Z archiwum TOKiS-a: KU – 30 i alupolon. Opowieść sentymentalna

To był  intensywny tydzień, nic dziwnego, że w ramach odpoczynku znalazłem się w niezwykłym miejscu. Znam je od zawsze, to właśnie tutaj, wiele lat temu obserwowałem budowę niezwykłego jachtu, którego kadłub wykonano w całości ze zbrojonego betonu. Był ogromny, albo ja byłem jeszcze tak młody  i…niski. Pamiętam jakby to było wczoraj i tajemnicze słowa wodniaków z ZHP, wiesz…, to jacht siatko-betonowy, coś zupełnie nowego. Nie wiem, jakie były losy tej jednostki od zakończenia jej budowy, moje zainteresowania zmieniły się, wybrałem „bujanie w obłokach” – szybownictwo. Piękny wieczór, wyjątkowo ciepły, jak na tę porę roku – Brdyujście.

Odnalazłem jakieś resztki ławki, usiadłem i patrząc na zachodzące słońce przypomniałem sobie rozmowę z majorem Makiełą, który opowiedział mi historię pewnego kutra.

Opowieść jak z kart „Lalki” Bolesława Prusa

Wiem, dzisiaj nikt nie czyta książek, zwłaszcza utworów znanych i cenionych prozaików, dzisiaj mamy multipleksy i telewizory o przekątnej, która przyprawia o zawrót głowy. Tysiące kanałów telewizyjnych i pilot w ręku, to nasza „normalność”. Jednak zapewniam o tym, że były i są dla niektórych ciągle czasy, gdzie książka jest dobrem, które przyćmiewa wszystkie inne. Z pozoru nudne książki o romantycznym zabarwieniu, mogą stanowić o tym, że i dzięki nim dowiedzieć możemy się czegoś, co być może w przyszłości stanie się wstępem do historii tak nieprawdopodobnej, jak ta związana z pewnym amerykańskim eksperymentem.

W jednym z rozdziałów „Lalki” jest scena, gdzie pojawia się intrygujący wynalazek profesora Geista – dziwny metal, lżejszy od powietrza. Zafascynowany wynalazkiem Wokulski postanawia, że nadejdzie w jego życiu taka chwila, kiedy zainwestuje w dzieło Geista cały majątek, tylko po to, aby służył ludzkości. Oczyma wyobraźni snuł marzenia o wielkich machinach latających, lżejszych od powietrza, które przewozić będą ludzi w dowolne miejsca.

Zapewne Prusowi nigdy nie przyszłoby do głowy to, że podobny materiał zostanie wyprodukowany w Polsce i to przed Drugą Wojną Światową! Uściślijmy, „mój” metal nie był lżejszy od powietrza, był lżejszy od…wody!

KU -30

wyporność normalna – 9 ton

wymiary:
dł. – 14 m
szer. – 2,7 m
zanurzenie – 0,45 m
uzbrojenie – 2 nkm 13,2 mm Hotchkiss
pancerz: burta – 6-8 mm, pokład – 6 mm, wieże – 8 mm
napęd – 2 silniki 6-cylindrowe Kermath „Sea Wolf” po 225 KM, 2 śruby napędowe
prędkość – 42 km/h
załoga – 8 marynarzy

Uzbrojenie – 2 nkm 13,2 mm Hotchkiss

W marcu ’39 na Pinie odbyły się próby stateczności i prędkości jednostki, która została zakwalifikowana, jako ścigacz rzeczny pod kryptonimem KU-30. Kiedy pod koniec kwietnia ścigacz został poddany drugiej próbie, okazało się, że jednostka była tak doskonała, iż możliwe jest, że żadna inna armia na świecie nie miała podobnej jednostki.
Wrzesień ’39 rok- Niemcy napadają na Polskę, w ramach Oddziału Wydzielonego w Brdyujściu, kmdr.Kanafoyskiego zestrzelił trzy niemieckie samoloty. 3 września zostały wycofane do osłony wycofującej się armi „Pomorze”. Kilka dni później osłaniał on bombardowane przez Niemców mosty w Toruniu, a w 8-9 września most we Włocławku.

9 września zapadła decyzja o wycofaniu KU-30 wraz z innymi kutrami do Modlina- przez ziemie zajęte, już przez Niemców.
We wrześniu 1939 roku nie spadła nawet kropla deszczu, w większości rzeki w polsce wyschły, odsłaniając mielizny. Większości kutrów nie mogła pływać przy tak niskim stanie wody, więc Kmdr Kanafoyski wydał rozkaz zatopienia kutrów. Marynarze zeszli na ląd, aby dołączyć do walczących nad Bzurą…

Ta historia zakrawa na absurd. Wiąże się z metalem lżejszym od wody, wyprodukowanym w przedwojennej Polsce. A to po prostu niemożliwe. Z tym, że wszyscy, którzy zetknęli się z kutrem uzbrojonym KU-30, twierdzą, że musiał być wykonany z takiego metalu. Gdyby było inaczej, 14-metrowy, dziewięciotonowy kuter z dwoma działkami przeciwlotniczymi i ośmioosobową załogą nigdy nie przepłynąłby wysychającej Wisły pod Płockiem. We wrześniu 1939 r. utknęły tam inne jednostki. Przedarł się tylko KU-30. Dlaczego? Bo był wykonany z alupolonu. Tajemniczego polskiego wynalazku.

KU-30 w dużej części wykonano z alupolonu, metalu niesłychanie lekkiego i twardego. Dlatego zanurzenie dziobowe tego 9-tonowego kutra wynosiło tylko 40 cm

Kuter nadwodny
31 marca KU-30 transportem kolejowym przerzucono do stoczni modlińskiej, gdzie w ramach tzw. Oddziału Wydzielonego Wisła pod dowództwem kmdr. ppor. Romana Kanafoyskiego miał wziąć udział w wojnie z Niemcami.
Gdy w końcu kwietnia już na Wiśle i Bugonarwi KU-30 został poddany drugiej serii prób, okazało się, że powstała jednostka tak doskonała, że być może żadna armia nie mogła się pochwalić podobną. KU-30 rozwija prędkość powyżej 40 km/h. Jego część dziobowa była wolna od drgań, co pozwalało na prowadzenie doskonale celnego ognia. Specjalnie wyprofilowana część podwodna powodowała, że kuter przy dużej szybkości był z obu stron otoczony grubą kurtyną wodną, tzw. wąsem wodnym, chroniącym go przed ostrzałem z brzegów. To jednak, o czym się nie mówiło, to fakt, że zanurzenie dziobowe 9 tonowego kutra wynosiło ledwie 40 cm.. Wobec sukcesu, którym okazał się KU-30, marynarka wojenna zamówiła dwa kolejne kutry. Miały być gotowe na początku 1941 r.
KU-30 walczył na Wiśle. Początkowo od 1 wrzenia 1939 r. w ramach Oddziału Wydzielonego w Brdyujściu. Kutry kmdr. Kanafoyskiego zestrzeliły tu trzy niemieckie samoloty. Jaki był w tym sukcesie udział KU-30, nie sposób powiedzieć, bo ogień do niemieckich maszyn prowadziły wszystkie jednostki. Od 3 wrzenia już nie atakowali. Oddział kutrów skierowano do osłony wycofującej się armii Pomorze. W tych dniach KU-30 stał się jednostką flagową flotylli wiślanej. Dotarł pod Świecie, ostrzeliwując obsadzony przez Niemców lewy brzeg Wisły. Był dla tych drani nieuchwytnym. Kilka dni później osłania ogniem bombardowane przez Niemców mosty toruńskie, a 8-9 wrzenia most we Włocławku. 9 września wobec niemieckich postępów zapada decyzja wycofania oddziału do Modlina  przez Płock i Wyszogród, już zajęte przez Niemców.

Alupolon

Historia tego stopu nie jest do końca znana. Procentowa zawartość składników do dzisiaj pozostaje tajemnicą. Źródła wspominają o dwóch polskich naukowcach, są dla mnie bezimiennymi (być może ktoś z czytelników zna dalsze losy kutra i materiału, z którego go zrobiono, a może ktoś ma choćby skrawek tego metalu? Chciałbym go, choć raz wziąć do ręki i przekonać się o jego niezwykłych właściwościach).

Historia KU – 30 kończy się typowo, zostaje on zatopiony na rozkaz kapitana, gdzieś w okolicach Bugu, Narwi. Nie znam dokładnie pozycji, wiem jednak, że kiedy załoga otworzyła zawory denne, nic się nie stało. Kuter w dalszym ciągu pływał. Sytuacja uległa zmianie dopiero wtedy, gdy obciążono kadłub kamieniami. Jednostka z trudem, ale zatonęła. Wynika z tego, że powinna znajdować się w doskonałym i nienaruszonym stanie do dzisiaj. Niestety, załoga musiała wybrać jakieś wyjątkowe miejsce, że pomimo poszukiwań Niemców, jednostki nigdy nie odnaleziono. Okupanci, bardzo intensywnie poszukiwali autorów niezwykłego stopu, nigdy ich nie odnaleziono. Wiem, że przeżyli wojnę, wiem, dokąd trafili i czym się zajmowali. Zmarli, śmiercią naturalną, zabierając ze sobą na zawsze tajemnicę produkcji alupolonu.

Słońce dawno zaszło. Czas wyłączyć komputer, rozgrzać silnik i wracać do domu.

***

Posłowie

Podczas pisania tamtego tekstu wspomniałem również o tym, że mam pewne marzenie, mianowicie, chciałbym dowiedzieć się tego, jakie były późniejsze losy tej konstrukcji. Czy pływała, jaką nazwę otrzymała, czy jeszcze komuś służy?

Wiem, sporo tych pytań i żadnych nadziei na uzyskanie odpowiedzi… aż do dzisiaj! Proszę sobie wyobrazić moje zaskoczenie i radość, kiedy w skrzynce pocztowej odnalazłem list, w którym jego autor opowiada o czymś, co dla mnie jest jak cofnięciem zegara o kilkadziesiąt lat w jednej chwili. Co odczuwałem? To oczywiste, radość z tego, że po tak wielu latach ( i teraz uwaga!), powtórnie zobaczę już legendarny dla mnie jacht!

Inne ujęcie jachtu

I jak tu nie wierzyć w zbiegi okoliczności. Dzięki pomocy pana Przemka dowiedziałem się o tym, że łódź otrzymała nazwę Magda „M” i została zatopiona w konkretnym miejscu i z konkretnego powodu. Wiem gdzie jest, wiem, w jakim znajduje się stanie i wiem też, że jest dzisiaj bardziej popularna niż wtedy, gdy ją budowano. A to wszystko dzięki płetwonurkom – ludziom jak nie z tej planety, którzy prócz miłości do otwartych przestrzeni, pasjonują się tym, co pozornie zaginęło z historii naszej państwowości. Oczywiście odrobinę przesadzam używając patetycznego tonu wobec wielkiego kawałka betonu, jednak dzięki niemu dzisiaj jest on miejscem szkoleń ludzi, których darzę niezwykłym szacunkiem dla ich pasji.

I teraz najważniejsza informacja…, odnalazł się również niezwykły zapis filmowy o istnieniu, którego nie miałem pojęcia.

***

Składam serdeczne podziękowania panu Przemysławowi Stachowiakowi za pomoc w ustaleniu losów być może ostatniego siatkobetonowca w Polsce.


Mariusz R.Fryckowski