Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych, czyli… ubezpieczyciel tylko z nazwy?

Firmy ubezpieczeniowe…, któż nie miał z nimi do czynienia? Chyba każdy. Powszechnie wiadomo, że ich istnienie nie ma nic wspólnego z tym, co wbijają nam do głowy głupawe reklamówki w TV. Ich głównym celem nie jest wyplata odszkodowań, a wyłącznie zysk. I nie ma się, co dziwić temu, że w razie zaistnienia jakiejkolwiek szkody, zrobią wszystko, aby uniemożliwić wypłatę odszkodowań poszkodowanym.

Pan Marek wrócił właśnie z Bydgoszczy, postanowił, że odwiedzi rodzinę, która mieszka na jednym z tucholskich osiedli. Ten parking zna doskonale, jest duży i w miarę bezpieczny. Jednak tym razem…, co to? Nie ma miejsca, aby zaparkować? Skonfundowany zatrzymał się na poboczu, na wszelki wypadek włączył światła awaryjne. Raptem…, usłyszał głuchy trzask, jego wielki van lekko się zakołysał. Pan Marek spojrzał w lusterko wsteczne, ze zdumienia aż przetarł oczy – w tył jego auta uderzył wielki „dostawczak”, który wyjeżdżając tyłem, nie zachował należytej uwagi. Manewr wykonał zbyt szybko, zbyt pewnie, doprowadził do stłuczki. Pan Marek wysiadł ze swojego auta, sprawca wyskoczył z kabiny, reagując gwałtownie, podbiegł do poszkodowanego, mając pretensje. Pan Marek nie wdawał się w dyskusje, wezwał Policję. W oczekiwaniu na radiowóz obejrzał skutki uderzenia. Na pierwszy rzut oka nic złego się nie stało. Uszkodzona została tylna lampa, zderzak, same drobiazgi. Sprawca stracił tylne oświetlenie, zderzak i wielką stertę…rdzy.

 

Przyjechała Policja, funkcjonariusze, trochę zdziwieni skalą strat, ale wykonali to, co do nich należało. Ustalili sprawcę, poszkodowanego, wszystkie szczegóły zdarzenia. Pouczyli pana Marka o Jego prawach. Sprawca odjechał uszkodzonym autem, co szczerze zdziwiło pana Marka, ściślej fakt, że policjanci nie zareagowali, na skalę uszkodzeń tamtego auta. Pewnie byli znudzeni, może zmęczeni, są tylko ludźmi w radiowozie z oponami o wyglądzie slicków – bez bieżnika.

 

Od tej chwili pan Marek przeszedł drogę przez mękę, wszystko za sprawą firmy ubezpieczeniowej o dźwięcznej nazwie TUW. Kontakt z firmą odbywał się za pośrednictwem infolinii – koszmaru każdego klienta. Godziny spędzone przy telefonie wyprowadziłyby z równowagi każdego, pomimo zapewnień firmy, że szkody likwiduje w ekspresowym tempie – to taki chwyt marketingowy…, bez znaczenia.

 

Uff, odezwał się likwidator szkody, po kilku monitach w firmie, umówił spotkanie z panem Markiem. Rzeczywiście, dojechał i bez zbędnych ceregieli rozpoczął swój chocholi taniec. Fotografował absolutnie wszystko, najmniej miejsca uszkodzone, ba mało tego, dysponował przyrządem, który mierzył grubość lakieru! Wyraźnie zmartwiony, bo nie znalazł skutków napraw blacharskich. Wykonał dwa miliardy czynności, które okazały się niepotrzebnymi. Cóż jednak robić, firma TUW ma swoje przepisy, pewnie najważniejszy z nich mówi – „dokopać klientowi tak mocno, aby stracił ochotę do walki”. Minął krótki czas i na konto pana Marak wpłynęła kwota odszkodowania, która wywołała uśmiech na jego twarzy. Z radości? Bynajmniej, sytuacja przypominała te z filmów Barei.

 

Prócz kwoty, która wpłynęła na jego konto, otrzymał również pismo z firmy, która uprzejmie informuje, aby w razie wątpliwości udał się z pretensjami gdzieś w okolice… Marsa.

Zdecydował, ze napisze do firmy TUW pismo, które przewrotnie zatytułował: „Informacja – roszczenie”, nie spodziewał się reakcji, ale co tam, niech „nacialstwo” pozna jego punkt widzenia.

 

 

Drodzy Państwo, jestem osobą poszkodowaną w zdarzeniu, którego krótkie dossier pozwoliłem sobie uściślić powyżej.  Zaistniałą sytuację, zgłosiłem w dniu zdarzenia, a nie dzień później, jak Państwo sugerujecie. Jednak nie to jest istotne, a dalszy ciąg tej sprawy, której finałem jest odszkodowanie, które Państwo zaproponowaliście, a które jest efektem zastosowania systemu, który w moim przypadku jest kuriozalnym lub innymi słowy…, czymś wielce krzywdzącym, by nie użyć bardziej dosadnych słów.

 

Przypomnę…

 

Kwota odszkodowania, to 170 złotych i 59 groszy. Kwota ta, być może zaspokoi pokrycie kosztów kupna żarówek, które akurat w tym przypadku nie uległy zniszczeniu. Państwa likwidator szkody – ekspert, dostrzegł zaledwie uszkodzenie tylnej lewej lampy, której cena wynosi w drugim obiegu około 200 złotych, ale w serwisie ceny zaczynają od ponad 350 złotych (źródło informacji -Internet). Prócz tego mamy do czynienia z europejską wersją tego auta. Jak się okazuje…, kupno identycznej lampy, przynajmniej w moim rejonie graniczy z cudem. Prócz tego, nikt jakoś nie wziął pod uwagę faktu, że przy podobnej kolizji czymś naturalnym jest uszkodzenie tak istotnych elementów jak część jezdna tyłu pojazdu. W tym przypadku uściślenie dotyczy zbieżności tylnej osi. Prócz tego, lekkiemu uszkodzeniu uległ układ hamulcowy, lekkie opuszczenie zderzaka w wyniku kolizji, co wykrył, stwierdził i naprawił warsztat, w którym wykonałem usługę na własny koszt.

 

Bez lampy, już poniosłem koszty powyżej 300 złotych, jeżeli dołączymy do tego sprowadzenie i wymianę uszkodzonej lampy na nową, koszt diametralnie się zmieni na wyższy. Biorąc pod uwagę fakt, że nowa lampa będzie świeciła z inna siłą, niż „stara” po drugiej stronie auta…, w myśl przepisów należy ten fakt ujednolicić, czyli… wymianie ulec muszą obie lampy. Oczywiście Państwo i tę informację zakwestionujecie, Wasze wilcze prawo. Wraz z tym pismem otrzymujecie Państwo fakturę, która jest niezaprzeczalnym dowodem w sprawie do tego, abyście zrewidowali swój pogląd w sprawie zdarzenia, gdzie podkreślam raz jeszcze…, jestem poszkodowanym i Państwa firma ponosi odpowiedzialność za zaspokojenie moich roszczeń. Jestem wobec państwa i tak liberalnym, ponieważ gdybym napraw dokonał w serwisie xxxxxx, koszt wzrósłby do ponad tysiąca złotych. W to nie wątpię, a wyraźnie to zasugerowałem w formularzu, który Państwo kazaliście mi wypełnić.

 

Zastanawiam się w tym momencie nad jednym…, czy Państwo zażartowaliście z poniekąd swojego „wymuszonego sytuacją” klienta, czy też potraktowaliście mnie jak uciążliwego petenta, którego należy „odstrzelić” jak przysłowiową kuropatwę?

 

Jako xxxxxxx zajmujący się właśnie tym typem spraw, zastanawiam się, jak dalece nastąpiły zmiany w firmach ubezpieczeniowych, o których piszę? Obawiam się, że uległy uwstecznieniu, a składki, które płacimy są adekwatne, ale dla zaspokojenia Państwa potrzeb.

 

Gdyby do całej sprawy dołączyć aspekt moralny, w którym w wyjątkowo przykry sposób zostałem potraktowany przez sprawcę kolizji, niefrasobliwość znudzonych pracą wezwanych na miejsce zdarzenia policjantów, straty finansowe w wyniku, których moje auto nie mogło jeździć, jestem przekonany, że każdy sąd przychyliłby się do rozpatrzenia sprawy uczciwego odszkodowania na moją korzyść.

 

Tak zwyczajnie, po ludzku…, jest mi przykro, że w dzisiejszych czasach podobne bzdury urastają do miana problemu, czy firma Państwa przynosi aż tak wielkie straty, że zarabiacie pieniądze w taki sposób?

 

Proszę o rzetelne rozpatrzenie mojej sprawy bez udziału bezdusznych systemów, które należy utylizować w… śmietniku. Rozpatrujecie Państwo sprawę poszkodowanego mienia klienta – człowieka z krwi i kości, a nie paczki skorodowanych gwoździ. Wierzę w to, że aspekt czysto ludzki weźmie górę nad „nieokrzesanymi” systemami, które tworzy się w jednym celu…

 

Z ukłonami…

 

Imię i nazwisko do wiadomości redakcji TOKiS – PRESS

 

Pan Marek nie doczekał się odpowiedzi, choć od zdarzenia i wymiany korespondencji minęło ponad pół roku. Oczywiście, wyremontował auto na własny koszt i jeździł nim dalej. Sytuację zlekceważył, jednak któregoś dnia opowiedział swoja historię właśnie nam. Miał tylko jedną prośbę, prosił, abyśmy przestrzegli klientów obecnych i przyszłych przed działaniem firmy TUW, która klienta ma tam, „…gdzie kończą się plecy, a rozpoczyna strefa biologicznego skażenia”.

 

mrf

 

Opisane zdarzenie jest faktem, zmieniono imię poszkodowanego, jego dane wyłącznie do wiadomości redakcji TOKiS – PRESS