„Nosili wilcy razy kilka…” i bardzo dobrze!

Piątkowe wydanie Gazety Pomorskiej nie różniło się specjalnie od innych. Jednak jeden z artykułów silnie poruszył środowiskiem tucholskich samorządowców. Odbiór społeczny jest do tej chwili nieznany. To nasze zadanie.

Bulwersujący artykuł nosi dość prowokacyjny tytuł: „Blefował? Szantażował?”. Obecność znaków zapytania już w samym tytule, to zwiastuny tego, że będzie kontrowersyjnie. GP ustami swojego „informatora” daje jasny sygnał, że ta informacja może być traktowana w taki sposób, jak czynią to, na co dzień wzięte, polskie tabloidy. Czy mamy w tym artykule symptomy dość pospolitego zjawiska, jakim jest pomówienie?

 

Być może tak, jednak biorąc pod uwagę mnogość czynników, przeciętny czytelnik podejdzie do tych rewelacji tylko w jeden sposób, niestety jest on dość radykalny nie dla przedmiotu, lub podmiotów sprawy, a samej gazety, która w efekcie wylądowała w koszu, a pozostał po niej tylko żal, że na ten numer wydano ileś tam złotówek i to zupełnie niepotrzebnie.

Fot. TOKiS – PRESS

Skoro jednak doszło już do tego desperackiego kroku, należy zastanowić się nad tym, kto zwrócił się do GP z taką rewelacją? Czyżby był nim ów tajemniczy „informator”? Kim jest? Czy może zainteresowana sprawą, pani prezes tucholskiego PK? A może bohaterem negatywnym jest pan radny B.? To oczywiście łatwo zweryfikować, moim zdaniem, ów „informator” jest wzięty z… powietrza. Niestety tym razem ilość szczegółów, które ciągle są w stadium dość wirtualnym, a które dotyczą ewentualnych, bliżej nieokreślonych zasług radnego B., budzą śmiech i politowanie, wobec odpowiedzialnych za fakt, że do przetargu dopuszczono myśl, iż firma, która, na co dzień zajmuje się „łupaniem kamieni”, czasami nawet takich, które mają wręcz niesamowite właściwości, bo.. „mówią”, może zajmować się wywozem śmieci.

Jeżeli tak ważnym kryterium przystąpienia do przetargu jest wadium, a to pan radny wniósł rzekomo w „żywej gotówce”, to sam ten fakt dyskredytuje go w oczach komisji przetargowej. Dlaczego? Ponieważ zgodnie z obecnie panującymi trendami, wiarygodna firma nie musi tego robić! Wystarczy zaświadczenie z banku obsługującego konto oferenta o tym, że taką kwotą dysponuje i w każdej chwili może ją przelać. To absolutnie wystarczy, jednak nie panu radnemu B. ,który zdaje się cierpi okrutnie na przypływ gotówki, ups, przepraszam, jego wielce zacna małżonka.

Inną sprawą jest, czy składający ofertę ( jednak do tego tutaj nie doszło) jest kompetentny i ma środki do wykonania podobnych usług. Ustala to wywiadownia gospodarcza, lub wystarczy prześledzić artykuły prasowe, w których podobne informacje zawarte są od dawna. Oczywiście firma ta może stać się pośredniczącą, a faktyczne usługi wykona ktoś zupełnie inny, niestety w tak niezamożnym środowisku jak nasze, jest to mało prawdopodobne, chociaż w przypadku PK tak się dzieje bodaj w… Koronowie. Zostawmy jednak te rozważania w sferze czysto teoretycznej i zdroworozsądkowej, ku przestrodze decydentów… na przyszłość.

Już ten zasób informacji mógł stanowić przyczynek do tego, że pan radny B. stosuje prostą zasadę konkurencyjności w formie kapitalizmu obowiązującego w Polsce, czyli… „dzikiego”. Ten sposób uprawiania biznesu jest powszechny w dużych ośrodkach miejskich i często nosi znamiona korupcyjne. W tucholskim przypadku coś takiego nie istnieje i można to wszystko  śmiało pozostawić w sferze, którą kolokwialnie nazywamy „podlożeniem świni” bliźniemu, ściśłej …, no właśnie, czy ktoś wie jak brzmi forma żeńska od „bliźni”? Nie, nie bliźniaczka.

Efekt jest zadziwiający i społecznie pozytywny, pan radny zakpił sobie ze wszystkich i spowodował to, że konkretne usługi mogą być tańsze. W tym przypadku chodzi o niebagatelną kwotę aż 400 000 złotych. Cóż to oznacza? Sytuacja jest ze wszech miar niespotykana. Jeżeli pan Burmistrz Tucholi zaplanował budżet, w którym na pozbycie się śmieci wyasygnował 2 miliony zlotych, to dzisiaj znalazł się w komfortowej sytuacji, gdzie za chwilę odniesie dwie konkretne korzyści. Jakie? Zaoszczędzi wspomniane już 400 000 złotych, za chwilę obniży koszty pozbycia się śmieci obywatelom, jednocześnie zbijając kapitał przedwyborczy. Genialne i diablo uczciwe i przed plutonem egzekucyjnym postawić można każdego, kto stwierdzi coś innego. Co pozostaje? Pogratulować dwóm osobom – świetnego pomysłu radnemu B. i panu Burmistrzowi, że nie ze swojej winy zarobił na naiwności i to dla nas, prawie pół miliona złotówek – szczęściarz.

Komu ta sytuacja może nie być na rękę? To oczywiste, pani prezes PK, ponieważ zwyczajnie, bezczelnie Ją… wykorzystano. Niestety, takie są realia „dzikiego, polskiego kapitalizmu” o którym mówię. Jasnym do przewidzenia było to, że sytuacja wymknie się pani prezes spod kontroli i zaplanowany przypływ środków trafi przysłowiowy szlag. To oczywiste, popełniony został kardynalny błąd polegający na złym rozeznaniu w sytuacji. Typowy błąd menadżerski, którego w przedbiegach pozbywają się lepsze firmy, zatrudniając osoby kompetentne tylko w jednym segmencie prowadzenia dużej firmy – rozeznaniu rynkowym.

Cała reszta medialnej awantury jest wyłącznie tłem. Oczywiście, pozostaje kwestia formy, jaką przybrało rzekome spotkanie obojga biznesmenów, jednak nie liczyłbym na to, że otwarte drzwi gabinetu i ewentualna osoba trzecia, słysząca dialog przyzna to i zezna o tym w sądzie. Oczywiście może taki cud nastąpić, jednak nie z własnej woli podsłuchującego, nie w środowisku, gdzie brak pracy określa nasze „być i żyć”, lub nie.

Jasnym jest, że tło całej sprawy ma głębsze podłoże, a to nierozerwalnie łączy się w sposobie postępowania obu bohaterów artykułu w GP. Jednak, aby dostrzec te subtelne niuanse, trzeba być blisko tych wyjątkowych zachowań, które mają podłoże wieloletnie. Innymi słowy wskazani przedsiębiorcy niestety się nie kochają, mają sprzeczne interesy natury biznesowej i politycznej i tutaj kryje się sedno tej wyjątkowej sprawy.

Antidotum? Wyłącznie jedno, dla dobra Naszego Powiatu, ci państwo nie powinni piastować funkcji społecznych aż do chwili, kiedy zaczną myśleć odrobinę dalej, niż o czubku własnego nosa, który ktoś wreszcie im przytrzaśnie.

Kim jest ów terrorysta „nosowy”? To my, obywatele i nasze święte prawo wyboru ludzi, którym można zaufać, lub zwyczajnie wysłać ich na… Marsa… aż zmądrzeją.

„I tak się sprawy mają”

(cyt. z twórczości pana red. Bogdana Misia, naszego TOKiS-owego  mentora, którego serdecznie pozdrawiam).

Mariusz R.Fryckowski