Listy od Czytelników. WARSZTATY GOSPEL TUCHOLA 2015 – WYPEŁNIJ ANKIETĘ…

Ubiegłej doby do naszej redakcji dotarł list od czytelnika, który postanowił podzielić się swoimi wrażeniami, po wzięciu udziału w zakończonych w niedzielę ( 19. 04. 2015) warsztatach GOSPEL, które odbyły się w tucholskim TOK-u i których TOKiS był patronem medialnym. Tekst z gatunku trudnych. Zapraszamy do lektury.

Ucieszyła mnie bardzo wiadomość przekazana od moich znajomych, że w najbliższym czasie w Tucholi będą organizowane warsztaty muzyki gospel.

Kilkanaście lat wcześniej przeżyłem taką imprezę w Poznaniu, organizowaną przez znaną w tamtym czasie grupę muzyczną z za wielkiej wody – trzydniowa dawka potężnej energii, wiele cennych informacji ze strony rzemiosła i detali muzyki i śpiewu tego rodzaju, wspaniałe chwile w radości wspólnego śpiewania wielbiąc Boga. To takie moje skrócone wspomnienia z minionego czasu, które wpłynęły na dalsze moje latka…

Przekładając sobie wcześniej wszystkie sprawy obowiązków codziennych, tak aby nic mi nie kolidowało i nie popsuło mi czasu rezerwowanego na warsztaty, zapisałem się „elektronicznie”, wpłaciłem co trzeba i czekam z radością.

Przychodzi wreszcie sobota, ranek.

Wstajemy z żoną – ona też bardzo ochocza, zapisana i gotowa do przygody. Szybko jemy i jedziemy. Przed TOK-em spotykamy naszych przyjaciół – też już dojechali – jest dobrze! Wchodzimy do środka, witają nas miłe twarze organizatorów (chyba), pulpit rejestracyjny, podajemy swoje dane – jesteśmy na liście – jest wszystko ok. Dostajemy identyfikator oraz po dwie wejściówki dla gości na koncert finałowy – wszystko tak jak w folderze informacyjnym i na stronie warsztatów. W środku wiele uśmiechniętych, patrzących z entuzjazmem ludzi w różnym wieku, trochę znam z widzenia, bo przecież Tuchola mała – zapowiada się dobry początek dnia! Jest już 9.00 – wchodzimy do sali głównej. Na krzesłach dobre oznakowanie gdzie siedzą poszczególne głosy, wcześniej zadeklarowane. Odnajduję swój sektor, no bo do tenoru przypisałem siebie. Rozchodzimy się z żonką – ona w sopran uderza. Jest naprawdę dobrze – obok mnie siada mój dobrzy przyjaciel, z drugiej strony fajne twarze – znam ich z widzenia…O! z przodu widzę Michała – „pogromcę” w dobrym tonie, płci pięknej z dobrym głosem. No jest dobrze, jest dobrze…Po drugiej stronie w sopranach uśmiechnięte dziewoje – znajome i przyjaciółki z dobrym kontrastem na policzkach. Z tyłu alty – nie znam – wywnioskowałem, że nie z Tucholi – nieważne – fajnie, że są. Jest nas dobrze ponad 100 osób.

Zaczyna się!

Ze sceny wita nas szef grupy warsztatów, przedstawia naszą instruktorkę, która będzie nas szkoliła – Agnieszka „Baca” – uśmiechnięta babka, pełna energii. Najpierw mała gimnastyka szefa grupy. W sumie dobrze, bo byłem jakiś zastały z ranka. Potem przejęła pałeczkę „Baca” – zaczynamy od ćwiczeń emisyjnych gardzioła i reszty trzewi przydających się w dobrym śpiewaniu. Na to liczyłem, przypominając sobie moje poprzednie warsztaty. Po dobrym masażu gardła, gdzie w pewnym momencie miałem slajd z filmu „maska” gdzie „kopara” rozwija się na stół, przechodzimy do śpiewania.

Organizatorzy przedstawiają nam pastora – Davida Daniel’a – uśmiechnięty facet z pozytywną aurą. Zaczynamy z „grubej rury” – trudnym utworem z podanej wcześniej listy. Pastor – intonuje – świetny, „czarny głos” z szorstkim a jednocześnie aksamitnym falsetem – rewelacja! Jest świetnie! No, niestety, tak jak obawiałem się, mam problem z fonetyką angielszczyzny, jednak idę do przodu, oswajam się i dodaję trochę odwagi do głosu. Czasem z boku Krzychu trochę mnie zakrzyczy, ale biorę poprawkę na jego jednostronność, mimo tego świetnie śpiewa! Jesteśmy po pierwszych utworach, bardzo pięknych, choć trudnych. Po krótkiej przerwie przejmuje nas „Baca” – kobita z iskrą i ikrą – ze świetnym, mocnym głosem – chylę czoła dla jakości ,przy jednoczesnym akompaniamencie świetnych muzyków w tle. Z „Bacą” jest mi trochę lżej śpiewać może dlatego, że jedziemy polskie utwory – piękne. Wychodzi nam, czuję się pewniej i swobodniej. Mamy przerywnik i trochę wytchnienia – mikrofon przejmuje szef grupy (imienia nie pamiętam). Opowiada na trochę czym jest gospel – to dobrze, pomyślałem, bo przecież nie wszyscy mogą znać genezę. Daje również swoje świadectwo opowiadając swoje spotkanie i odkrycie Boga, który zadziałał w jego życiu i zmienił o 180 stopni. Ładnie mówi – pomyślałem, duże przekonanie w jego słowach. Ładny dodatek i ukwiecenie warsztatów. Potem była chyba, krótka przerwa, gdzie ugoszczono nas w ładnej sali, kawą z ciastkami. Zwróciłem wtedy uwagę na wielu ludzi, których obsługuję tę imprezę – bardzo miłych, uśmiechniętych, choć z twarzy nie potrafiłem ich rozpoznać i „przypiąć” do żadnej grupy, którą znam, trochę mnie to zaintrygowało. Zaczynamy dalszą „walkę” z naszym śpiewaniem – jest dobrze i jeszcze przyjemniej. Kolejne dwa utwory i mały przerywnik dla oddechu – wychodzi na scenę wysoki, szczupły facet, który przedstawia się jako organizator i inicjator naszych warsztatów. Tomek opowiada nam również swoje świadectwo z życia, jak odbywało się jego poznanie Boga. Mówi nam również o grupie – Tucholskiej Strefie Słowa – gdzie odnajduje swoją drogę życiową. W kontekście zdań zaprasza i zachęca do przyjścia na spotkanie. Pomyślałem, fajny człowiek i fajna inicjatywa, choć w głowie przekopałem wszystkie moje pozamykane szuflady i nic wcześniej o tym nie słyszałem i gościa też nie widziałem…Mówił o spotkaniach ekumenicznych gdzie spotykają  się ludzie z różnych kościołów na wspólnym czytaniu Słowa Bożego i modlitwie. Poruszyłem się wewnętrznie, ponieważ spotkania ekumeniczne zawsze były mi bliskie i dobrze w tym się czułem, wspominając sobie wspólnotę braci z Taize. Na koniec swojego świadectwa Tomek poinformował, że woluntariusze przeprowadzą z nami krótką ankietę, gdzie będzie można powiedzieć co nam, wśród uczestników warsztatów podoba się a co nie. Naszła mnie myśl, aby podejść do Tomka w przerwie na krótką rozmowę. Tak się stało. W czasie przerwy podszedłem do niego, przedstawiłem się, on również. Siedliśmy sobie gdzieś na środku sali w spokoju. Zapytałem go o tę grupę, o której mówił. Rozwinął troszkę……, korzystając z okazji zaprosił mnie do wypełnienia ankiety, gdzie były punkty (które pamiętam) o warsztatach, skąd dowiedziałem się o nich, co robię, co mi podoba się, a co warto zmienić (tu podałem, że nie nadążam czasem z moim angielskim i przydałaby się wersja fonetyczna) czy znam biblię, dane kontaktowe…itp. W tamtej chwili nie zastanawiałem się zbytnio, zależało mi raczej na miłej rozmowie z osobą, która z jednej strony jest organizatorem a z drugiej tworzy fajne dzieła w miejscowości w  której jestem. Po tej krótkiej rozmowie wymieniliśmy się telefonami i mailem. Naszła mnie myśl – ponownie – kurczę, nigdy wcześniej w żadnym kręgu, czy to na rekolekcjach charyzmatycznych, czy to innych uroczystościach nie spotkałem gościa…??!

Jeśli działa ekumenicznie, to chyba powinienem go spotkać? Zaczęły po głowie mi różne myśli „lotać” – coś nie dawało mi spokoju. ..

Mijają kolejne godziny warsztatów, chyba trwa 4 warsztat w sobotnie popołudnie, ostatni w tym dniu, jestem już zmęczony fizycznie śpiewaniem i skupianiem się na tekście….i tu na szczęście – pomyślałem – znowu przerywnik wytchnienia. Szef grupy z Poznania przejmuje mikrofon, mówi nam troszkę o Bogu i o 4 prawach duchowego życia – czy słyszeliśmy – wyświetla slajd, proponuje krótką modlitwę w cichości i zamkniętymi oczami – pomyślałem – czemu nie – śpiewając dla chwały Boga, czemu chwilę nie pomodlić się – rozmawiam… Nagle wyrywa mnie z otchłani głos prowadzącego mówiąc „jeśli modliłeś się do Jezusa podnieś rękę”. No tak, pomyślałem, oczywiście, że modliłem się, lubię rozmawiać z Jezusem. Podniosłem rękę, rozglądnąłem się po sali – sporo nas modliło się w tym czasie, poczułem się wspólnotowo. Prowadzący dziękuję wszystkim za modlitwę i zaprasza tych, co podnieśli rękę na zewnątrz, gdzie otrzymają za ten akt drobny upominek. No dobra – pomyślałem – jestem na warsztatach, uczestniczę w nich, podejdę bo to zgodne z prawdą. Wyszedłem na zewnątrz tak jak wielu z uczestników. Tam „zagarnął” mnie jeden z woluntariuszy (nie pamiętam z imienia). Miły gość, powiedział, że ma tu dla mnie upominek. Dostałem do ręku książeczkę „Więcej niż cieśla” Josha McDowell’a + różne inne cytaty z Biblii, wizytówki Tucholskiej Strefy Słowa, 4 prawdy duchowego życia, folder SzukajacBoga.pl, niektórzy otrzymali Nowy Testament w formacie mini , dosłownie – to chyba wszystko. Dużo tego – pomyślałem. Nagle, to wszystko, co otrzymałem „gruchnęło” mi na ziemię. Na szczęście tak się to rozsypało, że potrafiłem to oczami ogarnąć…no i „KLAPY mi otwarły się”!

Nic tu nie widzę przysłowiowo „z mojej parafii”.

Oczywiście, nie chodzi mi o to, że to, co jest zawarte w tekstach tych ulotek jest złe, bo tego nie wiem, ale chodzi o to, że nie spotkałem się z tym podczas spotkań w moim Kościele. Tych ludzi również nie widziałem w moim Kościele, choć ekumenicznie działają – mówili. Wiele tych myśli przeleciało mi przez głowę… , widziałem wiele zmieszanych twarzy, chyba nie od zmęczenia, po intensywnych, ostatnich warsztatach….

W programie dla chętnych pozostał wieczór uwielbienia. Zostaliśmy, chociaż miałem burzę w głowie, moja żona też nie bardzo to ogarniała, choć jest osobą silnie stąpającą po ziemi, ze świetną intuicją. Aśka, moja przyjaciółka zaginęła gdzieś w akcji, potem wróciła mówiąc „nie mogę…”

Rozpoczął się wieczór uwielbienia przy przyciemnionym świetle i świeczkach.

Trochę osób zostało, siedzieliśmy wśród przyjaciół i znajomych wspólnie z twarzami jak po sztormie. Kazik wyszedł szybkim krokiem, wzywając żonę z autem po odbiór „reanimacyjny”. Nie mogłem pozbierać myśli, a tym bardziej połączyć się we wspólnej modlitwie. Coś mi mówiło „wyjdź”. Popatrzyłem na żonę, przyjaciół – wyszliśmy…

Pierwszy dzień warsztatów dobiegł końca.

Wracaliśmy do domu, wjechaliśmy na parking, ale zawróciliśmy i pojechaliśmy do pizzerii. Zadzwoniliśmy do naszych przyjaciół, również zawrócili i przyjechali do nas. Emocje w nas wzbierały. Krzysztof, dobry człek, studził nam emocje…

Wieczór zapadł w noc…..dosłownie.

Obudziłem się wcześnie rano wiedząc, że już nie dokończę tych warsztatów.

Moja żona również miała wielkie rozterki, ale zdecydowała się, że da temu szansę.

Spędziłem niedzielę z dzieciakami. Umówiliśmy się, że na koncercie finałowym będę. Byłem ciekawy finału.

Godzina 17.00 niedziela, rozpoczyna się koncert finałowy.

Zaczęli ładnie, ostre, pewne brzmienie, dobrze brzmiące głosy jak na tak krótki czas przygotowań. Postanowiłem nagrać koncert. Trzymam aparat, łapy mnie bolą i nagle przerywnik – wychodzi szef, lider grupy instruktorów warsztatów i czyni powtórkę sobotniego wieczoru. Opowiada swoją historię z życia, podnosząc wysoko biblię „tysiąclatkę”(pomyślałem żartobliwie – „może inny przekład podrzucić?”), zaprasza do modlitwy.., kto się modlił niech podniesie rękę.., zaprasza dłonią do wyjścia po mały upominek, woluntariuszów cała sala, stoją po bokach w kordonie. Poczułem się jakbym na barykadę wstępował. Aparat schowałem. Tym razem już nas nie było 100 osób tylko razy xxx– zaproszeni goście przez uczestników warsztatów. Ludzie zmieszani, sporo wychodzi po „prezent” , wychwytywani zaraz przez wolontariuszy, dodatkowo…, ankieta w ruch – maszyna parowa, jak w Brzechwie, ruszyła. Byłem z moimi dzieciakami, one również potrafią modlić się po swojemu, we własnym języku w relacji z Bogiem, podnieśli rękę, ale nie wyszli…., wytłumaczyłem im „o co kaman” – byłem już mądrzejszy.

Za mną siedziała moja sąsiadka – dobra pani z pieskiem, często widzimy się w naszym kościele. Miała na kolanach ankietę i biedna nie wiedziała co ma z tym zrobić – nie wypełniła. Patrzyłem na ludzi – uczestników warsztatów, po sobocie w mocno okrojonym składzie – oni nie byli już tacy szczęśliwi i radośni. Poczułem się jak w Collosseum za Cezara – ktoś z chórzystów stając się etykietką i narybkiem,  zwiesił kciuk w dół, ktoś inny z kolei odwrócił się, Żona siadła – myślałem, że zasłabła, nie wiedziałem, czy ją ratować , czy co. Widziałem na niektórych twarzach zmieszanie rozumiejących to, co tu się dzieje i jaką formę to przybrało.

Koncert dobiegł końca.

Prowadzący liderzy, organizatorzy, liczna grupa wolontariuszy była bardzo szczęśliwa.

Ja nie byłem szczęśliwy.

Poczułem się oszukany i osaczony wartościami, które za pozór nie budzą zastrzeżeń, ale zburzyły mój ład i spokój wewnętrzny.

Mam żal do samego siebie, że nie sprawdziłem poglądów  grupy liderów i sposobu ich działania.

Szkoda tylko, że nie zdobyli się na odwagę, aby wcześniej wszystko klarownie wyjaśnić i po ludzku, otwarcie powiedzieć , z jakiego ramienia działają i jak funkcjonują. Myślę, że dla wielu uczestników i współorganizatorów byłoby łatwiej i bardziej komfortowo móc samemu wybrać i podjąć decyzję uczestnictwa i aprobaty lub nie.

Bardzo żal mi pastora Davida Daniel’a, wydaje się, wspaniałego człowieka tryskającego bożym, wielkim talentem i charyzmą, który nie był chyba poinformowany, jak to będzie przebiegało i jaki cel mają warsztaty w kuluarach.

Moja radość z tych warsztatów wygasła w ankiecie …

                                                                                                  Maciej Kotowski

                                                                                     mattijjah.kotowski@gmail.com

________________

(red.)

Do tematu jeszcze powrócimy. [przyp.mrf.]