27 listopada 2020

TELEWIZYJNO FILMOWA AGENCJA PROMOCYJNA

TUCHOLSKA OFICYNA KULTURALNA i SPOŁECZNA tokIs – press tv

Mięso i wędliny w tucholskich sklepach w większości są takimi tylko z nazwy!

3 min read

Na początku mięso niezależnie od tego, czy ma pazury, czy też kopyta, biegało sobie po łące, wybiegu. Kiedy 11 lat temu weszliśmy do UE, mięso częściej stoi w oborze, fermie w warunkach, odbiegających od naszej, polskiej normalności.

Wraz z naszym wejściem do eurokołchozu wszystko się skończyło. Wędliny od dziadka i babci stały się szkodliwe, a zwierzaki zgodnie z unijnymi wymaganiami przypominają produkt rodem z filmów takich jak „Skrzydełko, czy nóżka” z nieodżałowanym Luisem w roli głównej.

Proceder „psucia mięsa” zaczyna się od chwili narodzin zwierzaka. Pokarm, środki farmakologiczne, „dopalacze”, to swoista norma, aż do chwili, gdy specjalista orzeknie, że można „towar” zamordować i  przetworzyć. Pół biedy, gdyby sprawa dotyczyła tylko kata, który wykona wyrok, ale niestety to jeden długi ciąg zależności, który zaczyna się od uboju, po sprzedaż gotowego półproduktu lub wędliny.

Co z mięsem dzieje się po drodze? Nas interesuje wycinek od momentu, kiedy mięso trafia do zakładu, który je przygotuje do sprzedaży lub przetworzy – masarni.

Ile potrzeba mięsa, aby wytworzyć kilogram wędzonej szynki? Załóżmy, że z dwóch kilogramów otrzymamy niewiele ponad pół kilograma doskonałej szynki. Ktoś powie – norma, nic podobnego, nikomu się taka uczciwość nieopłąca, chyba, że gotowy produkt będzie miał odpowiednią cenę i specjalną klientelę z wypełnionymi pugilaresami. A jak jest? Z kilograma mięsa można zrobić nawet ponad dwa kilogramy szynki! Jak to możliwe? Nic bardziej prostego w dodatku zgodnego z unijnymi normami i przepisami, wystarczy nastrzykiwarka, masownica i po sprawie!

A cóż to za diabeł? Nastrzykiwarka to nic innego jak maszyna, która ma tylko jedno zadanie… napompować mięso czymś, co zwiększy jego objętość do granic możliwości.

Masownica to rodzaj urządzenia przypominającego betoniarkę, jej praca polega na tym, że „napompowane” mięso w efekcie pięknie wygląda, a otwory po procesie nastrzykiwania znikają jak kamfora. Świństwo w mięsie… trafia do naszych organizmów powodując po latach choroby od gastrycznych począwszy, na raku kończąc.

Zanim produkt nas zabije, trafia wpierw albo do sprzedaży, albo do dalszej obróbki, by po chwili zmienić się w wędlinę.

Cena przeciętnej wędliny, która powinna być znośna dla kubków smakowych „głodnego mięsożercy”waha się na poziomie od 20 do 50 złotych za kilogram. Załóżmy, że interesują nas wyroby szynkopodobne.

Nic prostszego, idziemy na zakupy do tucholskich sklepów. Lady chłodnicze prócz utrzymywania właściwej temperatury i much w sezonie, zapewniają wyrobom niezwykłą otoczkę, która zachęci do zakupów nawet największego krytyka  – światło. Odpowiednie oświetlenie spowoduje, że nawet odpadki mięsne (pasztetówki, metki, kaszanki i salcesony), wyglądają jak z obrazka w reklamówce.

A w rzeczywistości?

W zaledwie dwóch tucholskich sklepach oferujących wyroby mięsne natrafiliśmy na wdliny, które nie ociekały świństwem. Najgorsze jest to, że ekspedientki zdają się nie mieć pojęcia o tym, że oferują swoim klientom coś, co w swoim składzie ma nie tylko mięso. Czym to grozi? Musimy cofnąć się do tekstu, który na lamach naszego portalu pojawił się w czerwcu tego roku.

Przypomnienie

Co w takim razie mamy zrobić? Wyjścia są dwa, albo przedwcześnie umrzeć , albo cieszyć się domowymi wyrobami z mięsa, które pochodzi od „pospolitego chłopa”, który hoduje zwierzaki dla unii i dla siebie.

Wybór jest oczywisty, podobnie jak znalezienie profesjonalisty, który kupione mięso nam przetworzy, ale z tym akurat nie mamy w naszym powiecie najmniejszego problemu.

W takim razie, zwłaszcza w okresie przedświątecznym, zakładając, że wędliny wytworzymy własnoręcznie na „domową modłę”, pozostaje życzyć wszystkim –  smacznego!

_______________________

(mrf.)

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook