Sprawa wypadku funkcjonariuszy SOP w Wielkim Gacnie już została zamieciona pod dywan? – TUCHOLSKA OFICYNA KULTURALNA I SPOŁECZNA / TOKiS – PRESS

Sprawa wypadku funkcjonariuszy SOP w Wielkim Gacnie już została zamieciona pod dywan?

Brak oficjalnych notek policyjnych, brak fotografii, opisu, nic z wyjątkiem krótkiej notatki Rzecznika Prasowego Służby Ochrony Państwa.

Z jednej strony trudno się dziwić, bo kolejna wpadka potwierdza tylko oczywistość, że następcy słynnych „Borowików” są jak amatorzy we mgle. Najwartościowsi (czyt. najlepiej wyszkoleni) funkcjonariusze przepadli i tylko kolejna teoria spiskowa może pomóc w ustaleniu przyczyn zdarzenia w Wielkim Gacnie. Ujmijmy to tak, każda władza chce mieć zaufanych „stójkowych” w związku z tym trzeba usunąć tych, którzy budzą wątpliwości i zastąpić ich narybkiem „ukierunkowanym” na lojalność. To jest argument. Niestety, jeszcze wiele zatrutej wody słynie z Wisły do morza, zanim ci nowi dorównają starym wyjadaczom. Do chwili, kiedy się nie wyszkolą, będą się rozbijać, popełniać gafy w każdym aspekcie ich służby. Być może to jakaś chybiony punkt regulaminu, który okazuje się być trudnym do przejścia.

Jedno jest pewne, przełożeni służb SOP nie mają powodu do zadowolenia i po każdej wpadce swoich podkomendnych, muszą czym prędzej niepowodzenie ukryć, zbagatelizować medialnie lub zwyczajnie przekuć w sukces. Cóż, w Smoleńsku się nie udało.

Zwykle, po takim zdarzeniu, jak to z 15 kwietnia w Wielkim Gacnie, gdzie rozbija się i dachuje samochód przeciętnego obywatela, pojawiają się procedury, badanie krwi pod względem zawartości alkoholu, analiza zdarzenia, ocena kto lub co, stało się powodem wypadku i wreszcie przygotowana do publicznej wiadomości notatka, zdobywa świat, czyli czytelnika. W tym przypadku zapadła cisza, którą od czasu przerywają zdezorientowane media. Nie ma niczego namacalnego, brak opisu, notatek, zdjęć, niczego nie ma, z wyjątkiem jednego kadru, który trafiła do społecznościowego medium, przekazane przez bliżej nie znaną nam osobę. Ponieważ kadr nie trafił do nas, nawet nie możemy go opublikować, jako medium. Samochód SOP wyleciał z szosy i dachował w przydrożnym lesie. Stan  pojazdu nie był zły po takim zdarzeniu. Gdyby nie strażacy, nawet nie wiedzielibyśmy o tym, że taka kraksa miała miejsce. Rozmyła się też informacja, gdzie trafili poszkodowani uczestnicy wypadku, dopiero po jakimś czasie pojawiły się mętne informacje o tym, że  kontuzjowani trafili do bliżej nieustalonych szpitali. Prawda jest tak, że do Tucholi mieli najbliżej. I teraz najważniejsze, kwalifikacja zdarzenia uzależniona jest od czasu pobytu w szpitalu. Jeżeli ten pobyt się przedłużył, dopiero wtedy można mówić o „wypadku”, kompletna paranoja.

Sprawie ukręcić łeb miała notatka wspomnianego wcześniej rzecznika:

Wczoraj (15 kwietnia br.) w godzinach wieczornych w powiecie tucholskim doszło do zdarzenia drogowego z udziałem pojazdu wsparcia, należącego do SOP. W samochodzie znajdowali się funkcjonariusze Służby Ochrony Państwa, którzy po zdarzeniu zostali przewiezieni do szpitali. Ich życie nie jest jednak zagrożone.

Wszyscy wykonują na co dzień zadania analityczne i nie zajmują się ochroną osób. Rutynowo w takich przypadkach pojazdem kieruje jeden z uczestników podróży, a nie specjalnie delegowany kierowca.

W zdarzeniu, poza samochodem Służby Ochrony Państwa, nie brał udziału żaden inny pojazd. Kierowca był trzeźwy. Aktualnie sprawą zajmuje się Policja, która ustala przebieg zdarzenia.

Rzecznik Prasowy

Służby Ochrony Państwa

mł. chor. SOP Anna GDULA – BOMBA

Co tu ustalać? Dla każdego lokalnego użytkownika fatalnej drogi jasnym jest, że złapanie jedną stroną samochodu pobocza, zwłaszcza, kiedy pędzi się jak wariat, musi doprowadzić do wypadku. Pomimo tego, że padają zapewnienia,że słynna „Napoleonka” jest drogą płaską jak stół, jest wykonana źle, ponieważ nie zadbano o pobocze, efekt jest taki, że nawet wyminięcie się dwóch pojazdów niewielkich rozmiarów, stanowi problem. Kiedy pojawia się ciężarówka, ruch praktycznie jest wstrzymany. Celowo nie mówi się o tym, ale to oczywiste dla każdego, winę ponosi właściciel drogi w tym przypadku nasze starostwo, które spaprało sprawę, być może z powodów od nich niezależną, wszak, dysponujemy chorym prawem, które reguluje inne, idiotyczne,  unijne.

Świadkowie wypadku mówią różne rzeczy, ale niestety, można te rewelacje interpretować wyłącznie jak kolejną składową, jeszcze innej teorii spiskowej.

Nie ma odważnego, który powiedziałby jak jest, a o ukaraniu sprawcy nawet się nie wspomina. Lakoniczna informacja o tym, że szczegóły ustala policja, pewnie jest prawdziwe, ale trwa to zbyt długo i raczej nie doczekamy się pełnego wyjaśnienia, a jeżeli już, to będzie to informacja politycznie poprawna. Niestety, nawet nie możemy zganić za to właściwej służby, bo znajduje się w okowach obecnej władzy. Kto się wychyli, ten w najlepszym przypadku ryzykuje etatem i przerwaną karierą. To się już zdarzyło i może zdarzyć się ponownie.

Pozostaje już tylko jedno, sprawa przyschnie i wyciszy się sama, media będą miały inne rewelacje, które przykryją tę wpadkę, ale decydenci muszą mieć świadomość tego, że są jeszcze inne media, na ich nieszczęście, bardzo cierpliwe i pamiętliwe, które temat będą drążyć aż do wyjaśnienia.


 

(mrf.)