Żeby było, jak było, czyli… reforma oświaty i jednoczesny skok na samorządy?

To, co nas czeka, to prawdziwa rewolucja, zbyt dużo i to zupełnie niepotrzebnie zużyliśmy prądu na dokumentację nonsensów, które już spowodowały z góry ustawiony skutek. Reforma oświaty, którą zafundowała nam „minister o zębiczym uśmiechu”, jest ściśle powiązana z nową ordynacją wyborczą na „nizinach”, czyt. w samorządach lokalnych.

Do niedawna, nikt by nie uwierzył w to, że przyjdzie nam odnieść się do działań lokalnych władz właśnie w tym kontekście. Naszym umiłowanym przywódcom szczebla centralnego, ubrdało się, że najlepszym antidotum na wszystko są… reformy. To typowe, od lat nie ma najmniejszej ciągłości władzy, „nowa miotła” wymiata od początku wszystko i wszystkich i tak od dziesiątków lat. Cały ten cyrk, jako żywo, przypomina nagły skręt w stronę socjalizmu, czyli powszechnego zamordyzmu i polityki rozdawnictwa. Wyznawcy polityki obecnie rządzących cieszą się z tych zmian, jednak kompletnie nie dostrzegają oczywistości, że za ich błąd akceptacji tego, co się dzieje, płacić będą już nie ich wnuki, a prawnuki, optymistycznie zakładając, że nie dojdzie do międzynarodowego, zbrojnego konfliktu!

Oszustwo ma krótkie nogi, nawet zwolennicy zmian szeroko otwierają oczy i zaczynają zadawać pytania, na które nie ma odpowiedzi. Czyżbyśmy dopuścili kolejny już raz „rasę Panów”? To cuchnie wyjątkowo obrzydliwie, a wizerunek wybrańców, wyraźnie brunatnieje.

Trudno się też dziwić temu, że nawet liberalny kabaret znowu wyprzedził życie.


Mariusz R.Fryckowski

Fot. grudziadz.naszemiasto.pl