Wywiady Agi. Najważniejsza jest niezależność – wywiad z Mariuszem R. Fryckowskim – TUCHOLSKA OFICYNA KULTURALNA I SPOŁECZNA / TOKiS – PRESS

Wywiady Agi. Najważniejsza jest niezależność – wywiad z Mariuszem R. Fryckowskim

Zastanawiałam się, jak zatytułować ów wywiad. Nie przychodziło mi nic do głowy, poza jednym: „Zawsze o czasie, nigdy nie późno”. Nic dodać, nic ująć. 

Nie uważa się za dziennikarza lecz kronikarza, wyjątkowych chwil, które chce ocalić od zapomnienia i zostawić potomnym, by mogli w pełni czerpać z Jego pracy to, co najlepsze – NIEZALEŻNOŚĆ.

W tej, ważna jest nie tylko gruba skóra, twarde łokcie, ale też odważne i śmiałe podejście do ludzi, ich problemów i życia codziennego. Etyka, to słowo, przed którym powinno się mieć respekt i pamiętać za każdym razem, gdy podchodzi się do drugiego człowieka. Potrzeba pochylenia się nad ludzkim dramatem oraz umiejętne słuchanie, tego, co inni chcą nam powiedzieć. To cenne cechy, które nie każdy posiada.

Jest człowiekiem, który nie przebiera w słowach, a nazywa rzeczy po imieniu. Wdrapuje się na ruchome schody, płynie pod prąd, czasami, jak nie oknem, to kominem wejdzie w samo mrowisko, by wydobyć to, co istotne. Lokalnym władzom patrzy ciągle na ręce. Nie dając przy tym zdeptać tego, co najważniejsze – prawdy, do której tak ciężko dojść.

Taki kronikarz, to człowiek uparty. Nie ugnie się przed niczym i nikim. Gdy potrzeba – zachwyca się, przywoła do porządku, skarci, odpowie tak, że dymek pójdzie z butów. Portal, który współredaguje, to miejsce do którego zaglądają nawet czytelnicy spoza granic naszego kraju.

Rozmawiamy o miejscach, sytuacjach i ludziach. Nie jest człowiekiem sentymentalnym, tylko twardo stąpającym po ziemi, podającym zainteresowanym suche fakty, nie kłamstwo, mrzonki, ułudę, czy obłudę. Gdybym miała go scharakteryzować krótko – człowiek wielopłaszczyznowy, zamknięty w pancerzu dociekliwości i nieustępliwości.

Dziękuję Panie Mariuszu za tę niezależność, odwagę i szczerość w wygłaszanych przez Pana sądach. Wiem, że dla niektórych jest Pan po prostu niewygodny. Myślę, że nie tylko ważna jest masa energii i odwagi, jaką pokłada Pan w tym, co robi, ale przede wszystkim bycie w odpowiednim czasie i miejscu. Zakasuje Pan rękawy, zarywa noce kosztem zdrowia, by czytelnicy i odwiedzający witrynę mogli delektować się tym, co najlepsze. W dzisiejszym zabieganiu i zakręceniu zegarka jest Pan jak trybik w jego mechanizmie. Zawsze o czasie, nigdy nie późno.

***

Panie Mariuszu. Jest Pan redaktorem witryny internetowej www.tokis.pl. Skąd pomysł na taki rodzaj dotarcia do mieszkańców i czytelników z Tucholi?

Na wstępie powiedzmy sobie jasno, ten wywiad będzie daleki od tych, które dotychczas przeprowadziłaś. Nie będzie w nim mowy o wrażliwości, często pozornej, którą tak powszechnie forsują na pokaz poeci, oczywiście z nielicznymi wyjątkami. Rozmowa ze mną to stąpanie po wyjątkowo twardym gruncie, gdzie nie ma miejsca na mrzonki, a na suche fakty. Jest ich całe mnóstwo, które wykorzystuje się podczas szarej codzienności. Powiat w którym mieszkam od dziesiątków lat boryka się z problemami, które w głównej mierze wynikają z całej masy niepotrzebnie gloryfikowanych przez mieszkańców powodów. Nie będę ich tutaj przytaczał, bo są zbyt błahe i szokujące swoją naiwnością, zwłaszcza w odniesieniu do ludzi, którzy na własne życzenie zamknęli się w swoich skorupach, które z biegiem lat stwardniały i przemieniły się w pancerz.

Stworzenie portalu miało jeden cel, rozsadzenie ich od środka. Pomysł był nowatorski i obywatelski, poprzedzony setkami tekstów o podłożu politycznym, które promowałem wpierw na swoim niezwykle rozbudowanym blogu w przeszłości. Te treści zyskały sporą popularność wśród czytelników zarówno w kraju, jak i daleko od naszych granic. Pierwsze kontakty zostały nawiązane, by chwile później objawiły się w autorskich tekstach moich przyjaciół, publikowanych na łamach mojej dawnej osobistej witryny. Setki artykułów zamieniły się w tysiące, a część z nich krąży w światowej sieci do dzisiaj.

Tucholska Oficyna Kulturalna i Społeczna to pomysł przyjaciela, który niestety już odszedł od nas na zawsze. Nie ukrywam tego, że był to duchowny, człowiek wielu talentów, jeden z najwybitniejszych autorytetów lingwistycznych w Polsce. TOKiS miał dobrego ojca chrzestnego, który na zawsze pozostanie, jeżeli nie w naszej, to z pewnością w mojej pamięci. Zarys portalu powstał w zaledwie kilka godzin, staliśmy się samozwańczymi trybunami zwyczajnego obywatela, którego interesy reprezentujemy. Ludzie mają silnie zakorzenione poczucie strachu przed jakąkolwiek władzą, są uważni i krytyczni, to nasi najlepsi korespondenci. I tak kręci się to wszystko od ponad trzech lat z bardzo dobrym skutkiem.

Ważną kwestią jest ostateczne wyjaśnienie czytelnikowi nie prawd objawionych, a faktu, że TOKiS-a tworzą cztery osoby w redakcji i 11 -stu korespondentów z powiatu, to wspaniałe i niezwykle pracowite osoby, tą drogą dziękuję im za pomoc. W tym momencie nie mogę powiedzieć o sobie inaczej jak… współredaktor. Nie ulega jednak wątpliwości to, że TOKiS ma moją twarz, pozostałe osoby nie życzą sobie, aby ujawniać ich personalia. Rozumiem to i szanuję, ryzyko bycia „zmielonym” jest w naszym regionie porażające. Mamy jasny dowód tego, w jak głębokim średniowieczu urzędniczo – przedsiębiorczym tkwimy, gdzie ewentualna zemsta „uczciwych inaczej”, może obfitować w np. zwolnienie z pracy. Sowieci mają na to dobre określenie: „gieroje naszych wremieni”.

Prowadzi Pan stronę internetową, redaguje, jest Pan reporterem, niezależnym obserwatorem życia społecznego Tucholi. Wiele mi Pan o tym życiu opowiadał. Za każdym razem podkreślał Pan, jak bardzo ważna jest dla Pana ta niezależność. Proszę powiedzieć dlaczego?

Pierwsza część pytania jest lekkim nadużyciem (śmiech), jak wspomniałem wcześniej jestem współredagującym nasze pismo, natomiast prawdą jest, że podczas ważnych zdarzeń, zmieniam „skórkę” i wcielam się w rolę śmiertelnie znudzonego reportera, a nawet paparazzi, co kiedyś nie było mi obce. W chwili, gdy kompletnie wypaczono znaczenie tego słowa przestałem zaglądać znanym osobom do talerza. To krótki i kompletnie nieistotny epizod, pozwolił on mi jednak na to, aby postrzegać konkretne osobistości nie jak „nadludzi”, a zwyczajne osoby, z wszystkimi, typowymi wadami dla przeciętnego Kowalskiego lub Smitha.

Niezależność? To wspaniałe uczucie! TOKiS jest niesterowalny, apolityczny i dociekliwy, czerpiemy z tych „uciech” do obłędu. Niezależność jest jak narkotyk. To budzi strach i wściekłość wśród wąskiego kręgu utyskujących komuchów i władzy, która zwyczajnie „głupieje” ścierając się z czymś, czego nie zna, bo i skąd. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że TOKiS jest jedynym medium w regionie, które korzysta z przywileju bycia niezależnym, reszta stwarza wyłącznie pozory niezależności. To daje praktycznie nieograniczone możliwości, co przekłada się na ilość odwiedzin i liczbę stałych czytelników, a tych mamy już prawie pół miliona!

Tym samym mam pewność, że mój pomysł na schemat redagowania pisma był i jest słusznym. Ludzie poszukują nie propagandy, a prawdy. Mają do tego konstytucyjne prawo, a my tę misję realizujemy, podpierając się niepodważalnymi, namacalnymi dowodami.

Tyle samo razy mówił Pan o tym, do jakich metod musi się Pan uciekać, żeby zrobić dobre ujęcie kamerą, czy aparatem fotograficznym. Proszę opowiedzieć o nich.

Doprawdy? Jakoś… nie pamiętam. Wiem jednak jedno, aby fotografia była dobra nie potrzeba futurystycznego sprzętu, a zwyczajnej kronikarskiej bezczelności. Bywa nawet tak, że dla dobrego ujęcia należy zaryzykować nawet awanturę. W efekcie jest to opłacalne, mamy najlepsze z możliwych kadry, które obejrzą tysiące osób. Teleobiektyw tego nie zapewnia, zwłaszcza w tucholskich, źle doświetlonych pomieszczeniach konferencyjnych i wystawowych, gdzie użycie lampy błyskowej daje odwrotny do zamierzonego efekt. Ludzie, kiedy zrozumiecie to, że półmrok nie daje nastroju, a pierwsze objawy depresji? (śmiech). Pewnie dlatego uwielbiamy imprezy plenerowe, zwłaszcza w takie dni, gdzie nadmiar słońca koryguje się filtrami.

Nie ma najmniejszego porównania w wykonywaniu ujęcia aparatem fotograficznym, a kamerą. To drugie narzędzie stwarza praktycznie nieograniczone możliwości i tutaj składam głęboki ukłon w stronę tych, którzy nauczyli mnie recenzować filmy i absolutnemu geniuszowi filmowemu Maćka Zientarskiego, od którego w tempie ekspresowym i to bez Jego wiedzy, nauczyłem się rzemiosła. Zmiana była tylko jedna… ujęcia samochodów zastąpiłem ludźmi.

Najbardziej wariackim przedsięwzięciem był materiał filmowy, który wraz z przyjaciółmi zrealizowaliśmy podczas wichury na szczycie kopuły kościoła w Jeleńczu i ten wyjątkowy, podczas tornada w Borach Tucholskich, które praktycznie zniszczyło naszego reporterskiego vana – ruchome studio. To był największy cios dla TOKiS-a, ale ujęcia mieliśmy unikalne.

Bardzo ciekawym doświadczeniem jest filmowanie wywiadów z politykami, którzy są najlepszymi aktorami świata. Zanim włączysz kamerę są szczerzy, nawet zabawni, jednak kiedy włączy się czerwona lampka, przed obiektywem dokonuje się swoista ich metamorfoza. Są to bezcenne chwile, które bez montażu można włączyć do każdej komedii.

Ciekawym doświadczeniem było spotkanie z panią Magdą Zawadzką, która w Tucholi promowała swoją książkę poświęconą swojemu mężowi – Gustawowi Holoubkowi. Byliśmy jedynym medium, które zarejestrowało całe spotkanie. Autorka pozwoliła na upublicznienie aż kwadransa tego nagrania i całości na spotkaniach kameralnych. Tego materiału publiczność jeszcze nie obejrzała, ta uczta przed nami.

Najzabawniejsze jednak były rejestracje najbardziej znanych, polskich kabaretów i aktorów komediowych czasowo przeistaczających się w typowych standaperów. Z rozbawieniem wspominam panów: Kryszaka, Grabowskiego i jeszcze kilku innych, których nazwiska w tej chwili mi umknęły.

Na specjalne wyróżnienie zasługują rejestracje koncertów organowych. To wielkie szczęście i niezwykłe wyróżnienie, móc utrwalać popisy prawdziwych wirtuozów. Umiejętne poprowadzenie kamery przynosi zaskakujące efekty, no i ta… muzyka, jedyna w swoim rodzaju, często powodująca silne emocje. Polecam, każda nuta w ich interpretacji jest jak uśmiech Boga, a który coś „przyfałszuje”, skutek odczuje w naszych recenzjach. (śmiech)

Wielką improwizacją była wizyta w Rutwicy, to miejsce położone kilka województw dalej od od naszego. Rejestrowaliśmy wtedy niesamowite miejsce, gdzie ziemska grawitacja płatała iście wariackie figle. Wyobraź sobie prostą drogę w środku lasu położoną w naturalnej niecce. Kolokwialnie mówiąc w obie strony „było pod górkę” (śmiech). Mieliśmy wtedy do dyspozycji tylko antyczne, sportowe Toledo, którego masa była stosunkowo niewielka. To ważna informacja, ponieważ właśnie w tym miejscu pojazdy same, czyli bez udziału silnika toczą się pod górę! Zasada jest prosta, im większa masa, tym pojazd porusza się szybciej. Nie było wyjścia, aby to sprawdzić, potrzeba nam było czegoś znacznie większego… przechwyciliśmy liniowy autobus bodaj z Trzcianki, ujęcie udało się na medal!

Bez wątpienia najmilej jednak wspominamy nasz wyjazd na zaproszenie Parlamentu Europejskiego, spore wyróżnienie i prestiż, to w tej „robocie” jest wbrew pozorom ważne i zastępuje każde wynagrodzenie.

I można tak wymieniać w nieskończoność. Pamiętajmy, że TOKiS wyprodukował dla wszystkich swoich witryn prawie pół tysiąca filmów! Tym samym mamy największe archiwum filmowe upamiętniające zdarzenia w mieście, powiecie, a nawet w regionie i na świecie!

A teraz pytanie z innej kategorii. Dlaczego Tuchola? Co chce Pan wydobyć z tego miejsca?

A kto powiedział, że tylko Tuchola? To miasteczko ma klimat, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, ale uwierz mi, okoliczne miejscowości są równie intrygujące! Używając sarkazmu…, nie można w Tucholi wydobyć węgla brunatnego, jak w Pile, tym bardziej bursztynu, który wykopać można w okolicach Woziwody, ale mamy coś znacznie bardziej cennego – ludzi wielu pasji i talentów. To właśnie ich namawiam od lat, aby porzucili twórczość „do szuflady” i pokazali swoje prace nie na okolicznościowych wystawach, które są przygotowywane przez wyjątkowych amatorów nie mających przysłowiowego „zielonego pojęcia” o warunkach, które należy spełnić, aby wyeksponować te dzieła. Preferuję największą siłę sprawczą świata – Internet. Ta możliwość świetnie się sprzedaje, największe grono koneserów mamy w Rosji, USA, Niemczech, ale nie są nam obce antypody, czy nawet daleki Spitsbergen, gdzie również mamy swojego czytelnika!

Co ciekawe, według naszych statystyk naszymi odbiorcami naszych treści w dużej mierze wcale nie są ci z naszego powiatu, stanowią ledwie 17 – 22% czytelników / widzów, znacznie częściej odwiedzają nas osoby z dużych ośrodków: Krakowa, Warszawy, Gdańska, Łodzi, Katowic, reszta to wizyty z odległych krajów. To cieszy, że Tuchola jest w centrum zainteresowania już prawie siedmiu milionów ludzi.

W jakim stopniu ta niezależność dziennikarska ułatwia dojście do sedna spraw, a w jakim utrudnia? A przyznać należy, że bycie dziennikarzem, to w ogóle sprawa całkiem nieoczywista i niełatwa. Zgodzi się Pan ze mną?

Oczywiście, nie. Nie uważam się za dziennikarza, raczej za kronikarza, który pewne sceny i wydarzenia chce zachować od zapomnienia, licząc na to, że ktoś kiedyś z nich skorzysta. Mamy przebogatą bazę danych. Przykład pierwszy z brzegu, dysponujemy galerią zdjęć w ilości około pół miliona ujęć tylko z samych Borów Tucholskich! A gdzie reszta z innych, bardziej odległych miejsc? Jest w czym wybierać.

Legitymacja dziennikarska otwiera każde drzwi w tej kwestii czasami nawet chwalę prawo prasowe, choć to relikt z epoki, kiedy dziennikarze byli zwyczajnymi konfidentami, by dzisiaj piastować naprawdę wysokie stanowiska. To typowe, dziennikarskie szmaciarstwo powoli ustępuje nowej fali, dlatego tak szanuję dziennikarzy obywatelskich. Bez wątpienia to przyszłość polskich, niezależnych mediów. To dzielni ludzie, którzy bez najmniejszych oporów ryzykują życiem, dla zdobycia rzetelnej informacji. Tak było np. podczas ostatnich rozruchów w Warszawie, czy też podczas walk na Majdanie.

Jest coś jeszcze, ta praca wciąga i to czasami zbyt mocno.

Największa sprawa, która pochłonęła Pana w całości?

Jest ich kilka, wszystkie związane z ochroną zabytków, które są niszczone przez pospolitych złodziei i idiotów, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, jak wielką krzywdę wyrządzają samym sobie. Historia nie uwzględnia kompromisów, zwłaszcza ta, której symbole głęboko ukryto. To nie są dobre czasy dla poznania faktów z przeszłości i może dlatego tak mi zależy na tym, aby pewne stanowiska ochronić do chwili, kiedy będzie można o nich mówić w sposób jawny i bez obaw o dalszy ich los. Pewnie dlatego też wstrzymałem się z publikacją książki poświęconej pewnemu poligonowi, o którym dotychczas wiedziała ledwie garstka osób. Swoimi publikacjami, działając w dobrej wierze doprowadziłem do procesu wręcz odwrotnego. Efekt był opłakany, dlatego o tej fascynującej przygodzie nie mam zamiaru mówić, przynajmniej teraz , a trwa ona nieprzerwanie już ponad 27 lat!

Najprzyjemniejsze strony tego zawodu.

Nie ma takich. Każda sprawa jest inna, łatwiejsza, trudniejsza, to bez różnicy, każdą należy traktować jak tę jedyną, wyjątkową. To daje satysfakcję, nie przeczę, ale też cholernie męczy. W tej robocie trzeba mieć mocne łokcie, sztywne plecy i cięty język, który dopomoże w najtrafniejszym ujęciu problemu w taki sposób, aby zrozumiał go odbiorca. Często tekst łączymy z obrazem i dźwiękiem, wtedy te składowe decydują o całości. Dlatego dziwię się, że w XXI wieku istnieje ciągle grupa osób poznająca problem w sposób wybiórczy. Zapewne stąd bierze się powszechna opinia specjalistów, analityków, którzy z przekonaniem mówią o tym, że większość społeczeństwa nie potrafi czytać tekstów ze zrozumieniem. Dla tych osób mamy oczywistą propozycję – zapis audio lub wideo i po… kłopocie. Po za tym, to najlepsze zajęcie świata, zaraz po paleniu tytoniu i piciu kawy. Słowo to broń stokroć groźniejsza od bomby neutronowej, a jej zasięg ogranicza tylko średnica planety.

Dotarcie do szerokiego grona odbiorców wiąże się z nieustanną walką o newsy. Dlaczego społeczeństwo daje się złapać na chwytliwe sloganiki i hasła?

Nic podobnego! Codzienność i genetyczna skłonność człowieka do popełniania błędów sama generuje wspomniane newsy. Nie trzeba o nie zabiegać. Mając dobrą siatkę korespondentów wystarczy je tylko zebrać, zredagować i przekazać czytelnikowi. I tutaj głęboka prowincja daje niebywały komfort pracy, nowości nie ma dużo, żyjemy w powiecie ogarniętym głębokim marazmem spowodowanym brakiem pracy i perspektyw i pomysłu na życie, to rak, który toczy tę społeczność od ostatniej wojny, a może i dłużej. Zmieniają się pokolenia, a my jesteśmy jak zombi, trochę na własne życzenie. O czym myślę? Oczywiście o władzach, które wybieramy kompletnie bez sensu. Dobry gospodarz myśli o przyszłości i dąży do celu. Czego nam potrzeba? Szansy rozwoju, a zatem…, no, czego? Oczywiście, pracy i wypracowania szerszych horyzontów postrzegania rzeczywistości, niż czubek własnego nosa lub granic płotu sąsiada. Niestety w tej materii Borowiacy są niereformowalni. Powód, jak zawsze ten sam, co poprzednio i tak koło zamyka się, a z nim przemija życie. A przecież można postępować inaczej, zwłaszcza teraz, kiedy są nowe perspektywy, nawet z udziałem kretynów, którzy mówią o sobie… politycy.

Jak dzisiaj dziennikarz stosuje się do zasad etyki? Czy są to wartości jeszcze przez nich cenione, czy już całkiem odeszły do lamusa?

Są Dziennikarze i dziennikarze. Tych pisanych z wielkiej litery jest zdecydowanie mniej. Stary komunista, nawiasem mówiąc świetny dziennikarz – pan Bogdan Miś niezwykle trafnie i z perspektywy doświadczenia pisarskiego potrafił ocenić wartość i talent dziennikarza, którego traktował trochę jak matematyka, czyli umysł ścisły. Tak, to kwestia umiejętności dokonywania błyskawicznej analizy, którą później należy podeprzeć dowodami. Jeżeli takowe się zdobędzie, informacja będzie rzetelną. Jeżeli jednak będziemy bazować wyłącznie na domysłach wyjdzie…. „Pudelek” lub „Fakt”. I może właśnie tak cennym było każdorazowe stwierdzenie świetnego, przywołanego wcześniej redaktora, który kończył swój dowolny wywód w jeden sposób – „… i tak się właśnie sprawy mają”.

Wypaczono, zwłaszcza współcześnie obraz przedstawicieli tego zawodu. Winą obarczam czasy, w których żyjemy i odsunięcie widma głodu od ludzi parających się piórem. Szanse przebicia mają wyłącznie telewizyjne kreatury, które działają pod stryczkiem swoich wydawców. Niektórzy z nich mają autentyczny talent, marząc o niezależności, jednak ulegają presji i aby mieć co jeść , mówią i piszą bzdury. Zachodzę także w głowę widząc coś absolutnie kuriozalnego, jak ze zwykłego prezentera – człowieka, który czyta tekst z promptera, na siłę robi się dziennikarza? To doprawdy dwie różne specjalności!

Niezwykle istotną umiejętnością w tym zawodzie jest tzw. język mowy ciała, tego nie można nauczyć się z kursu kroju i szycia, to prawdziwa złota żyła dla tych wszystkich,którzy się tym parają. Korzystają z tych umiejętności ludzi znani, miejmy jednak świadomość tego, że to zwyczajne oszustwo, wypowiedziane bez użycia ośrodka artykulacji.

Znany specjalista w tym zakresie, pan Tymochowicz postanowił swego czasu, że wykreuje polityczną tuzę z pospolitego „głąba”. Uwiecznił to w specjalnym filmie, który w wąskim kręgu zainteresowanych wywołał prawdziwą burzę. Bezcenne doświadczenie obrócone w czyn. Coś epokowego!

Dzisiaj ten zawód jest tak zeszmacony , że przywrócenie mu godności zajmie dziesięciolecia, a i tak pozostaną na zawsze e-legendy. Kto jest przyszłością światowego dziennikarstwa? Niezależni, ale nie z nazwy, a z zamiłowania, a takimi są społecznicy i przed nimi zawsze z szacunkiem uchyliłbym kapelusza, gdybym go miał.

W jaki sposób dalej powinien rozwijać się dziennikarz?

Dziennikarz jest jak „lekarz ogólny”. Uczy się przekazywania odbiorcy codzienności w możliwie atrakcyjny i rzetelny sposób, aż do ostatniego tchnienia. Mnie oczywiście to nie dotyczy, kronikarze mają inne priorytety (śmiech).

Czego Panu życzyć w dalszej pracy?

Aby TOKiS – PRESS przestał być potrzebny. Wtedy zapanuje to, co ja nazywam… normalnością, a tę znam tylko z książek sf. ( śmiech).

Marzenia Mariusza Fryckowskiego, dziennikarza.

Powtarzam raz jeszcze, jestem kronikarzem, choć pisuję do… zaraz, tak, aż jedenastu pism, w tym o zasięgu ogólnopolskim i światowym! Nazbierało się tego:):):) Marzenie? Potrzebuję szybkiego środka transportu, niestety, śmigłowiec jest drogi, ale może kiedyś, kto wie. Inne marzenia…, te niech pozostaną moją słodką tajemnicą.

Kilka słów od siebie:

Jeżeli kiedyś w przyszłości wpadniesz na idiotyczny pomysł, aby mówić lub pisać do lub dla dużej grupy odbiorców i być skazanym na określenie „dziennikarz”, bez zbędnej zwłoki wylej na swoją głowę kubeł lodowatej wody i… zdecyduj się natychmiast, bo to najlepsze, co mogło ci się przytrafić, zanim zdecydujesz się zostać skorumpowanym politykiem lub… bezrobotnym.

Pozdrawiam czytelników.

_______________________

Z Mariusz R.Fryckowskim rozmawiała Agnieszka Krizel