, gdy uświadomimy sobie fakt, że w jednym roku szkolnym spotkają się dwa roczniki w sumie około 730 tys. uczniów!

Co wyniknie z tej awantury? Dyrektorzy szkół mogą znaleźć się pod ścianą i nie będą mieli wyjścia, wolna sobota odejdzie tam, gdzie 16 lat temu martwy do teraz przepis – do lamusa, a teraz zostanie odkurzony.

A wybory parlamentarne już w tym roku…


M.

Fot.Tomasz Radzik

Dodaj komentarz