śr. Gru 11th, 2019

Telewizyjno – Filmowa Agencja Promocyjna

Materiał historyczny przygotowany specjalnie na zlecenie Archiwum Prezydenta RP

10 min read

Na zlecenie
Archiwum Prezydenta RP

1 maja 1982 i życie w początkach stanu wojennego.

Wprowadzenie stanu wojennego w dniu 13 grudnia 1981 roku nie było wielkim zaskoczeniem ponieważ wcześniej było wiele sygnałów wskazujących na to, że władza szykuje taki krok, że chce wprowadzenia stanu wyjątkowego, który zastopuje rozwój niekorzystnej dla PZPR sytuacji w Polsce. Zaskoczeniem była jednak skala operacji i użycie wszystkich sił wojska, milicji i SB do zlikwidowania rosnącego oporu społecznego, któremu przewodziła Solidarność.

Początkowo było bardzo niewiele sprawdzonych informacji, radiostacje zagraniczne, jak Wolna Europa, Głos Ameryki czy BBC gubiły się w domysłach, lub przypuszczeniach. Wiadomo było, że są aresztowani oraz internowani, ale podawane były bardzo różne liczby i wiarygodnych informacji o tym co się dzieje w Polsce nie było. Panowała pełna blokada informacyjna, telefony nie działały radio nadawało na okrągło przemówienie Jaruzelskiego oraz Prymasa Glempa, z którego zapamiętałem jedno zdanie: „robotnicy wielkich zakładów pracy zachowajcie wasze głowy” Wiadomo było, że wojsko po kolei okrąża strajkujące zakłady i zmusza do je poddania się. Zapanował nastrój porażki i przygnębienia, wszystko wskazywało na to, ze władza uzyskała pełną kontrolę i wszystkie marzenia oraz plany na przebudowę Polski trzeba odłożyć na czas bliżej nieokreślony. Wprowadzono godzinę policyjną, obowiązek uzyskiwania przepustek od milicji na wyjazd do innego miasta, cenzurę i wojskową kontrolę wszystkich mediów, a także prywatnej korespondencji i rozmów telefonicznych. Wprowadzono kartki na żywność, obuwie, papierosy i alkohol. Sądy wojskowe rozpoczęły wydawanie wyroków dla wszystkich, którzy ośmielili się w jakikolwiek sposób protestować lub naruszać prawo stanu wojennego. Jednym z głośnych wyroków było skazanie Ewy Kubasiewicz z Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni na 10 lat więzienia za 1 dzień strajku, któremu przewodziła.

Ja sam od razu miałem sporą porcję problemów. Na wszelki wypadek kilka dni nie nocowałem w domu, nie wiedząc czy ktoś mnie nie „wsypał” Na szczęście okazało się, że wszyscy z którymi współpracowałem okazali się godnymi zaufania. Głównym problemem było zlikwidowanie drukarni, którą zorganizowałem w swojej pracowni przy ulicy (nomen omen) Wolności w Gdyni. Być może słowo drukarnia to zbyt wielkie słowo, było to po prostu mieszkanie w suterynie domu, gdzie wcześniej wykonywałem różne prace plastyczne, a przy okazji serie fotografii i plakietek dla różnych grup opozycyjnych np. KPN i nie tylko. Tym niemniej właśnie w grudniu 1981 byliśmy w trakcie drukowania broszury Leszka Moczulskiego pt „Walka strajkowa w PRL” w olbrzymim nakładzie 3000 szt. Olbrzymi ponieważ drukowaliśmy to techniką tzw. „wałka” przy użyciu matryc białkowych, olbrzymi bo kto nie miał do czynienia z drukiem, nie wie jak wielka jest to ilość papieru, ile czasu trzeba drukować, jak dużo czasu zajmuje później złożenie i zszycie tylu egzemplarzy. Niestety nie zdążyliśmy tego zrobić przed wybuchem stanu wojennego, a szkoda ponieważ Leszek Moczulski analizował tam różne formy strajków na różne okoliczności.

Na wypadek taki jak SW proponował strajk domowy – nie zamknięcie się w zakładach pracy co sprawdziło się w sierpniu 1980, ale odwrotnie pozostanie w 100% w domu i nie reagowanie na apele władz. Z pewnością taka taktyka przyniosła by mniej ofiar i aresztowań. Drukowałem to z grupą 4 młodych kolegów, którzy trafili do mnie z poręczenia Niny Milewskiej, do dziś znam nazwisko tylko jednego z nich to Wojciech Kaczmarek z Gdyni Chylonii, syn mojej późniejszej matki chrzestnej Marii Kaczmarek. Była to znakomita grupa, nastawiona antykomunistycznie i pełna zapału. Wszyscy razem byliśmy jedną z grup Konfederacji Polski Niepodległej w Gdyni.

Tymczasem jest 14 grudnia poniedziałek i właścicielka lokalu, która była moją znajomą oświadcza mi, żebym natychmiast się wynosił z całym „bałaganem”. Wyraźnie dając mi do zrozumienia, że robi mi tym wielką łaskę i przysługę, co w istocie było prawdą i wcale bym się nie zdziwił gdyby mnie zakablowała w takim momencie. Jak wynieść górę kilkuset kilogramów papieru? Przewiezienie autem, którego i tak nie miałem nie wchodziło w grę. Auta prawie nie jeździły po mieście, a te które jeździły były wciąż przeszukiwane przez wojsko i milicję i odkrycie takiego ładunku to nie tylko przepadek narzędzia przestępstwa, a więc auta, ale także wielka wpadka całej grupy oraz medal za zasługi dla jakiegoś durnia. Gdzie schować taką górę zadrukowanego wrogimi tekstami papieru? Rozwiązanie znalazł mój kolega ze stoczni i sąsiad Piotr Królasik. Otóż odkrył, że domu w którym mieszkamy jest wolna piwnica, należąca do Admirała Kołodziejczyka ówczesnego Dowódcy Marynarki Wojennej. Do niej to znosiliśmy w walizkach (takich zwykłych tekturowych jakich używali w PRL podróżujący obywatele) robiąc dziesiątki kursów cały nakład. Znosiliśmy urywając sobie ręce bo trasa z ulicy Wolności na Skwer Kościuszki miała około półtora kilometra i wiodła przez dworzec kolejowy Gdynia Główna Osobowa. Na szczęście cały czas z góry w dół, na szczęście nikt z nas nie został zatrzymany przez licznie stojące patrole, bo konsekwencje mogły być smutne, a trafić do pierdla nikt z nas nie miał zamiaru.

Tym niemniej był to akt odwagi i jestem głęboko wdzięczny, że w ówczesnej atmosferze strachu znaleźli się ludzie gotowi mi pomóc. Szczególnie dziękuję mojemu bratu Henrykowi oraz jego przyszłej żonie Reginie Soboń. Po zwaleniu wszystkiego do piwnicy zamknęliśmy drzwi i założyliśmy swoją dużą kłódkę. I jak to się mówi: „i chuj” Lepszego miejsca nie można było sobie wyobrazić. Nie jest niestety znany mi los nieukończonej „Walki strajkowej”. Prawdopodobnie w jakimś momencie Admirał przypomniał sobie, że ma piwnicę i że chce z niej skorzystać posłał w ciemny korytarz jakiegoś bosmana, który odpiłował kłódkę, zajrzał do środka i zesrał się ze strachu i nawet nie mówiąc Admirałowi o zawartości jego piwnicy – przecież nie wytłumaczył by się z tego nigdy, a jeszcze mógłby pogrążyć ukochanego dowódcę – wywiózł całość w wielkim sekrecie do jakiegoś pieca i nie czytając spalił jak najprędzej. Sytuacja ogólna w Polsce rozwijała się jednak według scenariusza władzy. Przykładowo pojechałem do Stoczni Gdańskiej gdzie pracował mój kolega Stanisław Tomczyk, który wpuścił mnie do środka i ujrzałem w porównaniu z sierpniem 1980 niewielką grupę zdesperowanych ludzi, ale oczywiście przygnębionych i rozumiejących beznadziejność sytuacji. Zrobiłem kilka zdjęć, które potem wysłano na tzw. „zachód”, ale negatywy przepadły i dziś nawet trudno byłoby mi je rozpoznać. Przepadły wraz z wieloma innymi negatywami i pamiątkami, jakie wynosiłem z pracowni pakowałem w paczki i dawałem do przechowania zaufanych znajomym. Potem kiedy próbowałem coś odzyskać okazało się, że wszyscy postąpili tak samo: spalili. Nie mam do nikogo pretensji – tak wielkie były obawy przed możliwymi represjami i ja to w pełni rozumiałem.

Tymczasem nadszedł 16 i 17 grudnia kolejna rocznica wydarzeń Grudnia 1970. Przy całej beznadziejności sytuacji doszło do wielkich i gwałtownych demonstracji w Gdańsku na drodze do Pomnika Poległych Stoczniowców. To była wręcz bitwa, wieczorem w połowie demonstracji przez tłumy musiała przyjechać kolumna wojskowych samochodów ciężarowych aby dowieźć petardy i gaz dla sił porządkowych bo im tych środków zabrakło! Na koniec czołgi zaczęły strzelać tzw. „ślepakami” co razem z późną porą zniechęciło ludzi do dalszych prób przerwania się pod Ich pomnik. Robiłem zdjęcia, nie oceniam, aby były udane, ale po zrobieniu odbitek, wybrałem się przed świętami do Warszawy i tam przekazałem je Włodzimierzowi Grudzińskiemu, który znalazł kogoś kto wywiózł je z Polski. Podobno były gdzieś opublikowane tak więc obraz Polski sw pomimo embarga trafił na zachód. Negatywy zaginęły w takich samych okolicznościach jak pisałem wcześniej.

Stan wojenny to także ludzie ukrywający się ludzie opozycji. Konfederacją Polski Niepodległej w Gdańsku kierowała Nina Bronisława Milewska, która odczytała akt założenia KPN 1 września 1979 roku w Warszawie i tego samego dnia wieczorem poznaliśmy się w mieszkaniu Janusza Korwin Mikke, którego była przyjaciółką. Przez kilka pierwszych dni nie miałem z Niną żadnego kontaktu, drzwi mieszkania były zamknięte, ale całe i nie wiedziałem czy jest aresztowana. Nagle pojawiła się w księgarni mojej koleżanki pozostawiając informację jak mam się kontaktować. Ukrywaliśmy Ninę przez kilka miesięcy na osiedlu Witomino w Gdyni, najpierw u Pani o imieniu Stella, a później u mojej koleżanki Barbary Górnej. Ukrywanie się było bardzo trudnym etapem dla samych ukrywających się. Wymagało to dyskrecji i samoizolacji, dodatkowo Nina miała 10 letniego syna Michała. Było też bardzo trudne dla udzielających schronienia z powodu ryzyka oraz wielu innych przyczyn, przykładowo trzeba było znaleźć środki na utrzymanie takiej osoby. Ostatecznie w tak zwanym „ujawnieniu się” Niny pomógł słynny ks. Prałat Hilary Jastak, który napisał prośbę o odstąpienie od ewentualnego jej aresztowania do komendanta wojewódzkiego Andrzejewskiego.

Sytuacja ogólna ulegała negatywnej normalizacji, otworzono szkoły i uczelnie, znów zaczęto wydawać gazety, włączono telefony z tekstem „rozmowa kontrolowana” i wszelkie ograniczenia wolności doskwierały tym bardziej, że nie można było legalnie przeciw nim zaprotestować. Wymyślono hasło „zima wasza – wiosna nasza” ale tak na serio nikt nie wierzył w jakąś realną możliwość ustępstw ze strony władz PRL. Krążyły różne informacje, że na przykład Wałęsa podpisze lojalkę i zgodzi się na współpracę z WRON, a jednym ze stałych tematów było opowiadanie, gdzie kto w Warszawie widział Bujaka, a w Gdańsku Borusewicza, wszyscy mieli nadzieję, że może umrze Breżniew itd… Panował strach i nastrój przygnębienia, bo ludzie realnie byli wyrzucani z pracy, realnie trafiali do aresztów i do obozów internowania za każdy objaw sprzeciwu. „Komuna” triumfowała. Ja pierwsze dni przesiedziałem w bibliotece czytając książki i wspomnienia z czasów okupacji, aby znaleźć odpowiedź na pytanie: „co dalej”? Odpowiedź była jedna: czekać zachowując siły i nie dekonspirować ludzi. Było mi to trudno wytłumaczyć moim młodym przyjaciołom, którzy rwali się do jakieś akcji do drukowania itd. Udało się mi to jakoś wytłumaczyć, dając właśnie przykład AK, które stało z „bronią u nogi” przez wiele lat. Cóż mieliśmy drukować? Wszystko było jasne, można było jak w dowcipie rozdawać białe kartki i tak każdy wiedział by o co chodzi.

Zbliżał się 1 maja 1982, władza ogłosiła, że nie będzie pochodów i manifestacji w święto pracy, zapewne oceniono, że trudno będzie zmobilizować „aktyw robotniczy” i ogólnie słusznie oceniono, że ludzie pracy mają gdzieś hucpę pod nazwą 1 maja w PRL. Dzień wolny od pracy jednak był. Nie pamiętam jak to się stało, że dotarła do mnie wiadomość o możliwej manifestacji po Pomnikiem Trzech Krzyży. Ten pomnik i jego powstanie to jeden z cudów Solidarności. Zdążono go przecież zbudować i odsłonić po wyjątkowo krótkim czasie od rejestracji NSZZ Solidarność – odsłonięto już 16 grudnia 1980 w 10 rocznicę Wydarzeń Grudniowych. Miałem w tym maleńką cegiełkę ponieważ na tę uroczystość wykonałem plakietki „Grudzień 1970” zaprojektowane przez moją koleżankę Krystynę Chalimoniuk – Janiszewską.

1 maja wybrałem się z aparatem pod pomnik. I tu radosne zdumienie. Pod pomnikiem zgromadził się tłum! Kolejne setki i tysiące idą od dworca. Gdzieś w bocznych uliczkach stoi milicja i wojsko, stoją też milicyjne oddziały „budy” i „suki” niedaleko pomnika, ale nie reagują. Tłum gęstnieje, przemówienia, ludzie skandują Solidarność, Solidarność! Skandują wyciągając w górę dłonie pokazujące znak „V” Potem ulicami pochód idzie powoli do Bazyliki Mariackiej w wyjątkowo radosnym nastroju skandując na przemian Solidarność oraz: chodźcie z nami dziś nie biją! Stare miasto wypełnia się tłumem, wszyscy przeżywają chwile wolności. Potem pochód przez całe miasto udaje się pod dom Wałęsy na Zaspę gdzie z 6(?) piętra bloku pozdrawia ich Pani Danuta, pokazując wszystkim maleńką urodzoną w tym roku Wiktorię, wywołując ogromną radość manifestantów. Niestety film skończył się mi już na starym mieście, dodatkowo zerwał się i dalszych zdjęć nie miałem jak zrobić.

Dlaczego ta manifestacja tak się udała? Myślę, że władza po pierwsze nie przewidziała, tak masowego spontanicznego odzewu. Po drugie sądzili, że ludzie są zastraszeni i nie odważą się na przyjście na antyrządową demonstrację.

Po trzecie pewnie myśleli, że kiedy wszyscy przywódcy siedzą w więzieniach to nikt nie podejmie się organizacji. Po czwarte być może rzeczywiście nie chcieli zajmować się biciem robotników w dniu ich święta.

Te wydarzenie przypomina mi jak wielkim stał się opór przeciwko władzy w PRL, jak ludzie potrafili się odważyć na sprzeciw ryzykując osobiście. Bo dziś niektórzy zapominają tamte zagrożenia, a przecież z takiego powodu można było być wyrzuconym z pracy, można było stracić zdrowie bo bicie takich demonstrantów było bezkarne, można było przypłacić, samą obecność więzieniem.

Władza została zaskoczona, ale nie zamierzała tolerować dalej takiej bezkarności i zuchwałości obywateli. Zbliżał się 3 maja i na te okazję przygotowano już doborowe oddziały ZOMO. Co zobaczymy na moich zdjęciach właśnie z 3 maja 1982 z Gdańska:

______________________

Włodzimierz Malinowski

Wszelkie prawa zastrzeżone!