Wybuch i… rzetelność dziennikarska Newsweeka – TUCHOLSKA OFICYNA KULTURALNA I SPOŁECZNA / TOKiS – PRESS

Wybuch i… rzetelność dziennikarska Newsweeka

Bez wątpienia, był to niezwykły splot okoliczności, ba, nawet przypadek, że właśnie tego dnia trafiłem do jednego z supermarketów po to, aby wziąć z regału moje ulubione pismo. Sięgnąłem po nie w sposób automatyczny, wiedząc, że jak zawsze leży na swoim miejscu. Zapłaciłem za nie w kasie i wyszedłem. Kiedy zbliżałem się do swojego auta, machinalnie spojrzałem na okładkę pisma. Jakież było moje zdziwienie i złość na obsługę sklepu (ktoś zmienił sposób ułożenia czasopism), kiedy dostrzegłem jego nazwę – Newsweek (32/2010). W pierwszym odruchu chciałem wrócić, przecież nie to chciałem kupić!

Oparłem się o drzwi auta, moją uwagę przykuł tytuł, „Co by było, gdyby w 1920 roku Bolszewicy wygrali?”. Otworzyłem pismo w poszukiwaniu pełnej treści, aż tu nagle na trzydziestej ósmej stronie dostrzegłem coś jeszcze ciekawszego – „Tajemnicza eksplozja” – ten materiał dosłownie zwalił mnie z nóg.

* * *

Sprawą tajemniczej eksplozji w bydgoskim ZACHEMie zajmowałem się bodaj pięć lat temu. W wyniku dziennikarskiego śledztwa ustaliłem prawie wszystkie szczegóły tego wydarzenia, odnalazłem świadków oraz zdobyłem bezcenne materiały fotograficzne oraz zapisy rozmów ze świadkami – emerytowanymi pracownikami Zachemu. Przez klika tygodni przygotowywałem tekst, który gdzieś tam (nie pamiętam już gdzie) został opublikowany. O tej sprawie zapomniano wiele lat temu, pewnie, dlatego zająłem się nią tak pieczołowicie, podobnie jak sprawą tajnego poligonu „Cudownej broni Hitlera” w Wierzchucinie w województwie kujawsko-pomorskim. Tekst był monstrualnym pod względem objętości, właściwie miałem gotowy materiał na książkę. Ucieszyłem się, że po latach znalazł się dziennikarz, który równie mocno jak ja, zainteresował się tajemniczą sprawą z Bydgoszczy.

Po dziesięciu minutach lektury tekstu zamieszczonego w Newsweeku, pozytywne emocje opadły, a ich miejsce zajęła zwyczajna wściekłość. Miałem przed sobą stek bzdur, które przytłoczyłyby nawet zatwardziałego stoika. Z mocnym postanowieniem napisania listu do autora tekstu wróciłem do swojej pracowni.

Kiedy wreszcie znalazłem się u siebie i włączyłem komputer, emocje opadły, zdałem sobie sprawę z tego, że podobne w treści pisma kierują się nie rzetelnością, a zwyczajną, ordynarną… komercją? Dzisiaj jestem pewny, nigdy więcej nie wezmę do rąk tego szmatławca.

Dlaczego?

POSŁUCHAJCIE, JAK BYŁO NAPRAWDĘ…

Na obrzeżach Bydgoszczy pierwszą fabrykę materiałów wybuchowych postawili Niemcy. Prace na 23 km kw. rozpoczęły się jesienią 1939 r. Do budowy DAG – Fabrik Bromberg okupanci zmusili ok. 40 tys. ludzi. I przez całą okupację produkowano tam tyle materiałów wybuchowych, ile się dało, m.in. mieszaninę, której głównym składnikiem był trotyl. Po zakończeniu wojny sowieccy rabusie o mało nie doprowadzili do katastrofy, niewiele zabrakło, aby cały zakład nie został zmieciony z powierzchni ziemi w czasie, kiedy go okradano. Świtająca w tamtym czasie w wielu głowach myśl, że III wojna światowa jest czymś nieuchronnym powodowała, że produkcja materiałów wybuchowych w bydgoskim Zachemie osiągała jak na ówczesne czasy nieprawdopodobne wręcz rozmiary.

Od momentu wybuchu wojny w Korei zakład pracował na najwyższych obrotach, załoga doprowadzona do granic wytrzymałości fizycznej i psychicznej dosłownie dwoiła się i troiła aby podołać ciągle rosnącym zamówieniom. Dochodziło do konfliktów, każde chwilowe zmniejszenie produkcji (wynikało to z przemęczenia załogi) traktowane było jak sabotaż. Urząd bezpieczeństwa praktycznie „nadzorował” wszystko. Wspomnienia tamtych chwil zawarł w jednym z moich wywiadów pan inżynier Zbigniew Gruszka, który praktycznie całe swoje zawodowe życie związał z bydgoskimi zakładami chemicznymi.

TRAGEDIA 19 LISTOPADA 1952 ROKU

Jest 2005 rok, przechadzam się wzdłuż ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy, jest piekielnie gorąco. Tuż obok kościoła Klarysek w przygodnym sklepiku, kupiłem coś zimnego do picia. Po wyjściu ze sklepu dostrzegłem niewielki plac, gdzie stały ławki, wokół mnóstwo gołębi. Kątem oka szukam jakiegoś miejsca, aby usiąść i odpocząć. Wszystkie ławki są zajęte prócz jednej, gdzie odpoczywa dwoje starszych osób. Podszedłem do nich i zapytałem, czy mogę usiąść? Skinieniem głowy małżeństwo zgodziło się, przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Oni karmili wiecznie głodne gołębie, a ja z lubością popijałem obrzydliwy, ale zimny sok. Po kilku chwilach zaczęliśmy rozmawiać o jakichś błahostkach. Później dowiedziałem się, że od lat mieszkają na Gdańskiej, zaświtała mi myśl, że być może ci państwo wiedzą coś na temat tamtych chwil, kiedy w doszło do awarii w Zachemie. Nie pomyliłem się, zaprosili mnie do siebie na kawę.

Najbardziej poruszającym fragmentem był ten, gdzie starszy pan opowiedział o tym, jak tamtego dnia w dwóch jego pokojach wyleciały szyby z okien, a po chwili do jego uszu dobiegł huk detonacji. Małżeństwo opowiedziało mi o strachu, który towarzyszył im przez kolejne kilka godzin. Publiczną tajemnica było to, że w zakładach chemicznych produkowano materiały wybuchowe, jakie? Tego oficjalnie nikt nie wiedział, nieoficjalnie, całe miasto i okolice, z Maksymilianowem włącznie (największa w tamtym czasie w Europie, kolejowa stacja rozrządowa).

Trotyl to jasnożółta, krystaliczna substancją stała. Topi się w temperaturze ponad 80 stopni Celsjusza. Wybucha przy podgrzaniu do ponad 290 stopni Celsjusza. Wybuch jest bardzo gwałtowny. Detonacja przebiega z prędkością 6950 m/s. Podczas wybuchu wytwarza się temperatura ok. 2820 stopni Celsjusza. Trotyl (TNT) to 2,4,6-trinitrotoluen, (NO2)3C6H2CH3) – organiczny związek chemiczny, nitrozwiązek, stosowany masowo jako kruszący materiał wybuchowy.

Jako materiał wybuchowy, jest trwały, mało wrażliwy na uderzenie, tarcie i ma wysoką temperaturę wymaganą do zainicjowania wybuchu. Dzięki temu jest stosunkowo bezpieczny w użytkowaniu i przechowywaniu, jednak musi być odpalany za pomocą silnych detonatorów. Trotyl lany, w przeciwieństwie do prasowanego, pali się – pod wpływem płomienia – nie detonuje. Trotyl można także zdetonować bezpośrednio lontem detonującym owijając, co najmniej 2 razy ładunek albo jedną z jego kostek. W celu obniżenia temperatury detonacji TNT do 295 °C można do niego dodać 10% siarki lub 2% tlenku żelaza(III).

Do napełniania pocisków i min używany jest w postaci lanej lub prasowanej. Luzem przeważnie występuje w prasowanych kostkach 200 i 400 g oraz jako walcowy 75 g nabój wiertniczy. Bywa również w postaci kostek o masie 1 kg oraz ładunków cylindrycznych o wadze 5 lub 8 kg.

Jest składnikiem m.in. oktolu, torpeksu.

Mieszkańcy Bydgoszczy właśnie tamtego dnia zdali sobie sprawę z tego, z czym mają do czynienia i jak niebezpieczna produkcja prowadzona jest w opłotkach ich domów. Ryk syren i aktywność służb w tym bezpieki upewniła ich w przekonaniu, że w Zachemie doszło do tragedii.

W gigantycznym budynku, gdzie produkowano trotyl 19 listopada, tuż po północy wybuchł pożar. Zanim zareagowała straż przemysłowa, nastąpiła niezwykle silna detonacja. Huk słyszano w odległości pięciu kilometrów od epicentrum. Ze swoich domów wybiegali przerażeni i zdezorientowani ludzie. Nikt nie wiedział jak postępować, gdzie się schronić. Wielki budynek, w którym doszło do wybuchu… zniknął, pozostał po nim tylko lej w ziemi gigantyczne bryły uzbrojonego betonu (fragmenty budynku) przelatywały w powietrzu nawet ćwierć kilometra niszcząc w momencie upadku dosłownie wszystko. Pamiętam relację jednego ze świadków, który pracując przy suwaniu skutków wybuchu wspominał, że na jednej ze ścian budynku sąsiadującego z głównym, gdzie produkowano TNT pozostał cień, pozostałość po ciele jednej z ofiar. Świadek wspomina także fakt, gdzie jedna z oderwanych od budynku brył betonu spadła na pobliskie przedszkole.

Na początku wspominano, że doszło do detonacji aż 100 ton trotylu – niepodobna, taka ilość odpowiada skutkom wybuchu jądrowego niewielkiej mocy. Skutki takiej detonacji możemy prześledzić na poglądowym filmie, który wykonano na jednym z poligonów amerykańskich. Prześledzić można dokładnie skutki wybuchu takiej ilości TNT. Film pokazuje falę uderzeniową i zniszczenia, kolejno anihilację dwóch myśliwców w locie, uszkodzenia zakotwiczonych w porcie okrętów wojennych, zniszczenie stacji radarowej i skutki fali uderzeniowej działającej na ciało człowieka. Film opatrzyłem tytułem „Sto ton”.

 

W RZECZYWISTOŚCI BYŁO INACZEJ

Do dziś nie wiadomo dokładnie, ile ton trotylu wybuchło, ile osób zginęło, na ile wyceniono straty. Śledztwo było tajne i nastawione na ujęcie sabotażystów. Zamiast defektów technicznych czy błędów organizacyjnych szukano dolarów w mieszkaniu dyrektorów. Nic nie znaleziono, a mimo to stracili posady, trafili do aresztu i wytoczono im proces. – Nawet wiele lat później mnie, inżynierowi, który pracował na odbudowanej linii trotylowej, nie wolno było pytać o przyczyny wybuchu. Nie mogliśmy o tym między sobą rozmawiać – wspomina Zbigniew Gruszka. Nieoficjalnie policzono, że zginęło ok. 20 osób, rannych zostało ponad 100. A wybuchło nie mniej niż pięć, ale nie więcej niż 15 ton trotylu. Reszta z 80 ton na szczęście rozwiała się po okolicy.

TO JESZCZE NIE WSZYSTKO

Niewielu wie, a jeszcze mniej pamięta o tym, że w 1968 roku doszło do kolejnej awarii, której skutkiem był kolejny wybuch. Jednak w tym przypadku bardzo szybko odrzucono hipotezę sabotażu, ustalono mianowicie, że wina była po stronie pracowników. Załoga chcąc przerwać jedną z gwałtownych reakcji chemicznych użyła gaśnic śniegowych, których zastosowanie nie przyniosło zamierzonych efektów, mało tego, doprowadziło do całkowitego zablokowania (zamrożenia) zaworów bezpieczeństwa. Ofiar tej awarii było niewspółmiernie mniej w stosunku do poprzedniej katastrofy. Zginął mistrz zmianowy.

SŁOWO KOŃCOWE

Autor kompletnie zepsutego pod względem merytorycznym, a nawet faktycznym artykułu zamieszczonego w Newsweeku poprzekręcał kompletnie wszystko. Od usytuowania miejsca akcji, poprzez nazwy dzielnic, aż do szczegółów zajścia. Nie wiem z których źródeł korzystał przy tworzeniu swojej jakże atrakcyjnej w przekazie historyjki. Owszem, odnalazłem pewne fragmenty, które pokrywają się z rzeczywistością (częściowy przebieg akcji, zastosowany sprzęt), jednak pierwiastek „sensacyjności” w znacznym stopniu wziął górę nad już nie tylko zdrowym rozsądkiem, ale nawet nad rzetelnym przedstawieniem tamtych, jakże dramatycznych chwil.

Komentujący zdarzenia historyczne dziennikarz nie ma możliwości poznania wszystkiego w kilka chwil, aby ułożyć zgodną z prawdą opowieść, trzeba czasu.

Z pewnością autor nieszczęsnego tekstu zarobił na chleb dla siebie i swojej rodziny, ale jego wiarygodność sięgnęła bruku. Kończąc ten tekst zastanawiam się nad tym, ile trzeba, aby pismo o takiej renomie jak Newsweek obniżyło” loty”, do poziomu brukowca, albo tabloidu? Zapewniam wystarczy tylko jeden nierzetelny tekst i jego leniwy twórca.

Sprawa bydgoskiego Zachemu jest intrygująca i ma wiele ciągów dalszych, kiedyś do nich powrócę, jednak w kontekście zdecydowanie bardziej współczesnym.

Autor: Mariusz R. Fryckowski