26 listopada 2020

TELEWIZYJNO FILMOWA AGENCJA PROMOCYJNA

TUCHOLSKA OFICYNA KULTURALNA i SPOŁECZNA tokIs – press tv

MY, POKOLENIE 30+

7 min read

Wprowadzenie

Historia, którą poznacie Państwo już za chwilę, jest prawdziwa, mamy do czynienia z niezwykłym zapisem, który dotyczy każdego statystycznego Polaka / Polki – organizmu z krwi i kości, człowieka, który czuje, ma prawo do szczęścia, kariery i… życia. Materiał skierowany jest do tych wszystkich, którzy stanowią o biurokratycznych trybach maszyny, która również i w Tucholi zmieliła już niejedną osobę, na kompletną papkę.

Jak to jest, że temu, który ma plecy i układy udaje się, a ten, który uczciwie zapracował na swoje naukowe tytuły, odmawia się pracy, na korzyść wtórnych analfabetów? Czyżby to przedsionek piekła? Nie, to wszechmocny układ, który ma swoją charakterystykę w… Kodeksie Karnym.

Mariusz R.Fryckowski

***

 

Nadszedł czas. Czas magistrów na bezrobociu lub piastujących piękne – z nazwy – stanowiska merchandiserów w Biedronce, gdzie wykładają kefir i chleb na półki.

Tak, to o Was! O Nas. O Mnie i o Tobie. Wy, którzy jeszcze ok. dziesięć lat temu, gdy szliście na uczelnie, byliście przekonani, że może nie zawojujecie świata, ale będziecie żyć wygodnie.

Rodzice tłukli do głowy: – Idź dziecko na studia, magister przecież znajdzie pracę. Oszukane pokolenie poszło studiować. I co z tego? Często tylko „oburzenie”.

Od połowy lat 90. uczelnie zaczęły się cieszyć rosnącym wzięciem. Bo wyż. Bo po dziesięciu latach od upadku komuny, czuć było w Polsce powiew Europy. Bo polski kapitalizm, choć wyrosły z postkomunistycznych korzeni, zdawał się dawać szansę na życie w luksusie. Bo polscy młodzi na początku lat 90. i już bogaci, okrzepli i pokazywali co znaczy blichtr.

Dlaczego młodzi z wyżu demograficznego mieliby nie chcieć jeździć nowym BMW?

Dlaczego mieliby się pozbawiać aspiracji i życia na poziomie tych, którzy byli już menedżerami, dyrektorami i członkami zarządów? Chcieli. To naturalne.

Dziś…..nie masz PLECÓW, możesz być Magistrem, Inżynierem, nie masz pracy, kasy, niczego.

 

Tak było. A jak jest dziś?

 

Młodzi i dobrze wykształceni, obyci z nowoczesną techniką. Odnajdą się we włoskich Dolomitach, warszawskim metrze i na londyńskim Heathrow. Książki czytają w formie e-booków. Przez ostatnią dekadę poznawali języki, jeździli na studenckie wymiany, kończyli liczne kursy.

Po opuszczeniu dobrej uczelni, z tytułem magistra w ręku, kształcą się dalej, zapisując na studia podyplomowe. Zazwyczaj za pieniądze rodziców. Zazwyczaj. Bo są tacy, co pracują i się kształcą. Ale są też tacy, których rodzice nie mogą finansować, z przyczyn ekonomicznych  nauka kończy się na zdaniu matury i pracy, bądź na szkole policealnej.

 

I co dalej?

 

Jesteśmy gotowi sami walczyć o swoje szczęście – chcemy ciężko pracować.

Pytanie tylko, czy praca chce nas?

 

Bo – jak wskazują statystyki – rynek pracy po raz pierwszy od dekad, nie jest gotowy na przyjęcie nowej fali pracowników. Kryzys spowodował, że w całej Unii Europejskiej to właśnie młodzi mają największe problemy ze znalezieniem zatrudnienia.

 

Według Eurostatu wśród osób w wieku 15-24 lat odsetek bezrobotnych wynosi w UE średnio 20,4 proc. W Hiszpanii przekracza 40 proc., w Grecji, na Litwie i Słowacji – 30 proc., we Włoszech, Szwecji, a także w Polsce – 20 proc.

 

Również pierwsza pensja jest daleka od tej wymarzonej. O ile w ogóle jest, bo coraz częściej praca jest od projektu do projektu, na stażu, na zlecenie, na zastępstwo, na umowie tymczasowej (tzw. umowy śmieciowe).

 

A gdy już uda się złapać stałe zajęcie, zarobki są zazwyczaj o 40-50 proc. niższe od tych, otrzymywanych przez pracowników z dłuższym stażem, którzy przyszli do firm w latach 1995-2005.

 

Socjologowie wręcz mówią o narodzinach nowej klasy społecznej – prekariatu, czyli współczesnego proletariatu – grupy wyzyskiwanej w warunkach liberalnej gospodarki, opartej na wiedzy. Niewykluczone, że pokolenie dzisiejszych 20-30-latków będzie pierwszym od wielu dekad, którego poziom życia w trakcie kariery pogorszy się, zamiast poprawiać.

To wszystko sprawia, że pomiędzy aspiracjami młodego pokolenia, a jego możliwościami – między tym, jak chcieliby żyć, a tym, jak żyć mogą – pojawia się dramatyczna różnica. Coraz częściej skutkuje ona masowymi protestami, co mogliśmy obserwować w ostatnich miesiącach w Hiszpanii czy w Grecji.

 

Jak to tak właściwie jest?

 

Alternatywy niewiele się zmieniły. Dzisiejsze singielki i single, to dawne stare panny i kawalerowie. Związki bez ślubu, to dawna kocia łapa. Rodziny dziś nazywane patchworkowymi oczywiście były, bo ludzie się rozwodzili i zakładali nowe rodziny. Pary homoseksualne także były, a lesbijskie często wychowywały dzieci (tyle że była to wiedza wyłącznie dla wtajemniczonych). Byli też tacy, którzy mieszkali oddzielnie, czasem nawet w różnych miastach. Byli dzietni i bezdzietni, czyli wszystko po staremu.
A co jest nowe?

 

Nowe jest to, że młodzi ludzie mają możliwość wyboru. Kiedyś jedyną właściwą opcją był ślub. Samotność, zwłaszcza kobiet, była ośmieszająca, rozwody były plamą na honorze rodu, a nieślubne dzieci, czy homoseksualizm pozostawały ”tajemnicami rodzinnymi”.

Dzisiaj już się o tym mówi. Poza tym, osłabła społeczna presja na tradycyjny model rodziny, a z drugiej strony ludzie się już nią tak nie przejmują. Wybierają więc swoją opcję, życie po swojemu, nie przejmując się tym, co ludzie powiedzą, czyli w zgodzie z samym sobą.

Z pracą jest tak samo.
Trafia mnie szlag, bo widzę ludzi wykształconych, ambitnych, chcących pracować, by móc realizować swoje plany, także te związane z rodziną.

 

Co widzę?

 

Jak trudno nawet dwojgu pracującym utrzymać rodzinę z jednym dzieckiem, nie mówiąc o dwójce. Jak zmagają się ze spłatą kredytów mieszkaniowych, nie mówiąc o dodatkowych kosztach utrzymania, jak trudno kobiecie wrócić do pracy (jeśli nadal ją ma), gdy miejsc w żłobkach i przedszkolach brakuje, a o niani, czy prywatnym przedszkolu nawet nie mają co marzyć, bo to usługa droższa niż ich pensja.

 

Widzę, jak w dobie kryzysu tracą pracę, albo nie są w stanie jej znaleźć, jak zasuwają na umowach śmieciowych, bojąc się, że w razie choroby nie mają ubezpieczenia, jak wyjeżdżają w poszukiwaniu pracy, czy nagminnie pracują poniżej swoich kwalifikacji coraz bardziej sfrustrowani.

 

Do czego to wszystko prowadzi?

 

Nie tylko skłania do opóźniania decyzji związanych z zakładaniem rodziny w sensie formalnym lub nie, ale też wyniszcza związki. To wynik warunków i tego niezwykłego czasu, w jakim przyszło nam dzisiaj żyć.

 

 

Dziennik z poszukiwania pracy bezrobotnego.

 

1. Złość. Rezygnacja. Wypalenie.

 

Te trzy fazy towarzyszą przy szukaniu jakiejkolwiek pracy, nie mówiąc o jakimkolwiek zajęciu. Kiedy popadamy w euforię w momencie, gdy udaje nam się już coś znaleźć, żyjemy nadzieją, że może w końcu ten telefon zadzwoni, może odpiszą na meila, którego już kilka dni temu się wysłało? Liczymy, liczymy i nic nam nie wychodzi. Jeszcze raz. Może jakiś cud?

 

Złość. Faza I.

Nie zadzwonili, nie odpisali, mają nas po prostu gdzieś.
Brutalna rzeczywistość. Mętlik w głowie i ochota na wystrzelenie wszystkich w powietrze. Co jeszcze? Trzeba gdzieś wyjść, najlepiej na odludzie i się wyryczeć, jak dziecko. Wykrzyczeć i poszarpać z własnymi emocjami.

 

Faza II. Rezygnacja.

No tak. Może trzeba było sobie darować, nie robić z siebie pajaca? Uff, ręce opadają, zaczyna najzwyczajniej w świecie brakować pomysłów. Tylko nikomu nic nie mówić, żeby się nie ośmieszyć i uniknąć zbędnych komentarzy typu: a czego się spodziewałaś dziewczyno, że czekają akurat na ciebie z otwartymi rękoma?

No wiem, że nie czekają, ale myślałam, że…..faktyko, zrobiłam z siebie pajaca! Dociera do mnie prawdziwe oblicze polskiej rzeczywistości.

 

Faza III, ostatnia. Wypalenie.

Już mnie nie jest nic w stanie zaskoczyć, ale nie na tym etapie mojej sytuacji. Beznadzieja, totalna. Kolejna rozmowa kwalifikacyjna, kolejna porażka. Nie mam już słów na to. Żadnych. Jak to skomentować?

Siedzę i myślę. Dobrze, że jeszcze moje szare komórki w ogóle pracują. Może naprawdę jestem taka niedokształcona, za stara i w ogóle? Tylko, na jakie licho ukończyłam szkołę z bardzo dobrym wynikiem, obroniłam dwa dyplomy, ukończyłam kilka kursów?

Odpowiedź wynurza się sama – żeby być wpisana w rejestr, jako bezrobotna poszukująca aktywnie pracy trzydziestolatka.

 

2. Czy to pomyłka?
Zadowolona pani z Urzędu Pracy po raz kolejny skierowała mnie na spotkanie z pracodawcą.

Super – pomyślałam, może w końcu.

Zadzwoniłam pod podany numer, by umówić się na spotkanie. Pani w słuchawce grzecznie mnie poinformowała, że spotkanie odbędzie się u nich w firmie, dnia następnego. No dobra, przeżyję, tylko znowu trzeba jakoś tu dojechać. Ale ok.

 

Następnego dnia przyjechałam do siedziby firmy, dziesięć minut przed czasem, zadowolona, z dokumentami w teczce. Pani się przedstawiła, emerytowana nauczycielka. Na dzień dobry odpadły dwie osoby, które nie miały w ogóle styczności z danym zawodem, w którym pani szukała pracownika. Zostały nas trzy dziewczyny.

 

Ja, wiadomo i dwie dwudziestolatki, którym już od samego początku rozmowy usta się nie zamykały, że jedna zaczęła studia administracji na Politechnice Koszalińskiej w Chojnicach, druga wychwalała się, że zaocznie studiuje w Bydgoszczy.

 

A ja? A ja siedziałam, słuchałam i nie miałam się czym zachwalać. Odpowiedziałam grzecznie na zadane mi pytania. Pani mi podziękowała. Zabrała moje dokumenty, spojrzała na oceny na świadectwach. No wszystko ładnie, oceny super, ale wie pani, dziewczyny są młode, no młodsze od pani i mają pomysły. No tak, młodsze, ładniejsze, po prostu pachnące świeżością, a nie skarpetkami wyjętymi spod łóżka.

 

A ja to co? Dlaczego nikt mnie nawet nie zapytał, jakie ja mam pomysły?

 

Dramat. Znowu przejście trzech faz.

 

W co mam wierzyć? Bo w siebie to ja już nie wierzę.

 

 

Autor: Agnieszka Krizel

 

 

 

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook