Zanim tucholska świątynia X Muzy otworzy swoje podwoje…

Kino, moja wielka pasja, wiele lat temu przepoczwarzyła się i zaowocowała pierwszymi recenzjami filmów, które pisywaem pod pseudonimami do różnych rubryk. W kwestii filmów trzeba mówić prawdę, nawet tę niepopularną, ale zawsze zgodną z odczuciami, warunek… zawsze po seansie.

Moim mistrzem był oczywiście nieżyjący już pan Zygmunt Kałużyński (pan Zygmunt), którego gawędy i pióro zdrowo nabroiły w filmowym i nie tylko… światku. Pan Zygmunt nie tylko był miłośnikiem kina, lubił jazz, muzykę poważną, zajmowała go także kultura francuska. Bez wątpienia, był mistrzem autokreacji, uwielbianym przez kinomanów, większość twórców filmowych traktowała go jak wroga numer jeden. Znany reżyser,   pan Krzysztof Zanussi, który swego czasu odwiedzał Chojnice, widział w nim upadłego wyrobnika w stalinowskiej służbie, a pani  Agnieszka Holland szkodnika niszczącego kulturę narodową. Czas pokazał, kto miał rację, a kto nie.

Nie spędziłem połowy życia w ciemnościach sali kinowej, jak Pan Zygmunt, ale niepokojąco zbliżyłem się do tej proporcji, to po części chyba znak mojego pokolenia, które pierwsze kroki kierowało do kina objazdowego, względnie kina Mir w Tucholi. „Mir”, to świat w języku naszych braci,  którzy bawili u nas z wizytą zbyt długo. Niestety, pozostał po nich głęboki ślad, co przełożyło się również na repertuar filmowy. Na szczęście nie było tego zbyt dużo i zbyt często, młodych ludzi katowano sowieckimi produkcjami prawie wyłącznie w październiku. Ale nawet wtedy, gdy młody człowiek miał świadomość tego, że „Dersu Uzała” był tylko bardziej wysublimowaną odmianą tortur, ale kiedy w sali kinowej gasło światło i wkradał się czas ruchomych klatek tworzących największa ułudę dla mózgu – film, świat zmieniał się przez  prawie dwie godziny.

To nic, że drewniane fotele wbijały się tam, gdzie człowiekowi zwykle wyrastają nogi, to nic, że gość obok wydzielał przeróżne zapachy, a ten przed tobą właśnie zasnął i chrapie, liczyło się tylko to, co na ekranie. Paradoksalnie, to, co kiedyś można było uznać za wyjątkową chałę, dzisiaj urosło do miana klasyki, łącznie z radzieckim kinem, które kiedyś straszyło, a dzisiaj już tylko bawi, a nawet uczy antywzorców. Tych filmów w kinach nie ma i nie będzie, ale ciągle krążą w sieci i są oglądane!

No…, nie może być tak, żeby tucholskie kino wiecznie cuchnęło ruską propagandą, „Mir” musiał doczekać się nowej nazwy, „Sokół” był tą idealną i w pamięci wszystkich kinomanów z poprzedniego wieku, przetrwał do dzisiaj tak dalece, że…, z tą nazwą nie potrafimy się rozstać.

Tucholskie kino miało swoje wzloty i upadki, niestety, jego kondycja malała wprostproporcjonalnie do rosnącej ilości wypożyczalni kaset wideo, które były dla niego pierwszym gwoździem do trumny. Magia kina ustąpiła srebrnemu ekranowi, który był na wyciągnięcie ręki w swoich czterech ścianach, a film można było oglądać jedząc sałatkę ziemniaczaną, pijąc piwo lub wódeczkę. Miło, bezpiecznie, wygodnie i… pusto.

Kino, wielki ekran, dobre nagłośnienie i wysokiej jakości kopia filmu, tego nie można zastąpić nawet najlepszym kinem domowym, czego brakuje? Widowni, nawet tej szeleszczącej papierkami po cukierkach, czy po cichu komentującej to, co dzieje się na ekranie. Teraz już  wiemy, czym jest magia kina i jakimi prawami się kieruje. Praw nie ma, są tylko wrażenia i emocje.

Kiedy tucholskie kino spaliło się, a w sąsiednim budynku kościoła wyleciały witraże w tucholanach coś pękło, od tamtej pory miasto zaczęło sukcesywnie podupadać i to nie tylko pod względem kulturalnym. Zabrakło tego nieocenionego centrum, któremu próbowaliśmy pomóc kupując kilka biletów więcej po to, aby seans się odbył, wobec braku widowni. Pamiętacie?

Od tamtej chwili minęło prawie ćwierć wieku, budynek „Sokoła” został rozebrany, pozostała tylko plotka o tym, że ktoś go podpalił. Pamięć o świątyni X Muzy zatarła się u młodszego pokolenia, jednak my, ciągle pamiętamy.

Aby obejrzeć dobry, kasowy film trzeba mieć czas, pieniądze, środek lokomocji i wiele cierpliwości. Pasja jednak nie uznaje ograniczeń, jest kontynuowana. Co pozostało po dawnych kinach? Pochylona widownia, ciemna sala i wielki, wspaniały ekran. Niestety, nie usłyszymy już terkotu wielkiego projektora i nie zobaczymy operatora, który sprawnie zmienia szpule z filmem ” na znak” lub  łączy klatki filmu, kiedy ten się zerwie. Relikty odeszły, zastąpiły je nowoczesne urządzenia do odtwarzania obrazu i dźwięku i… bardzo dobrze!

Gdyby dzisiaj, Mistrz Kałużyński wstał z grobu i obejrzał jeden z najgorszych obrazów w dziejach kina „Avatar”, zapewne do grobu już by nie wrócił. Od tamtych czasów, technika sięgnęła prawie gwiazd, ale to dopiero początek rewolucji i ewolucji nowoczesnych urządzeń.

Niestety, gorzej sprawa wygląda z fabryką filmowych gwiazd. Dawne zgasły, nowe umizgliwie sepleniące, zbyt łatwo zdejmują majtki lub ich substytut. Na szczęście i ta reguła się zmienia, ponieważ współczesny widz dosyć ma zabijania, oglądania sodomitów, gomorytów i zoofilów, szuka wrażeń estetycznych tych najwyższych lotów, nawet patriotycznych. Ta publiczność dopiero się odtwarza i jej metamorfoza potrwa jedno, a może nawet dwa pokolenia, o ile Polska przetrwa trudny czas. On też wykreśli nowe normy kina, albo je zaakceptujemy, albo nowe produkcje trafią do śmietnika historii kinematografii.

Kino to pieniądze, zysk, ono musi się sfinansować, dlatego repertuar musi niestety zaspokoić różne gusta, nawet jaskiniowca, bo to także widz i ma swoje prawa z prostego powodu – kupił bilet.

2 dzień kwietnia 2019 roku to data, którą kinomaniacy z Tucholi zapamiętają na zawsze, bo właśnie spełnia się jedna z obietnic przedwyborczych Burmistrza Tucholi, pana Tadeusza Kowalskiego. Bez zbędnej pompy, bez zadętych konferencji prasowych, błysku fleszy i trzasku statywów, z pomocą swoich współpracowników zmajstrował „łobuziak” tucholanom taką niespodziankę, że niektórym zakręciły się łzy wzruszenia, a inni ze zgryzoty połknęli żaby. Tuchola będzie miała swoje kino!

Teraz powinienem znaleźć jakiś piec, wyciągnąć z niego wiadro popiołu i posypać nim rubaszny czerep, paść na twarz i wrzeszczeć: mea culpa, bo byłem przeciwny powstaniu kina w Tucholi, obawiając się jakiegoś kinowego substytutu, na peryferiach miasta.

Po dobrze przygotowanej wizualizacji projektu budynku, po poznaniu zamierzeń inwestorskich, mogę powiedzieć tylko jedno – kameralne cudo!

Świetne zaplecze, nowoczesny styl, piękna sala, która pomieści 100 osób,a to daje prawie pewność, że będzie kilka codziennych seansów i właśnie tak wygląda normalność! Nie widzę nawet powodu, aby utyskiwać, że kamień węgielny zakopany będzie w 100 lecie uzyskania przez Tucholę niepodległości, nie przeraża nawet fakt, że budowa będzie trwała dwa lata, bo wiem, że ten facet z bródką i wąsikiem ponownie zawziął się i wykona to, co zamierza pod presją morderczego narzędzia – pióra. To oczywisty  żart, ponieważ taką inicjatywę wyłącznie się wspiera, wspiera i jeszcze raz wspiera.

Tylko krowa nie zmienia poglądów? Cóż, warto było nią zostać, za cenę spędzenia w ciemności reszty życia.

Dzięki…, kinowy serial czas zacząć.


Mariusz R.Fryckowski

RSS
Follow by Email
Facebook