pt. Lip 3rd, 2020

„IDA” – MAJSTERSZTYK MANIPULACJI

8 min read

Podobno artyści podczas pracy twórczej nawiązują kontakt z jakąś wyższą rzeczywistością. Niektórzy z nich twierdzą nawet, że za ich pośrednictwem przemawia do ludzi jakaś potężna siła, że oni sami są jedynie narzędziem przez tą siłę kierowanym. Zastanawiam się więc jaka siła kierowała Pawłem Pawlikowskim i Rebeccą Lenkiewicz podczas pisania scenariusza do tego filmu…


Obawiam się, że nie był to niestety Duch Prawdy lecz raczej Demon Manipulacji. Stworzona przez tą parę scenarzystów piękna postać Idy spełnia jedynie funkcję jasnego tła, na którym mają być wyraźnie wyeksponowane pozytywne, ludzkie cechy głównej bohaterki tego filmu, jaką jest Wanda Gruz – stalinowska sędzina, skazująca w latach pięćdziesiątych na śmierć niewinnych ludzi, którzy z powodów politycznych byli niewygodni dla komunistycznej władzy.

To bardzo szlachetne ze strony scenarzystów, że tworząc swój scenariusz wyszli z założenia, że w każdym człowieku, nawet tym, który dokonał strasznych czynów, można doszukać się pokładów dobra i że źródłem jego okrutnego postępowania mogą być krzywdy zaznane przez niego w przeszłości. Szkoda tylko, że w celu wyrażenia tego szlachetnego przekazu, scenarzyści skonstruowali swą opowieść w taki sposób, aby płynął z niej następujący wniosek : niesprawiedliwość trudnych czasów stalinowskich była jedynie pokłosiem prawdziwego ZŁA, którym był rozgrywający się na polskich ziemiach koszmar Holocaustu, dokonanego na ludności żydowskiej przez niemieckiego okupanta przy czynnym udziale Polaków.

Właściwie to nawet wątek niemieckiego okupanta został tu sprytnie pominięty, aby tym jaskrawiej wydobyć na światło dzienne współodpowiedzialność Polaków za zbrodnię ludobójstwa.

Kino jest rodzajem sztuki szczególnie podatnym na manipulację. Poprzez delikatne przesunięcie akcentów, poprzez takie a nie inne zainscenizowanie na planie sceny zapisanej wcześniej na papierze, poprzez odpowiedni dobór słów padających z ekranu, można sprawić, że stosunek emocjonalny widza do prezentowanych mu postaci i sytuacji może ulec zmianie o sto osiemdziesiąt stopni. Podam dla przykładu dwie sceny z „Idy”. Scena pierwsza (trwająca zaledwie czterdzieści sekund, 09:05-09:45) przedstawia rozprawę sądową. Ubrana w togę Wanda Gruz siedzi za stołem sędziowskim i słucha w milczeniu wywodów śmiesznego prokuratora, który stara się dowieść, że fakt zamordowania człowieka szablą należącą do piłsudczyka jest wyrazem antysocjalistycznych poglądów oskarżonego. Scena ta jest celowo zrealizowana w ten sposób, by nadać jej humorystyczny charakter. Chodzi o to, by widz pomyślał sobie z lekkim rozbawieniem : „ale to były głupie czasy”, zamiast pomyśleć : „był to czas strasznego terroru, nie ustępujący swą grozą czasom okupacji niemieckiej, czas, w którym rosyjscy najeźdźcy, rękami żydowskich kolaborantów, zamordowali znaczną część elity polskiego narodu”. Dodatkowo scena ta ma bardzo niejednoznaczny wydźwięk, bo została celowo skonstruowana w ten sposób, by widz nie wiedział, czy facet siedzący na ławie oskarżonych jest istotnie mordercą, czy też jesteśmy świadkami jednego z tak zwanych procesów pokazowych, opartych na sfingowanych zarzutach.

Jakże odmienny charakter ma scena przedstawiająca ekshumację szczątków zamordowanych przez Skibów Lebensteinów. Scena jest długa, trwa dwie minuty i czterdzieści pięć sekund (47:55-50:40) i jest z całą pewnością najmocniejszą sceną w filmie pod względem siły oddziaływania emocjonalnego. Skruszony zabójca siedzi ze spuszczoną głową na dnie głębokiego dołu i niczym na spowiedzi podaje drastyczne szczegóły swego zbrodniczego czynu. Widz patrzy na to ze zgrozą, a w jego umyśle krystalizuje się upiorna wizja bezlitosnego oprawcy zabijającego siekierą niewinne żydowskie dziecko.

Dziewicza, nieskalana grzechem i nieuświadomiona Ida opuszcza klasztor, by wyjść na spotkanie z Prawdą. Zastanówmy się tylko, jaką to prawdę twórcy scenariusza mieli na myśli. Czy chodziło im o gorzką prawdę, mówiącą, że niedawne ofiary okrutnej eksterminacji bardzo szybko potrafiły przeobrazić się w bezwzględnych katów? Na pewno nie. Gdyby tak było, to scenarzyści umieściliby w tekście sceny ukazujące bestialstwo i perfidię stalinowskiego aparatu bezpieczeństwa. Zamiast mocnych, zapadających w pamięć scen, otrzymujemy jedynie rzucone mimochodem krótkie zdania : „Kiedyś byłam prokuratorem. Duże publiczne procesy. Wysłałam nawet kilka osób na śmierć. Krwawa Wanda to ja”. Zdania te wypowiedziane są przez Agatę Kuleszę w bardzo znaczący sposób, z ironią i takim tonem, jakby opowiadała o tym, że w młodości robiła różne głupoty, o których już nie warto dzisiaj wspominać. Kwituje zresztą swą wypowiedź jednoznacznie brzmiącymi słowami : „Przeminęło z wiatrem”. Nic więc dziwnego, że jej wyznanie nie robi zbyt dużego wrażenia na Idzie, która po krótkiej pauzie daje dowód na to, że jej myśli skupione są na jej prywatnych sprawach, związanych z wyjaśnieniem losów jej nieznanych rodziców. Ida nie drąży tematu ponurej przeszłości swej ciotki, lecz pyta : „I co będzie jak znajdziemy tego Szymona?”. Dokładnie tak samo jak Ida reaguje na słowa Wandy widz (zwłaszcza młody, mający często spore braki w zakresie wiedzy historycznej), po którym spływają one jak woda po kaczce, bo naczelną zasadą przekazu filmowego jest operowanie obrazem o dużej sile wyrazu, a nie oddziaływanie poprzez nawet najstaranniej dobrane frazy wkładane w usta aktorów.

Twórcy filmu kreują postać Wandy Gruz z jednej strony na bezwolną ofiarę bezwzględnej Historii, a z drugiej strony na doświadczoną kobietę, dobrze znającą wszystkie kolory życia i w związku z tym doskonale nadającą się do roli przewodniczki po Drodze Do Prawdy, na którą nieśmiało wkracza jej niewinna siostrzenica.

Filmowa Wanda, to typ kobiety, o której zwykło się mówić : „równa babka”. Jest bezpośrednia, ma poczucie humoru, lubi się zabawić. W pierwszym kontakcie może robić wrażenie osoby oschłej, niesympatycznej i nieprzystępnej, ale jednocześnie, zarówno Ida, jak i widzowie, otrzymują liczne sygnały świadczące o jej wrażliwości i dojrzałości emocjonalnej.
Jakże ludzka wydaje się postać tej kobiety w zestawieniu z ukazanymi w filmie postaciami polskich chłopów. Zarówno Szymon Skiba, jego syn Feliks, jak i jego żona Kaśka, bardziej przypominają nędzne szczury niż istoty ludzkie. Kierują nimi jedynie dwa uczucia : chciwość i strach. Nie mają wyrzutów sumienia. Boją się tylko, żeby prawda o tym, co zrobili nie wyszła na jaw i żeby nie przegnano ich z gospodarstwa przejętego po zamordowanych Lebensteinach.

W latach sześćdziesiątych, w których dzieje się akcja „Idy”, Wanda Gruz nie pełni już żadnej ważnej funkcji publicznej, jest prawdopodobnie prokuratorem w stanie spoczynku. Niemniej jednak nadal posiada wpływy i znajomości wystarczające do tego, by w dotkliwy sposób zemścić się na zabójcach swej rodziny. Wanda mówi przecież do Feliksa : „Mogę cię zniszczyć”. Wspaniałomyślnie nie robi tego jednak, gdyż pojawienie się w jej życiu czystej niczym anioł Idy uruchomiło w jej psychice skomplikowany mechanizm autorefleksji, który przez lata zalegał bezużytecznie w zakurzonym magazynie jej podświadomości. Ta autorefleksja prowadzi ją do uświadomienia sobie swej życiowej klęski i do podjęcia decyzji o samobójstwie. Scenarzyści zadbali więc o to, aby samobójstwo Wandy nie było ucieczką od życia znudzonej alkoholiczki, która nie potrafi pogodzić się z faktem, że lata jej świetności minęły bezpowrotnie, lecz uroczystym aktem końcowym przedstawienia, jakim było jej dziwne życie, któremu w ostatnim momencie zdołała nadać sens, poprzez odkrycie Prawdy i przekazanie tej Prawdy następnemu pokoleniu.

Można zadać pytanie : „Na jakiej postaci historycznej wzorowali się autorzy scenariusza, tworząc na papierze postać Wandy Gruz?” Czy była to Helena Wolińska-Brus, okryta złą sławą prokuratorka, oskarżająca w ważnych procesach politycznych okresu stalinowskiego? Raczej nie, gdyż pani ta do końca życia nie wyraziła skruchy za swe zbrodnie i w roku 2008 zmarła w Oksfordzie śmiercią naturalną. Podobnie zatwardziała w swych przekonaniach aż do grobowej deski pozostała sędzina Maria Gurowska, która skazała na karę śmierci generała Fieldorfa. Może więc twórców zainspirowała osoba Julii Brystiger, ps. Krwawa Luna, która słynęła z zadawania sadystycznych tortur przesłuchiwanym młodym więźniom? Ten trop wydaje się najwłaściwszy, zważywszy, że ta oddana funkcjonariuszka aparatu bezpieczeństwa pod koniec swego życia przeszła całkowitą przemianę duchową i odeszła z tego świata jako głęboko wierząca katoliczka. W 1997 nakręcono o niej nawet film dokumentalny „Świat Luny” w reżyserii Ignacego Szczepańskiego.
Brystiger, jako kobieta wykształcona i posiadająca skomplikowaną osobowość z pewnością świetnie nadawałaby się na bohaterkę interesującego filmu fabularnego. Dlaczego więc pan Paweł Pawlikowski i pani Rebecca Lenkiewicz nie zdecydowali się na zrobienie o niej filmu biograficznego? Odpowiedź jest oczywista. Ten numer by po prostu nie przeszedł, bo na twórców posypałyby się gromy ze strony różnych środowisk, niekoniecznie tylko prawicowych. Jak więc można dzisiaj próbować w kinie rehabilitować lub chociażby przedstawiać w pozytywnym świetle stalinowskie bestie pochodzenia żydowskiego w taki sposób, żeby opinia publiczna „łyknęła” taki kontrowersyjny przekaz bez sprzeciwu? Czy jest na to jakiś sposób? Okazuje się, że jest. Należy stworzyć postać anielską, która swym zbawiennym światłem opromieni mroczne wnętrze tajemniczej pani prokurator. Dodatkowo należy całość pięknie sfotografować, okrasić odpowiednią oprawą muzyczną i główne role powierzyć utalentowanym aktorom, którzy użyją swych umiejętności w taki sposób, by historia była dla widza maksymalnie wiarygodna. Międzynarodowy sukces „Idy” świadczy o tym, że taka sprytna strategia okazała się „strzałem w dziesiątkę”.

Nie jestem całkowitym wrogiem manipulacji w sztuce. Dopuszczam możliwość zastosowania manipulacji w obrębie fikcyjnej, całkowicie wykreowanej przez twórcę rzeczywistości, jeśli służy ona wyższym celom, na przykład uwrażliwieniu widza na jakieś problemy dzisiejszego świata. Manipulacja nie może jednak dotyczyć tuszowania pewnych niewygodnych faktów historycznych, bo traci ona wówczas znamiona zabiegu artystycznego i staje się zwyczajnym fałszowaniem prawdy, które ze sztuką nie ma nic wspólnego.

Na koniec dodam tylko, że nie należę bynajmniej do szeregów Obrońców Krzyża Smoleńskiego, ani innej prawicowej grupy zrzeszającej klerykalno-antysemickich oszołomów. Zawsze bliższe były mi poglądy lewicowe. Nie mam również absolutnie nic przeciwko Żydom. Wręcz przeciwnie. Jestem po prostu typem kinomana szczególnie uwrażliwionego na próby wciskania mu kitu i robienia z niego balona. Nie zamierzam dochodzić przyczyn, dla których pan Pawlikowski i pani Lenkiewicz zdecydowali się na zastosowanie w scenariuszu tej wyrafinowanej manipulacji. Nie interesuje mnie tak naprawdę to, czy stoi za nimi jakieś potężne żydowskie lobby, czy też był to wyłącznie ich samodzielny pomysł. Dla mnie, jako kinomana, liczy się jedynie fakt, że dostrzegłem w tym filmie coś bardzo niefajnego, nieszczerego, ukrytego sprytnie pod atrakcyjnym plastycznie płaszczykiem.

Wobec podobnych zagrywek będę zawsze nastawiony negatywnie i zawsze będę przyznawał tego typu produkcjom symboliczną jedną gwiazdkę, bez względu na to, czy posiadać będą one jakieś dodatkowe walory artystyczne, czy też nie.

Przydatny linkt: http://tokis.pl/?p=21662

________________________

(red.)

autocoto