Uliczny „szmateks”?

Na co dzień tak wiele słyszymy o wspomaganiu w potrzebie bliźnich. Nie ma czego ukrywać, pomimo tego, że wmawia nam się, że jesteśmy „zieloną wyspą” (chyba wsypą), słynne „szmateksy” robią w Polsce oszałamiająca karierę. Czy to ze względu na oryginalność ubrań? Nie, wynika to z pospolitej biedy.

Przeciętnego Polaka nie stać na zakup ubrań w normalnym, przeciętnym sklepie. Nawet tucholski rynek odzieżowy jest wielu osobom zwyczajnie niedostępny, ze względu na ceny, które kształtują się na poziomie 10 – 20 % drożej, niż w innych, nawet większych miastach. Odzież z „drugiej” ręki, staje się koniecznością.

A co zrobimy z odzieżą, która jest jeszcze w niezłym stanie, ale jest nam już niepotrzebna? Oddajemy ją , ale jakoś niezręcznie jest to komuś zaproponować. Zdecydowanie wolimy instytucje charytatywne, które wiedzą, co zrobić z takimi przedmiotami.

Od wielu lat w różnych punktach miasta pojawiły się specjalne pojemniki do odzieży używanej, gdzie w dość wymyślny sposób mechanizm systemu zapadni przyjmuje to, co jest już komuś niepotrzebne. Pojemniki te są bardzo charakterystyczne, mają widoczne napisy, ale w żaden sposób nie wolno ich wiązać z organizacją, która kojarzy się zwykle bardzo ciepło. Nie bądźmy naiwni, właściciel tych pojemników robi świetny interes, my jesteśmy tylko dostawcami surowca. Surowca? I owszem…

Dociekliwi odnajdą w portalu tekst, który szczegółowo tłumaczy pewne mechanizmy działania, a sytuacja nie podlega dyskusji.

TOKiS zainteresował się dzisiaj drugą stroną tych” wyjątkowych zbiórek odzieży używanej”. Oto krótka wizytówka tego, co zastaliśmy w centrum Tucholi. Turyści może tego nie zauważą, my zawsze.

__________________

(red.)