28 października 2020

Miasto 44 – obraz skazany na klęskę historyczną i sukces kinowy

3 min read

Film Jana Komasy bije rekordy w odniesieniu do faktów i fikcji, które ukazano i nie ukazano w filmie jakże różnym od niezniszczalnego przez wszystkie istniejące dotychczas powojenne systemy władzy Andrzeja Wajdy, który jako pierwszy na tak wielką skalę, ukazał piekło Powstania Warszawskiego w obrazie „Kanał”.

Nieuniknionym stało się porównanie obu filmów, a nawet mówi się w kuluarach o detronizacji dzieła Wajdy na rzecz Komasy. Pomimo tego, że „Miasto 44” wejdzie do kin oficjalnie dopiero we wrześniu, pierwszy jego pokaz odbył się na Narodowym w Warszawie. Film obejrzeli wybrańcy, nam również się udało!

Jakże cennym doświadczeniem była obserwacja reakcji sędziwych powstańców, w psychice których tamte dni wryły się na zawsze. Jakie one były? Różne, nawet przekrojowe: od entuzjazmu, po głosy krytyczne, nawet bardzo krytyczne. I nie ma się czemu dziwić temu zjawisku, kiedy „nieopierzony chłystek” interpretuje martyrologię tysięcy osób.

Jaki jest ten film? Jest tak zły, że może stać się pretendentem do targu próżności pod nazwą „Gala Oscarowa” i nie zdziwiłbym się, gdyby któraś ze statuetek trafiła do rąk przynajmniej jednego ze współtwórców. Kto na nią zasłużył? Bez wątpienia, specjalista od efektów specjalnych, od których ekran „aż kipi”. To musi się spodobać publiczności, zwłaszcza młodej. Na pewno znajdzie też akceptację w zblazowanej części członków Akademii.

Oczywiście, film jest okaleczony, reżyser unika jak może wszelkich kontrowersyjnych przejawów interpretacji narodowego zrywu, to zrozumiałe, choć wyjątkowo asekuranckie, dlatego zrealizował obraz wykorzystując do granic możliwości typowy wątek, wokół którego buduje akcję. Prawdziwe powstanie staje się automatycznie tłem. To wielki błąd i pewność widza, że w zamierzeniach producentów, film ma trafić do dystrybucji pod różnymi szerokościami geograficznymi.

Komasa korzysta z filmowej sztampy, dającej pewność przyciągnięcia uwagi widza. Inaczej mówiąc niezawodne w takich
projektach wątki erotyczne, witalne, w środowisku młodych powstańców przynoszą zamierzony efekt, choć istnieją momenty, że reżyser przesadza i to… mocno.

Józef Pawłowski, który wciela się w rolę Stefana to młody chłopak ze wszystkimi wadami i zaletami młodego, niedoświadczonego człowieka, dostaje się do struktur AK-owskich. Wszystkim rządzi przypadek. Stefan odziedziczył  po ojcu – majorze wrażliwość patriotyczną, ale jak każdy nastolatek uwielbia przebywać z rówieśnikami. Widz szybko odkrywa że jego pierwsze porywy serca dotyczą „Biedronki” – w tej roli zobaczymy znakomitą Zofię Wichłacz. Praktycznie do tej chwili wszystko zmienia się w sposób dramatyczny, młodzi stają przed wyborem: spełnienia  obowiązku patriotycznego, albo płomiennego uczucia.

Na specjalną uwagę zasługują efekty specjalne użyte w filmie, zaprzęgnięto do pracy najnowszą technikę. I jak to bywa w podobnych produkcjach, deszcz pocisków przeszywających powietrze, niczym w kluczowych scenach kultowego „Matrixa” braci Wachowskich dają pewność, że pod ekranem powinna pojawić się rynna do odprowadzania filmowej…krwi. Leje się strumieniami. Niestety, współczesne kino zbrutalizowało się bez żadnej kontroli, wykorzystał to Komasa, ukazując pewne sceny w taki sposób, że z pewnością film będzie miał limit wiekowy i pozbawi dochodu konsumentów kinowego popcornu.

Strzępy ciał opadające na przechodniów, to jedne z mocniejszych scen. Jasne, takie sceny prawdopodobnie zdarzały się w rzeczywistości, ale chyba nie o to w tym wszystkim chodzi. Współczesny widz oczekuje cudzej narracji, co do sensu wybuchu powstania. W tym filmie jej nie odnajdzie i to właśnie tak diametralnie różni ten obraz od filmu Wajdy, który nie pozostawia w swoim „Kanale” złudzeń.

W obu filmach zabrakło jednak tego samego klimatu, który doprowadził do sytuacji, gdzie pragnienie wolności było silniejsze, niż… rozsądek.

Ten film, to straszliwy kicz, kino nie efektowne, a efekciarskie, prawie… komiks. Można go obejrzeć, ale tylko raz, każdy następny, to… emocjonalny masochizm, równie pokręcony, jak „Sala samobójców”.

______________________

Mariusz R.Fryckowski

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook