czw. Wrz 19th, 2019

Telewizyjno – Filmowa Agencja Promocyjna

MOJE WSPOMNIENIE O ANIELE, KTÓRY ZNALAZŁ SIĘ W PIEKLE

6 min read

„Gdybym miała nazwać swojego największego demona, to byłabym nim ja sama. Jestem zarówno swoją najlepszą przyjaciółką, jak i największym wrogiem” – W.H.

To był czas, kiedy „czarnych” określano brudasami, HIV-cami, że się nie myją, że śmierdzą.

I chciałabym wierzyć, że dziś jest inaczej, to wiem, że tak w rzeczywistości nie jest. Bardzo dużo krzyczy się, jacy to my nie jesteśmy tolerancyjni, otwarci na nowości, inności, a nawet dziwactwa tego świata. A jest zupełnie odwrotnie. Jednak kiedy usłyszano „I’m werry woman” pytano się, kto to? Ta debiutancka piosenka rozbrzmiewała w uszach każdemu, nie boję się użyć wyrażenia –  na świecie.


Jej głos, jak balsam – koił, uwodził, porywał, kołysał, wzruszał nawet największych twardzieli. Świat stał u jej stóp. Wystarczyło tylko, by się schyliła, mogła mieć dosłownie wszystko i wszystkich.

Jak  kochała, to naprawdę i mocno, ale wybierała niewłaściwych mężczyzn. Jeden wybór przesądził o jej życiu.

Dlaczego Whitney Houston?

Bo to osoba w moim życiu na tyle ważna, że jeszcze będąc małą dziewczynką i dużą dziewczyną, Whitney była moją idolką, faworytką i wielkim ideałem. Symbolem piękna, nietykalności. Dorastałam w czasie, kiedy moja wielka gwiazda była u szczytu popularności.

Rozwieszone w pokoju plakaty pięknie uśmiechniętej dziewczyny, śnieżnobiałe zęby oraz szczerze uśmiechnięte oczy, pełne pasji, życia, energii i czystości. Każda dziewczyna chciała umieć śpiewać jak Whitney, uśmiechać się jak Whitney, mieć jej figurę i tą niezmierzoną radość życia.

Była i jest królową, w całej okazałości. Od stóp do głów, wyznacznikiem naszych młodzieńczych marzeń. Ideałem z ogromnym bagażem sukcesów i doświadczeń.  Śledząc biografię tak znakomitej artystki nie dziwi mnie nic, poza jednym faktem, który przewrócił jej nienaganny porządek.

Wrodzony talent, zjawiskowa uroda i mocny głos, odpowiednie przygotowanie muzyczne. Przyszła gwiazda praktycznie wychowała się w studiu nagraniowym. Często towarzyszyła podczas pracy swojej mamie, utalentowanej wokalistce. W kościele baptystów miała swój pierwszy solowy występ, wykonany z pasją i uczuciem, po którym zerwała się burza oklasków. Właśnie wtedy Whitney przekonała się, że śpiew to właśnie to, do czego jest stworzona.

Rodzice nie sprzeciwiali się. Po pierwsze, dlatego, że oboje byli związani z branżą muzyczną, po drugie – widzieli, że ich córka, mająca lepsze maniery i lepiej ubrana niż koleżanki z klasy, nie jest w szkole lubiana, ani nie odnosi spektakularnych sukcesów w nauce. Surowe wyszkolenie i rozsądek matki sprawiły, że Whitney nie była jedną z tych gwiazdek, które zachłystują się sukcesem.

Pierwsza afroamerykańska dziewczyna na pierwszych stronach kolorowych amerykańskich magazynów, stała się ikoną i nadzieją dla innych kobiet, takich jak ona. Czarnych, pochodzących z tego zaściankowego, brudnego, amerykańskiego świata. Debiutowała w latach osiemdziesiątych pięciooktawowym głosem i zachwyciła cały świat jego potęgą i siłą. To było jak sen, a raczej jawa, mogło trwać. Pokazała, jak wybić się z matni i pójść ścieżką własnych marzeń. Kiedy ja poznałam Whitney miałam niewiele, może 12 lat, ona31, awyglądała jak nastolatka, niewiele starsza ode mnie. Wyglądała na spokojną, zrównoważoną. Życie pokomplikowała sobie wychodząc za Bobby’ego Browna.

Co takiego się stało, że tak piękna i urodziwa dziewczyna straciła głowę dla człowieka takiego pokroju, jakim był B.B.?

Para poznała się w 1989 roku na gali Soul Train Music Awards. Brown miał już dwoje nieślubnych dzieci z dwiema różnymi kobietami. A w tym samym roku, w którym wziął ślub z Whitney, kochanka urodziła jego trzecie dziecko.

Kiedy Whitney była już uznaną gwiazdą, zgłosił się do niej Kevin Costner. Gwiazdor miał mocną pozycję w Hollywood i przygotowywał film o ciemnoskórej, prześladowanej przez maniaka supergwieździe. Nie było łatwo jej do tego namówić. W dodatku na krótko przed rozpoczęciem pracy nad filmem okazało się, że Whitney jest w ciąży. Praca przy filmie była jednak na tyle wyczerpująca, że niestety poroniła.

Trudno jej było poradzić sobie psychicznie z tragedią. Dla kobiety utrata dziecka, to ogromny ciężar. Wspierała ją matka i Bobby, który na planie filmowym jej się oświadczył.

Po ślubie w lipcu 1992 roku, Whitney znów zaszła w ciążę, a w marcu 1993 roku na świat przyszła ich wspólna córka Bobbi Kristina. Whitney była gotowa zrezygnować z własnej kariery, by móc opiekować się córką. Kariera Bobby’ego stanęła w miejscu, a Whitney na fali popularności „Bodyguarda” dawała koncerty.

W tym czasie Bobby wpadał w ciągi alkoholowe i coraz większe długi. Jego posiadłość w Atlancie opieczętował komornik z powodu milionowych zaległości podatkowych. Whitney spłaciła jego zobowiązania, podobnie jak potężnie zadłużone karty kredytowe.

„On był moim narkotykiem”

„Po „Bodyguardzie” zaczęłam brać narkotyki, kokainę, marihuanę. Bobby za to dużo pił” – przyznała gwiazda po latach. Whitney opiekowała się dzieckiem i z coraz większym trudem pracowała na rodzinę. Małżonkowie kłócili się i ponownie schodzili. Bobby dwa razy trafił na odwyk, Whitney kolejny raz poroniła. Prasa zaczęła regularnie donosić o ich współuzależnieniu od alkoholu i narkotyków. A także o coraz częstszych bójkach.

Z toksycznego związku wyratowała ją matka, która wpadła do rezydencji w asyście policji, by siłą zabrać wyniszczoną, bezwolną Whitney na odwyk.

Wreszcie poddała się leczeniu w klinice odwykowej. Dała się też przekonać przyjaciołom i złożyła pozew o rozwód z Brownem. Uzyskała prawo do opieki nad ich córką.

Wtedy wydawało się, że wyszła na prostą. Znów zaczęła występować. Wyglądała zjawiskowo. Ale po chwilowym powrocie do dobrej formy znów sięgnęła po używki. Ostatnie lata jej życia to przeplatające się pasma ciągów alkoholowo-narkotykowych i powrotu do zdrowia. To odbił się na jej głosie. Słychać było zmęczenie, chrapliwość, wręcz utratę tego, co najcenniejsze.

Ostatnia płyta z roku 2009 miała być jej głośnym powrotem na scenę. Zrobiła to w iście gwiazdorskim stylu, pokazała, że jednak potrafi nie tylko śpiewać, ale mimo wszystko uwolnić się od cienia, jakim była przeszłość. Powrotem do ludzi, życia po siedmiu latach milczenia. Odcięła horror na rzecz wolności i szczęścia, które nie zdążyło do niej tak naprawdę przyjść.

Chciałabym zobaczyć ją jeszcze taką piękną i uśmiechniętą, jak kiedyś, kiedy tryskała blaskiem swego szczęścia, powodzenia, kiedy świat zachwycał się nią i łykał każdy wyśpiewany wers.

Pozostają tylko wspomnienia, piosenki. Nie mam swojej ulubionej, bo jest ich masa. Wszystkie są piękne, zachwycają wykonaniem, trudno wskazać taką jedną, jedyną. Szlagierem, który znają wszyscy na całym świecie jest ścieżka z „Bodyguarda” – „I will allways love you”.

Największy sentyment mam jednak do jej wspaniałego przeboju „I wanna dance with somebody”. Na wideoklipie widać jej blask, piękno, młodość i radość. I taką Whitney chcę pamiętać. Uśmiechniętą, tryskającą życiem.

Artystka zmarła nagle 11 lutego 2012 roku, w przededniu gali rozdania nagród Grammy, na której miała wystąpić. Podobno wskutek zmieszania leków z alkoholem.

I look to you – patrzę i długo będę patrzeć, słuchać. Ciągle żywa w moich wspomnieniach.

 

Agnieszka Krizel