Budżet Obywatelski, czyli…, ciąg dalszy urzędniczej paranoi

Budżet Obywatelski już z samej nazwy ma mówić obywatelowi / mieszkańcowi, że to forma zaspokajania społecznych potrzeb w postaci bardzo szybkiej ścieżki realizacji zadania. Nie u nas, nie w Polsce, bez urzędniczego jazgotu, komisji i tony papierów, można ewentualnie pomachać sobie palcem w bucie. Skoro droga do uzyskania pieniędzy jest tak kręta i opiera się o tyle przeszkód, to po co to wszystko? Ciąg dalszy opowieści o BO, który jest niczym innym jak powielaniem kompetencji samorządu w składzie, który wybraliśmy uznaliśmy go za najmniejsze zło.

Przekonajmy się o tym co czeka tych, którzy liczą na cud w postaci np. ustawienia latarni tam, gdzie jest taka potrzeba.

Jednak to nie wszystko, ponieważ teraz czeka nas jeszcze żmudny proces wyborczy, osobny dla miasta, osobny dla gminy, prócz tego sporo formularzy natury formalnej na kształt popularnego Pit – u/a, wszak władza lubi porządek i gromadzenie papierów dla ochrony własnego tyłka i ku pokrzepieniu serc władz centralnych, które mogą się zmienić i poszukiwać w tej patologii kolejnej dziury rękoma Temidy.

Reasumując, budżet obywatelski wcale nie jest tym, na co wygląda, to kolejny niewypał na miarę odradzającego się w POLSCE socjalizmu ukrywającego się w sanacyjnej kalce sprzed prawie wieku, a potomkowie starych towarzyszy, to uwielbiają, a są ich u nas całe legiony!


(mrf.)