Co z tym sądem?

Równo tydzień temu przed sądem w Tucholi pojawił się stół i parasol, pod którym można było składać swoje wyrazy poparcia w związku z protestem dotyczącym jego ewentualnej likwidacji. Zbierającym podpisy zadaliśmy wtedy proste pytanie, które dotyczyło miejsca do którego trafią podpisane listy, zawierające dane osobowe mieszkańców. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Dzisiaj zastanawiamy się nad tym, czy w tucholskim sądzie prawo egzekwowane jest bezstronnie w każdym przypadku. Zapewne tak, ale skala przestępstw i karanie winnych ma różny wymiar społeczny.

 

Jakiś czas temu, lotem błyskawicy, Polskę obiegł pewien wycinek prasowy, który pochodził z jednej z gazet regionalnych. Dotyczył konkretnego zdarzenia…

Z całą surowością prawa winowajcę ukarano, napiętnowano publicznie w takim stopniu, jakby dokonał zbrodni na Pierwszym Sekretarzu KC PZPR czterdzieści lat temu. Finał sprawy odbył się w tucholskim sądzie. Czy po lekturze tego wycinka, który w stopniu wystarczającym wyjaśnia wszystko nie nasuwa się wniosek, że prawdziwi bandyci są bezkarni, a siła wymiaru sprawiedliwości, jak para ucieka w gwizdek, przy pomocy jednej ryby, którą ktoś zwyczajnie chciał zjeść, bo był głodny? Śmieszne? Być może, ale dary natury niekoniecznie muszą być reglamentowane, jak powietrze (opłaty klimatyczne), woda, sprzedawana w paskarskich cenach, czy gaz, który trafia do domowych kuchenek w cenie, której rząd nie potrafi wynegocjować, aby nie wykończyć domowych budżetów.

Kto kogo powinien karać, a może rzeczywiście zlikwidować strupieszały urząd, prawo i dokonać diametralnych zmian? Oczywiście, lepiej dokonać tego na miejscu, a nie czterdzieści kilometrów dalej, ale to przynajmniej w części bardziej przypomina fragment powieści sf, niż rzeczywistość, choć za zdechłą rybę, można trafić do „ciupy”, aż na cztery miesiące.

 

(red)

RSS
Follow by Email
Facebook