Wywiady Agi. Małgorzata Kalicińska jakiej nie znamy

Jest w pełni świadoma swojego wieku i nie wstydzi się powiedzieć o tym głośno, chociaż czasy mamy wypełnione sztucznością i ciągłą walką o to, by wyglądać młodo.

Bardzo bezpośrednia, konkretna, mówi bez „owijania w bawełnę”. Jej bohaterki są kobietami z krwi i kości, które kochają, tupią nogami, płaczą, śmieją się, czyli są takimi samymi kobietami, jak my, nasze przyjaciółki, sąsiadki, czy znajome bliższe i dalsze.

Gdy pytałam o zgodę na wywiad, ku mojemu zdziwieniu odpowiedź była pozytywna. Dlaczego się zdziwiłam? Bo to autorka z wielkiego świata, mająca na swoim koncie największy bestseller – sagę o „Rozlewisku”, zekranizowana i przyjęta w Polsce z ogromnie pozytywnym entuzjazmem. Za co my, prawie wszystkie (bo i przeciwnicy się znajdą) kochamy Małgosię, jej bohaterkę?

Chyba za tę neutralność i prawdziwość. No i za te malownicze mazurskie krajobrazy, które czuje się na skórze, widzi oczyma wyobraźni, czuje zapach i więź łączącą z czytelnikiem od samego początku.

Zdjęcie: Blox ma jedną wielką wadę - ograniczona ilość tekstu na stronie - ble!!!!!A teraz znacznie przyjemniejsza część. ZAPRASZAM NA WYWIAD Z MAŁGOSIĄ KALICIŃSKĄ!!Jest w pełni świadoma swojego wieku i nie wstydzi się powiedzieć o tym głośno, chociaż czasy mamy wypełnione sztucznością i ciągłą walką o to, by wyglądać młodo.Bardzo bezpośrednia, konkretna, mówi bez „owijania w bawełnę”. Jej bohaterki są kobietami z krwi i kości, które kochają, tupią nogami, płaczą, śmieją się, czyli są takimi samymi kobietami, jak my, nasze przyjaciółki, sąsiadki, czy znajome bliższe i dalsze.Gdy pytałam o zgodę na wywiad, ku mojemu zdziwieniu odpowiedź była pozytywna. Dlaczego się zdziwiłam? Bo to autorka z wielkiego świata, mająca na swoim koncie największy bestseller – sagę o „Rozlewisku”, zekranizowana i przyjęta w Polsce z ogromnie pozytywnym entuzjazmem. Za co my, prawie wszystkie (bo i przeciwnicy się znajdą) kochamy Małgosię, jej bohaterkę? Chyba za tę neutralność i prawdziwość. No i za te malownicze mazurskie krajobrazy, które czuje się na skórze, widzi oczyma wyobraźni, czuje zapach i więź łączącą z czytelnikiem od samego początku.Zapraszam do przeczytania całości:http://nietypowerecenzje.blox.pl/2014/06/Malgorzata-Kalicinska-jakiej-nie-znacie-wywiad.htmlMałgorzata Kalicińska – matka, pisarka, kobieta pracująca.

Gdy proponuję wywiad, staram się nie tylko dobierać odpowiednie pytania do rozmówcy. Mam swoje standardowe pytania, które zadaję wszystkim i oczywiście zadaję również takie, które odsłoniłyby chociaż trochę Autora/kę z zupełnie innej strony.

Czy Małgorzata Kalicińska jest gwiazdą przez duże G?

Zdecydowanie nie. Ma zupełnie inny światopogląd, spojrzenie na świat, otaczającą rzeczywistość, od tych autorek, z którymi miałam okazję i przyjemność rozmawiać. Zadziwiła mnie swoim śmiałym podejściem do życia, sytuacji i ludzi, jakich spotyka na swojej drodze. Najważniejsza jest dla niej rodzina i bycie razem. Reszta, to nabytość, która raz odchodzi, raz przychodzi, ale rodziny nie zastąpi. Potrafi pogłaskać, ale też kąsa, jak osa, gdy czuje się zagrożona.

Nie wpasowuje się w żadne ogólnie przyjęte ramy, bo to my je przecież sobie stwarzamy. Nie wzdycha ochem i achem, nie koloryzuje. Obok rodziny kocha wspomnienia, podróże i polską wieś.

Poezja to archipelag, który zdobyła. Teatr tylko ten poprzedni, a kino w domowym zaciszu i bamboszach.

Czego jeszcze nie wiecie o Małgosi Kalicińskiej? Przeczytajcie!

Teraz trochę ode mnie:

Dziękuję Pani Małgosiu za niebanalność, niekonwencjonalność, za tę Pani wyspę, na którą pozwoliła mi Pani wejść, gdy dryfując pytałam o różności. Dziękuję, że otworzyła Pani drzwi kobiecej odwadze i nie krępuje się mówić o tym, co boli, cieszy i rozwściecza, czasami prowokuje.

Pani Małgosiu, na jakim etapie Pani życia zaczynamy naszą wspólną rozmowę?

Mojego? Bo swego to Pani jest świadoma. Hmmmm. Od kilku lat jestem Wiedźmą.

No bo to jest tak, że mała kobietka mająca mądre babcie, mamę i ciotki jest rodzajem elfa, potem wyrasta na Wróżkę, robi się z niej Mała Czarowniczka (od oczarowywania i czarowania), jest też okres bez takich tam – zwykła kobieta (jak mówi Kasi Skrzynecka – „dodatek do cyca” czyli gniazdo – dom, meble, dzieci, wakacje, etc.) Aż wreszcie zaczyna WIEDZIEĆ i jest Wiedźmą! Tak sobie myślę, że to ten etap.
Dużo już wiem, złapałam dystans, stać mnie na stoicyzm, choć bywam wojownicza. Jeszcze.

No i normalnie – dom, obiady, mama, babcia, kobieta kochająca i kochana (!)

Jestem, chyba jak większość kobiet, wielką fanką sagi o „Rozlewisku”. Za co kobiety tak kochają tę powieść?

Jedne kochają, inne prychają, jak to w życiu.
Za co lubią? Może je zapytać? Mogę tylko przypuszczać, że ponieważ jest napisana z jednej strony staroświecką zwykła narracją a z drugiej prostym kolokwializującym miejscami językiem, jest… przystępna.
Może jest jak ogórkowa z koperkiem? Nasza, swoja. I o nas – czyli o świecie, który jest wkoło nas.

Ile jest w Małgosi, bohaterce „Rozlewiska” z Małgorzaty – autorki?

Nie jest to moja biografia, moje dzieje, ale dużo tu mojej radości życia (nawet w problemach), optymizmu, dobra. Bo ja taka jestem. Zarzuca mi się, że wszystko takie słodkie… Tak? Rozstanie Gosi z mężem, skądinąd porządnym – a to zawsze bardzo kobiecie utrudnia, Janusz alkoholik – ha, tym to trudniejsze, że Janusz jest uroczym alkoholikiem, nie zasikanym lujem z ulicy, a właśnie uroczym i fajnym facetem, jak takiemu w twarz walnąć: Ty pijaku, Ty? Sprawa Karolinki, zbyt oględnie pokazana? Samosąd Anny – za delikatnie? No i problem Gosi z mamą – ona tam jedzie pojednać się, jest na okropnym wirażu, szuka wsparcia i rozwiązania zagadki, a nie zlinczować matkę. Niestety wielu czytelników (czytelniczek) oczekuje spektakularnej awantury – ale to się rzadko zdarza. Naprawdę życie wielu rodzin nie jest aż tak dramatyczne, jak w paradokumentalnych serialikach z telewizji, w których ludzie na siebie wrzeszczą i wyzywają.

Ja widzę życie inne – lepsze. Bo takie mnie otacza.

Nie mam na nazwisko Dostojewska!

Na swoim facebookowym profilu napisała Pani, że jest Pani kobietą piszącą, nie zawsze jednak tak było. Jakie zatem były tego początki?

O, pracowałam w różnych zawodach, najpierw jako nauczycielka, potem reserchearka, nadto od pucybuta do prezesa w naszej rodzinnej Agencji Reklamowej, a najciekawiej było na Mazurach – hodowczyni, rolniczka, ogrodniczka, inwestorka zarządzająca naprawdę budową i ludźmi, hotelarka… To czas, kiedy się wielu rzeczy nauczyłam!

Aż napisałam sobie książkę i ona wywróciła moje życie do góry nogami – tak się mówi, ale tak naprawdę tylko trochę wywróciła, na dobre mi wyszło.

Co mi się najbardziej jednak spodobało, to określenie – Kobiety Domowej. Chciałabym zapytać o Pani widzenie współczesnych Kobiet Domowych. Czym różnią się od tych z minionej epoki?

Myślę, że niczym szczególnym. Może roszczeniami i tym, że współczesne mają do dyspozycji milion różnych gadżetów, które miały im zwrócić niby tracony czas – więc pralko-suszarki, pampersy, zupy w słoikach, miksery, zmywarki i nawet łóżeczka dziecięce kołyszące się… na pilota. I matki nadal narzekają na brak czasu! A do tego ktoś im wmówił ustawiczny lęk, że po dziecku to się życie skończy.

Od milionów lat rodzimy dzieci, dbamy o dom i to jest naprawdę dobre dla nas jako ludzi, bo rodzina jest znakomitym miejscem do spędzania życia.

Dzisiaj mamy także świadomych już i pomocnych partnerów (kto nie ma, kto wyszedł za mąż za sybarytę i lenia, ten ma „w plecy!”).

W mojej rodzinie panowie od dawna byli pomocni, uczestniczący w pracach domowych i wychowaniu dzieci. Pamiętam teścia pastującego parkiet w domu i potem polerującego ów parkiet – sunącego jak po lodzie na specjalnych suknach po owej podłodze. Robił z synami zakupy, wypady do magla, trzepał dywany i mył okna. Mój mąż był tego nauczony od dziecka!

Mój tatko, mający tylko prawą rękę od przejścia na rentę był Mężczyzną Domowym. Odkurzałam ja! I ja byłam jego podkuchenną. Mama pracowała i robiła magisterium, ale i ona miała swoją działkę w domu – pranie, porządki i ogólne delegowanie zadań.

Moje obecne Siwe Szczęście jest dokładnie tego nauczony przez swoją mamę. Umie i robi wszystko. Od zmywania, zakupy, gotowanie, po piękne przyszywanie guzika „na nóżce”, albo „stopce”, nadto jako inżynier zna się na wszystkich pracach i problemach technicznych.
Taka sytuacja!

Kocha pani wieś. Dlaczego wieś, nie miasto? Czym zachwyciła Panią wieś. Wiadomo, że jest ona już inna, niż „tamta”.

Od wczesnych lat dziecinnych wakacje spędzałam na wsi. Po tych latach, gdy również pomagałam w obejściu lubię mówić (wiem to z lekka niegramatyczne ale fajne): ja UMIEM wieś. Znakomicie tu się czuje się życie – pory dnia, roku. Tu widać ptaki i leśne zwierzaki, czuć zapachy od rozmarzającej ziemi, zapachy pół i łąk, po obornik na polach. Tu się żyje bez zegarka, bo po co on? Są pory, a nie godziny – pora śniadania, pora pracy, pora obiadu…

Nie interesuje mnie, czy to jest ósma czy szesnasta – ja to WIEM – bo widzę słońce, i czuję zegar wewnętrzny.

Miasto poznałam i owszem czasem miło wpaść, ale jak tylko wchodzę do wielkiej galerii czy stoję w korkach wiem, czemu mnie ciągnie do domu.

Napisała Pani, że Pani pasją jest życie. A za czym ciągnie Panią nostalgia?

Za podróżami i za wspomnieniami. Oczywiście, że wspomnienia nie wrócą mnie w tamten czas, ale są i ja je lubię. A podróże? Ciągnie mnie w nieznane, ale i chciałabym (nostalgicznie) pojechać w miejsca, w których zostawiłam serce albo ciekawość – np. jeszcze raz do Korei Południowej. Ale też do córki do Australii, gdzie nas jeszcze nie było! No i przyjemnie byłoby mieć moc kasy na długą podróż do Nowej Zelandii, na Wyspy Owcze, na północ Norwegii (planujemy to od lat z synową) pooglądać zorzę polarną.

Sentymenty można mieć do wielu wydarzeń, czy rzeczy. Jak z sentymentami jest u Pani?

O, ja jestem sentymentalna ale w rozsądku! To znaczy ja wiem że to, co przeszło, to „se ne wrati”. Wspomnienia to wspomnienia – zapakowane w pachnące serwetki leżą w szufladzie na dnie pamięci. Są też paskudne, a jakże! Te są zamknięte w szczelnym pudełku z napisem BYŁO. To też jest jakieś bogactwo, nauka – co w życiu zrobiłam źle.

No i oczywiście coraz częściej mi się zdarza wspominać i mówić do Siwego „a pamiętasz”? I On pamięta!

Lubimy stare fotografie, stare filmy i starą muzykę bo się starzejemy.

Na szczęście lubimy też nowe fotografie (Siwy jest mistrzem!), niektóre nowe filmy (np. Władcę Pierścieni Tolkiena – Jacksona, udoskonalone Wojny Gwiezdne i inne. Też muzykę choć ta współczesna to – jest chyba nie dla nas.

Standardowe pytania, jakie zadaję swoim rozmówcom dotyczą kina, teatru i poezji.

Zacznę od poezji. Liczy Pani chmury na niebie, spogląda się za siebie, czy goni za marzeniami? Jak Pani odbiera poezję? Jest jej zwolenniczką, wielką fanką, czy jednak to niezrozumiała niwa, której już nigdy Pani nie odkryje?

Jeśli już to ja ugrzęzłam w poezji zrozumiałej, „analogowej”. Staff, Gałczyński, Poświatowska, Szymborska, Hartwig. Ale najbardziej to ja lubię poezję w obrazie np. zachodzącego słońca, czy „brylantów” rosy na pajęczynach o zmierzchu. Ale nie umiem czytać poezji współczesnej, w której właściwie nie znajduję ani impresji ani treści.

No, taka już jestem.

Teatr przez duże T, czy raczej przez małe t?

Przez małe i też normalny – aktor, tekst, scena, może też kostiumy gdy trzeba, dekoracje. Dzisiaj ten nadęty do wielkości teatr jest już taki transgresyjny, że przestał być (dla mnie) interesujący, a stał się niezrozumiały. Za dużo wydziwiania na siłę, szukania granic do przekraczania i efekt jest taki, że zamiast sztuki mamy na scenie żałosne wysiłki, żeby zelektryzować widza. Za wszelką cenę! Będę obrazoburcza dla tej nowej mody, ale mi to przypomina niekochane dzieci, które publicznie zdejmują majtki, żeby za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę.

Więc klasyka, która się nie nudzi, a już pozwoli Wielki Pan Reżyser, że sama sobie znajdę odnośniki (jeśli są) do współczesności i sama stwierdzę, czy sztuka ma charakter uniwersalny. Nie musi aktor biegać z genitaliami na wierzchu, kląć jak pijany chłystek, czy kopulować ze scenografią. To na mnie nie robi wrażenia po za tym, że widzę w tym rodzaj reżyserskiej desperacji. Za takie opinie już mi się dostało… Ale tkwię przy swoim.

Natomiast nowatorskie przedstawienia Trelińskiego i Kudlicki w Teatrze Wielkim – ich balety i opery z fascynującą scenografią, miksem baletu klasycznego i nowego – to są arcydzieła. Tu robię „ach!” i klaszczę.

No i kino. Rodzime, zagraniczne? Ma Pani na kino czas, czy woli jednak poświęcić go na czytanie, może pisanie?

Nie jestem szalejącą kinomanką. Dzisiejsze kino (proszę wybaczyć kolokwializm) walące popcornem i dziwnymi perfumami z klimatyzacji, półgodzinne bloki reklamowe, naród siorbiący hektolitry płynu i fakt, że daleko mamy do kina – nie sprawia żadnej frajdy. Dlatego czekamy grzecznie na to aż film wyjdzie na nośniku i robimy sobie kino w domu. Bez popcornu! I bez reklam!
A jakie? Każdy film, byle dobry – czyli zarówno starocie (Seksmisja, Wojna Domowa, Gwiezdne Wojny), jak i nówki które selekcjonujemy. Ja nie oglądam sensacji – chyba, że to Indiana Jones ;-) – wolę obyczaje, a mąż jednak lubi kino akcji i… fantazy, czyli Hobbita oglądamy razem! No i Shreka i Harry Pottera! To oczywiste – mamy w sobie dzieci, które kochają bajki.

No właśnie. Po jaki rodzaj literatury Pani sięga? Wysublimowaną, klasyczną, może po górnolotną?

Wstyd mi, wyznam – straciłam zainteresowanie powieściami… Na rzecz faktu. Ale jak jest połączenie, jak to zrobiła Ewa Stachniak w „Katarzynie Wielkiej – gra o władzę” – to chętnie!
Dzisiaj sięgam po relacje, reportaże, wywiady, biografie.

Przede mną leży „Kobieta metamuzyczna” Artura Cieślara (wywiady z paniami muzykującymi), a za mną „Sońka” Karpowicza – no niby powieść, ale jednak inna niż wszystkie. Tak czuła i ciekawie pisana.

Spotykała i spotyka Pani na swojej drodze wielu ludzi. Kto utkwił Pani najbardziej w pamięci, a kogo chciałaby Pani z niej wyprzeć?

O, w sercu mam moją rodzinę. Tatę, mamę, moja kochaną teściową i teścia, którzy byli moimi drugimi rodzicami. Czułam zawsze ich miłość i wsparcie. Ale też stryjenkę Zośkę, stryja Cześka, babcię Helę… Rodzina, rodzina, rodzina ach rodzina! Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest, lecz kiedy jej ni ma samotnyś jak pies! – jak śpiewał Jeremi Przybora z Jerzym Wasowskim. O, ich też mi brak! Kto utkwił jeszcze? Pani profesor Małgorzata Komorowska, która uczyła mnie muzyki w podstawówce, profesor Roma Stawińska ucząca polskiego w liceum. Ciocia Basia – pierwowzór Basi z Rozlewiska…

A wymazać? Nie wiem – wymazałam!

Czy jest jakaś w Pani zamyśle historia, zupełnie niekonwencjonalna, którą na przekór sobie chciałaby Pani napisać?

Mój syn mnie dopinguje żebym napisała bajkę dla moich wnuczek, ale ja zupełnie nie umiem!

Chciałabym, żeby odpowiedziała mi Pani na bardzo nietypowe pytanie. Ile sił ma w sobie kobieta, która znajdzie się w sytuacji bez wyjścia. Kiedy stanie na środku beznadziei, otoczona wysokim murem nie do przebicia. Jak to jest, że my kobiety, z każdej trudnej sytuacji umiemy wyjść z podniesioną głową?

Nie każda. To stereotyp. Mężczyźni też bywają nieziemsko silni, wystarczy poczytać wspomnienia jeńców z łagrów i obozów. Są ojcowie samotnie wychowujący dzieci. Poznałam kilku chłopaków, np. bez rąk, którzy sobie świetnie radzą w życiu. Kobiety też. Czyli to nie sprawa płci.
Myślę, wiem, że są silne osoby, które potrafią góry przenosić, znieść rzeczy straszne i trudne. Bywa, że sił dodaje macierzyństwo, czasem miłość, a też zwykła wola walki aż do końca.
Nie każdy tak potrafi. Nie każdy chce. Moja Majeczka (pierwowzór bohaterki „Lilki”) nie chciała już walczyć i dzisiaj jest Aniołem.

A jak jest z miłością? Czy istnieje ta naprawdę najprawdziwsza, jedyna i niepowtarzalna na świecie? Czytałam ostatnio na Pani blogu, bardzo osobisty Pani protest. Czy to nie jest czasami też tak, że miłość wchodzi w pewne ramy, które nam wpojono z pokolenia na pokolenie?

Była taka piosenka: „Każda miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza….”. Oczywiście kiedyś te , jak to Pani określa, „ramy” – tworzono i tłumaczono pannie, chłopcu jak i dlaczego powinien się zakochać, choć miłość była sprawą trzeciorzędną. Niemniej Abelard i Heloiza, Romeo i Julia, Anna Karenina i Wroński i tysiące innych bohaterów literackich, a też z życia codziennego (a skąd niby pisarz czerpie?) wskazują na indywidualizm miłości.

Mój Tata był wielką miłością Mamy i po Jego śmierci Mama już nigdy nawet nie rzuciła okiem na żadnego faceta. Jej znajoma podobnie kochająca i kochana zarzekała się i… na cmentarzu poznała pana. I BUCH! Ponowna wielka miłość. Nie ma ram, klasyfikacji, definicji i granic.
Jest miłość tym piękniejsza, im piękniej ludzie umieją ją przeżywać, im bardziej zdają sobie sprawę z tego daru, im ładniej ją sobie okazują. Ogromnie ważny jest stary i ciut niemodny dzisiaj… szacunek. Okazywanie go. Dorosłam do tego, bo w młodości jakoś się o tym nie myśli. Tak… szacunek i miłość, czułość, to wspaniałe skarby.

Jaką była Pani mamą, kiedy dzieci były małe, a jaką jest Pani babcią?

Ja byłam mamą wesołą ale i odpowiedzialną. U nas w domu pobrzmiewał śmiech i do dzisiaj wszyscy jesteśmy raczej weseli, dowcipni. A odpowiedzialność? Pamiętam wczasy nad morzem, które właściwie przestałam na plaży. Nie byłam w stanie wydać dzieciom polecenia, że mają siedzieć o, tu, i nigdzie się nie ruszać! Potrzebna im była woda z morza, muszelki, więc biegały od zamku z piasku do morza i tak w kółko! Stałam więc i starałam się nie zgubi

ich z oczu, a plaża w Międzyzdrojach robiła się rojna… I tak stałam całymi dniami.

Pozwalałam im gotować w kuchni ze sobą, siekać warzywa z rosołu do sałatki, robić zacierki. To kapitalne ćwiczenie dla paluszków i doskonała zabawa. No i frajda! Tata jadł zupę, którą ONI zrobili! Trochę bywałam ostra początkowo, żeby wyrobić odruchy, wytrenować kindersztubę – proszę, dziękuję, przepraszam, nie siorbiemy, nie mlaskamy przy stole i siedzimy ładnie, a nie byle jak. Dla mnie kuriozalne jest to, że w wielu domach dzieci jedzą gdzie chcą (przy komputerze, na biurku, na kanapie przed telewizorem), często bez rodziców, byle jak. A wspólny posiłek, rozmowa?

Jaką jestem babcią?

Widocznie fajna i wesołą, bo Matysia zawsze, gdy przyjeżdża, biegnie i rzuca mi się w objęcia z widoczną radością, a jak podbiega do (trzeciego!) dziadka (mojego Siwego) i szepcze „kocham cię, dziadku”, gdy siedzi u niego na kolanach i naprawdę słucha, gdy On jej pokazuje w komputerze swoje zdjęcia ptaków i motyli – jejku! Jakie to fajne!

Myślę, że tak faktycznie jest, że podstawową linię wychowawczą wyznaczają rodzice, czyli jak powiedział mój syn

– Rodzice są od kochania i wychowywania a dziadkowie… to już tylko od kochania! Dziadkowie powinni bardzo kochać, a jeśli wychowują, to dyskretnie, trzymając linię rodziców.

Marzenia Małgorzaty Kalicińskiej?

Najzwyklejsze – o zdrowiu. Im jestem starsza im więcej ludzi w koło choruje przewlekle, ciężko, tym częściej widzę zdrowie jak Wielki Dar. Chciałabym żyć z moim Siwym zdrowo i pięknie tak długo, jak będziemy w stanie sami o siebie nawzajem zadbać. Podać sobie przysłowiową szklankę z zębami czy poduszkę. Na szczęście jesteśmy zdrowi. Dbamy o to badając się regularnie. Nie palimy fajek, popijamy wino i nalewki dla zdrowotności. Jemy w większości domowe wytwory i przetwory, sporo pracujemy na świeżym powietrzu. Chciałbym żebyśmy tak sobie trwali jako rodzina – kochająca, bliska sobie, wspierająca. Jesteśmy po rozwodach ,tworzymy rodzaj rodziny patchworkowej, bo to się stało gdy dzieci były już dorosłe. Polubiły się wzajemnie i spotykamy się bezproblemowo. Mój pierwszy mąż też jest kawałkiem tego patchworka. Tak jest dobrze, bezwojennie, serdecznie. Spokojnie.

I… podróże. Jeszcze, póki czas, chcielibyśmy pojeździć, pooglądać świat. Jest taki ciekawy!

Jakie są Pani dalsze plany związane z twórczością?

Teraz pisze z córką taką książkę składającą się z naszych listów.

Chciałabym też dokończyć i wydać nasza wspólną z Siwym rzecz o naszym widzeniu Korei Południowej. Dalej? Nie wiem.

A teraz proszę, by powiedziała Pani coś od siebie:

Życie jest zbyt piękne i kruche, żeby je trwonić na złość, awantury i fochy.
Zawsze też wolę pół szklanki pełnej, niż utyskiwanie na pół pustej. Amen!

________________________________________________

Z Małgorzatą Kalicińską rozmawiała Agnieszka Krizel