Radna powiatowa chce zrewolucjonizować działalność Muzeum Borów Tucholskich

Podczas siedemnastej sesji Rady Powiatu pani radna Wiesława Alichniewicz, postanowiła podzielić się z radnymi swoimi przemyśleniami, które dotyczą ewentualnych zmian w działalności lokalnego muzeum.

Trudno określić, czy wypowiedź jest interpelacją, czy też przydługim monologiem, który niczego nie zmieni, wobec problemów finansowych Powiatu Tucholskiego. Z gruntu, wypowiedź radnej i ewentualne spełnienie jej marzeń wyszłaby na dobre tucholskiej placówce, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że radna nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, o czym mówi.

Wpierw fakty, a te są takie:

Chciałam powiedzieć kilka słów na temat naszego Muzeum. Należałoby chyba przeprowadzić modernizację sali przyrodniczej oraz etnograficznej. Niektóre eksponaty są już dość zakurzone, a z pozostałych ciekawszych eksponatów, ładniejszych do zastąpienia można się zwrócić do Technikum Leśnego czy np. do leśniczych, do Nadleśnictw, które posiadają w swoich zbiorach bardzo ciekawe i interesujące eksponaty. Poza tym myślała, żeby zainicjować działalność kolekcjonerską.

Bardzo dużo ludzi ma w swoich domach na strychach mnóstwo zbiorów. Być może to nie jest dobry kierunek, ale wydaje się, że jest strych nad Muzeum, który można do tego celu przystosować. Nie trzeba jakiegoś ogrzewania, sporządzić spis, metryczki nadać tymże zbiorom i mieć materiał gotowy do wystaw. Myśli, że właściciele takich zbiorów chętnie by się z tymi swoimi kolekcjami pokazali, zaprezentowali, podzielili się swoją pasją. Poza tym, czy by z tego Muzeum, które się w bardzo ładnym budynku mieści, w pięknym miejscu, dążyć do stworzenia placówki naukowo – muzealnej. To nawet niewielkim kosztem i niskimi nakładami można to zrobić. To Muzeum było kiedyś oddziałem muzeum bydgoskiego im. Leona Wyczółkowskiego.

Po reformie samorządowej jest muzeum powiatowym, ale współpracę z tym muzeum bydgoskim można nawiązać. To muzeum posiada całe wystawy. Ma bardzo wiele zbiorów, które bardzo chętnie wypożycza. Oni nawet pomagają przy urządzaniu takiej wystawy. Mamy bardzo ładną salę wystawową w Muzeum z taką ciekawą atmosferą. Mało tego, bydgoskie muzeum prowadzi zajęcia muzealne. My sami, jako Uniwersytet Trzeciego Wieku tam jeździmy i korzystamy z tych zajęć. Prowadzą oni też zajęcia w formie wyjazdowej. Można na przykład takie zajęcia sobie zamówić. Tematyka jest różnorodna i dostosowana do różnej kategorii wiekowej, od przedszkolaków począwszy, na osobach starszych skończywszy.

Czyli np. nasz Uniwersytet nie musi wyjeżdżać, ale też inne osoby, czy szkoły korzystać z takich zajęć będą mogły. Koszt jest niewielki. Dla placówek pozamiejscowych w okolicach Bydgoszczy jest 40 zł za godzinę, ale jeden temat trwa minimum 3 godziny. Można zrobić piękne zajęcia muzealne skierowane do jakiejś klasy szkoły podstawowej czy średniej zgodnie z przedmiotem nauczania, do której przyjeżdża prelegent z prezentacją, ze zbiorami. W zasadzie takim czymś nauczyciel nie dysponuje na lekcji. Można zrobić cykliczne warsztaty. W ten sposób zachęcamy młodzież do korzystania z Muzeum i zobaczenia, że Muzeum to nie jest to Muzeum, o którym my kiedyś myśleliśmy, tylko Muzeum może naprawdę wzbogacić też nas w jakąś wiedzę. To Muzeum mogłoby prowadzić taką działalność oświatową, edukacyjną, wiedzy o kulturze i sztuce wykorzystując te wystawy z innych muzeów, które tu możemy u nas mieć. Możemy też prowadzić lekcje. My byliśmy nie raz w Nadleśnictwie Woziwoda. Waldemar Wencel prowadzi zajęcia i to jest poezja.

Po co młodzież ma jechać tam, jak można te zajęcia tu zrobić. Takich pasjonatów leśnictwa, myślistwa i innych kolekcjonerów znajdziemy sporo. W tym celu można by powołać taką społeczną radę muzeum, która by zgromadziła ludzi, którzy chcieliby się zaangażować i dawać swoje pomysły. Pięknie można też wykorzystać sąsiedztwo szkół. To jakie mają osiągnięcia słyszeliśmy. Klasa architektury krajobrazu Zespołu Szkół Licealnych i Agrotechnicznych zajmuje się ogrodem miejskim przy parku. Tam jest chyba 500 roślin. Jest to pięknie zrobione w samym centrum Tucholi. Można nawiązać współpracę z tymi szkołami. Jest Technikum Leśne, Wyższa Szkoła Zarządzania Środowiskiem. Dalej ciągle to będzie Muzeum Borów Tucholskich. Po drugie to Muzeum jest też atrakcją turystyczną dla nas.

Trochę krępujące jest jeżeli dzwoni koleżanka z bydgoskiego Uniwersytetu, który organizuje wycieczki po naszej okolicy i pyta, czy możemy do was przyjechać i czy w tym Muzeum jest ta sama wystawa, czy się coś zmieniło. Powiedziała, że zmieni się. Myśli sobie, że to nie jest jakiś wielki koszt, jak zaprosimy do współpracy młodzież, szkoły. Powiedzieć, że coś źle działa i nie dawać rozwiązania, to nie o to chodzi. Myślała, aby poszerzyć ofertę tego Muzeum. Być może coś z tego wyniknie.

Trudno też oprzeć się wrażeniu, że radna myśli zupełnie innymi kategoriami, być może jest to spowodowane tym, że ma sporo wolnego czasu, który wypełnia sobie uczestnictwem z działalności Uniwersytetu Trzeciego Wieku i jest zafascynowana działalnością innych placówek muzealnych, które Uniwersytet odwiedza. Świetnie! Niestety, ma to swoje dobre i złe strony. Z dobrych, z pewnością jest bezsporne stwierdzenie o tym, że „podróże kształcą” i to wszystko. Cała reszta jest marzeniem, lub mówiąc dosadniej mrzonką, która pęka , jak mydlana bańka w konfrontacji z tucholską, powiatową, szarą… rzeczywistością.

Peany na temat działalności bydgoskiego muzeum, na które radna się powołuje, są jak najbardziej słuszne, ale musimy zdać sobie sprawę z prawd historycznych, że wspomniana placówka swój sukces odniosła również kosztem Tucholi.

Jak to możliwe? Jednak tak, wiele lat temu tucholskie muzeum było filią bydgoskiego, pamiętamy doskonale z jaką radością mieszkańcy Tucholi, okolic, a nawet ci rozsiani po świecie, przekazywali swoje zbiory. Do nowego, tucholskiego muzeum trafiło sporo „białych  kruków”. Eksponaty przekazywano chętnie, urzędnicy skutecznie zachęcali do tego. Mijały lata i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się skończyło. Z tucholskiego muzeum zniknęły eksponaty, wraz z ich wykazem. Kilka lat temu TOKiS – PRESS z trudem wpadł na ślad tych przedmiotów, a wszystko za sprawą kartki wydartej z zeszytu, na której znalazła się ich niewielka część.  Gdzieś w czeluściach archiwów muzeum, wspomniana kartka być może jeszcze istnieje, za to po eksponatach, nie ma śladu. Udało nam się ustalić, że np. część mebli zgromadzonych w muzeum, trafiła do osób prywatnych z tzw. „świecznika”.

Na jakiej podstawie? Jak to w ogóle było możliwe? To sprawa dla organów ścigania, ale pamiętajmy, mówimy o zamierzchłej przeszłości, gdzie ustalenie świadków i sprawców jest już niemożliwe. Zbiory przepadły lub wywieziono je do innych placówek muzealnych.

Wniosek? Radna wspomina o tym, że „mieszkańcy chętnie przekazaliby swoje zbiory”, być może, to tylko jej wyobrażenie, nikt z kolekcjonerów nie popełnia takich błędów dwa razy. Oczywiście, twórcy (artyści) chętnie podzielą się swoją sztuką, ale pomysł z magazynowaniem ich na strychu muzeum, jest jakimś nieporozumieniem. Dlaczego? Z prostej przyczyny, pani radna Alichniewicz nie ma bladego pojęcia, o stanie technicznych budynku Muzeum Borów Tucholskich.

Stworzenie z muzeum placówki naukowo, kulturalnej lub  nie daj Boże badawczej, to ambitne przedsięwzięcie i godne pochwały, ale znowu nierealne, a nawet warto się pokusić, o zarzut niegospodarności, gdyby pomysł otrzymał zielone światło! Po co dublować coś, co już istnieje? Mamy w Tucholi ośrodek kultury, który choć źle dotowany, spełnia swoją rolę i to zupełnie nieźle. Dopisanie do pomysłu „naukowa” również mija się z celem, Tuchola pomimo tego, że ma uczelnię wyższą, jest miasteczkiem prowincjonalnym w którym nikt, z wyjątkiem lokalnych polityków, kariery nie zrobi.

Może coś zmienia się na lepsze, kiedy weźmiemy pod uwagę stwierdzenie, że MBT stanie się atrakcją dla mieszkańców i turystów? Niestety, ponownie trzeba temu zaprzeczyć, ponieważ tucholanie nie są zainteresowani kulturą i sztuką, szybciej grillem i świętym spokojem, zwłaszcza po tygodniu zmagania się z przeciwnościami losu.

Radna nieświadomie próbuje stworzyć odpowiednik klasy średniej, niestety, zbyt szybko, nasz powiat bardzo odstaje od średniej krajowej i ten stan utrzyma się przez najbliższe dwie kadencje samorządowe.

Od lat można zaobserwować ciekawą zależność w pracach starostwa i tucholskiego magistratu, to jakby próba konkurowania ze sobą. Po co? Współpraca jest lepsza, oczywiście, musi być dobra wola i to po obu stronach. I choć z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca wszystko jest w porządku, pokutuje jednak jakieś głęboko ukryte poczucie rywalizacji, a to zły omen, który zmienić może tylko jedno – nowe wybory. Jasne, pozostaje kwestia tego, że zgłoszą się ci sami od lat kandydaci, a ci najbardziej wartościowi ludzie i tak pozostaną bierni wobec twierdzenia: „co ja mogę, jak  i tak wybiorą swoich”. To też prawda, dlatego tkwimy w biedzie, marazmie i społecznym otępieniu, bez grosza przy duszy w dodatku,  nie ze swojej winy.

Radna Alichniewicz, dzieląc się swoimi przemyśleniami z radnymi, powinna zdawać sobie sprawę z powiatowej i gminnej rzeczywistości, niestety, nie jest już  w stanie dojrzeć tych niuansów, bo… nie musi.

_________________________

(mrf.)