„Mir” potem „Sokół”, a dzisiaj wielkie nic?

W zasadzie każda niedziela wyglądała podobnie. Msza święta o godzinie siódmej rano w Bożym Ciele, trochę się dłużyło, ksiądz nie uznawał ram czasowych wiernych, zwłaszcza w wieku…niepoważnym. Potem była już tylko czysta przyjemność (często animowana) za psi grosz – słynne poranki tuż obok kościoła. Później było bardziej poważnie, nauczyciele z tucholskich szkół zdruzgotani głupotą panującą nie tylko w mieście, ale i w kraju dwoili się i troili, aby ustrzec nas – wtedy jeszcze młodzież, przed sowieckimi rozrywkami pseudo-intelektualnymi i wpływami tucholskich partyjniaków – donosicieli. Jednak polecenia kuratorium musieli wykonywać, całą szkołą szliśmy wtedy oglądać inny, jak się okazało, jeszcze bardziej „dziki kraj” np. poprzez obraz pt. „Szłapa”.

 tuchola sokol

fot. http://www.kinoportal.pl

Współcześnie (fot. mrf)

Kino SOKÓŁ w Tucholi spłonęło na początku lutego 2001 roku. Do dzisiaj można oglądać zmienione już miejsce po tym budynku. Tylko tyle informacji o tucholskim kinie odnajdziemy w słynnym kinoportal.pl.

 

Otóż drzewiej…, tucholskie kino nosiło wielce haniebną nazwę „MIR” – ( z ros.świat), która być może i brzmiała  światowo, ale jednak kojarzyła się jednoznacznie z „przyjaciółmi”, którzy nieśli nam w tamtych czasach, „kaganek ruskiej wiedzy” i obawę przed niepewnym i tak jutrem. Pomimo wszystko, małe, smutne i wiecznie szare miasteczko, jakim była Tuchola, miała swoje kino! Wtedy wydawało się, że było ogromne, sala kinowa była portalem, który przenosił widzów w zupełnie inny świat. Pamiętam te cholernie twarde drewniane krzesła z ruchomymi siedziskami. Kiedy film był nudny, a tylko takie oglądaliśmy w ramach programu szkolnego, część ciała, poniżej pleców, była jak proteza z betonu i to po upływie zaledwie dwóch godzin.

 

Za to wtedy, kiedy sami wybieraliśmy repertuar…, o, to było już zupełnie coś odmiennego! Szefostwo kina dobierało bardzo starannie filmotekę. Taśmy docierały do Tucholi jednym z pociągów, który miał specjalny wagon – brankard. Często to właśnie my odbieraliśmy przesyłkę, aby błyskawicznie dostarczyć ją do operatorki, by zdążyć na pierwszy mocno popołudniowy seans o 17:30, często mieliśmy go darmo.  Nikt nie śmiał prosić rodziców o pieniądze na seans, sami je zarabialiśmy, często zbierając i sprzedając surowce wtórne, które w tamtych czasach były wyceniane bardzo hojnie. Wystarczyło osiem, dziewięć butelek prosto od konsumentów rozkoszujących się zawartością na starym, poniemieckim cmentarzu w centrum Tucholi. Możliwość obejrzenia filmu była warta tych zabiegów, nagrodą były oscarowe filmy z nieziemską obsadą.

 

To chyba właśnie „Mir” spowodował to, że w moim przypadku miłość do kina pozostała do dzisiaj i po części stała się też sposobem na życie, chociaż od tej bardziej krytycznej strony.

 

Czasy ulegały powolnym przemianom, bardzo późno dotarły również do Tucholi. Aż pewnego dnia dokonała się rewolucja. Zdecydowano, że idiotycznie i obco brzmiąca nazwa tucholskiego kina, zostanie zmieniona na bardziej przyjazną, pozytywnie kojarzącą się z Borami Tucholskimi i… sokolnikami – „SOKÓŁ”. Hmm, a może geneza tej nazwy była zupełnie inna? Nie pamiętam. Natomiast w pamięci utkwiło jedno, repertuar kinowy był w dalszym ciągu doskonały. Sala kinowa często pękała w szwach. Na seanse przychodzili wszyscy: partyjni, bezpartyjni, duchowni, świeccy, ludzie prawi i donosiciele, alkoholicy i dozorcy, kretyni i ludzie mądrzy.

Powszechne były także dyskusje po obejrzeniu filmów. I nie potrzeba było do tego klubów dyskusyjnych, czy hektolitrów piwa w pobliskich knajpach. Wystarczył skwerek obok, a już widzowie przekrzykiwali się wzajemnie, komentując treść obejrzanego filmu. Dzisiaj wydaje się to śmieszne, kiedyś stanowiło ważny element rozrywki, a tej prócz striptizów (dancingów) dla „czerwonych wybrańców” w dawnym Domu Kultury, zwyczajnie nie było.

 

Mijały kolejne lata, dynamiczne zmiany techniczne na świecie spowodowały to, że pojawiły się pierwsze odtwarzacze filmów, film nie znajdował się już na szpulach, a w specjalnych kasetach. To był początek końca tucholskiego kina. Liczba zwolenników oglądania „śmieci kinowych” z napisem – „akcja” w domowym zaciszu, rosła wprost proporcjonalnie do ubywających widzów „Sokoła”. Później było jeszcze gorzej. Aparaturę wideo skutecznie wypierać zaczęły odtwarzacze CD, jednak pełnego rozkwitu nowej mody „Sokół” już nie doczekał. Do samego końca istnienia tucholskiego kina, była nieliczna gromadka miłośników dobrych filmów wyświetlanych „na prawdziwym”, bo wielkim ekranie, jednak uznano wreszcie, że kino nie jest rentowne (słowo, które w tamtych czasach zrobiło zawrotna karierę).

 

I rzeczywiście, jedynym rozsądnym rozwiązaniem problemu stał się…pożar. To nie jest istotne, czy było to podpalenie, samozapłon, czy też efekt pocierania dwóch kawałków drewna o siebie, które pozostały po seansie „Walki o ogień”.

 

Mieszkańców Tucholi zaskoczyła wiadomość… płonie tucholskie kino, żar jest tak wielki, że w budynku kościoła (tuż obok), popękały witraże w oknach. Akcja gaszenia pożaru była zakrojona na wielką skalę, przybyło aż kilkanaście jednostek straży. Niestety, wszystko doszczętnie spłonęło, a mieszkańcy głowili się nad tym, jak do tego mogło dojść. Później gdybania uległy gwałtownej zmianie, kiedy ktoś w eter rzucił plotkę, że komuś zależało na parceli pod kinem, a przyczyna pożaru było …podpalenie.

 

Pogorzelisko uprzątnięto, jednak jeszcze przez chwilę, wymierzone w niebo, sterczały resztki kinowych murów. Ktoś dowcipnie powiedział, że teraz zamiast kina, będziemy mieli obserwatorium astronomiczne – głupi żart.

 

Dzisiaj, po prawie trzynastu latach, po naszym kinie nie pozostał nawet ślad, zastąpił je kompleks sklepów z mniej lub bardziej zbędnymi towarami.

 

Dzisiaj kultura bardziej łączy się z galerią, niestety, handlową, niż z tą przez wielkie :K” i może dlatego właśnie jest jak jest, chociaż tęsknota do wielkiego ekranu w Tucholi pozostała.

 

Ktoś powie po co? Skoro można pojechać na seans do multipleksu, a choćby w Bydgoszczy? To nie tak, tucholskie kinom, to był kawał historii naszego życia, możliwość obejrzenia w warunkach prawie kameralnych, kiedy zmieniono jego wnętrze na bardziej przyjazne. To kino miało styl! Niestety, tego faktu niedoceniano, a instytucja obróciła się w perzynę i dosłownie.

 

Kilka lat temu, wysłałem drogą elektroniczną list do tucholskiego magistratu z propozycją nieodpłatnego udostępnienia mojego terenu pod budowę prawdziwego kina, może nie w tym miejscu, ale również w centrum naszego miasta. Do dzisiaj nie otrzymałem odpowiedzi, choć amatorów oglądania filmów na „wielkim ekranie” powoli przybywa.

 

Czyżby…?

 

Mariusz R.Fryckowski