Zmienić przeznaczenie, czyli… kiedy pasją i pracą spłacasz dług

W ciągu ostatnich sześciu lat napisałem ponad pięć tysięcy artykułów, poświęconych przeróżnej tematyce. Sporo czasu zajęła mi polityka, ta przez wielkie „P”, trudna, odrażająca, krzywdząca wszystkich i wszędzie. Sporo było o terroryzmie, tym skrajnym, gdzie ludzkie życie warte było dwa centy, dokładnie tyle, ile kosztuje jeden nabój. Było mnóstwo tekstów poświęconych historii bliskiej Polakom, nie zabrakło również tej odległej, nawet egzotycznej, bo dalekiej od naszych granic. Mnóstwo czasu poświęciłem tekstom opisującym społeczeństwo, ściślej mechanizmom, którym ulegają społeczności, zarówno wielkich miast, jak i lokalnych, „prowincjonalnych” środowisk. Osobnym działem było kino i dziesiątki tekstów charakteryzujących współczesny film i twórców, których dalibóg od 2000 roku, pomimo wielu starań, chyba ciągle nie rozumiem, ściślej…, ich wątpliwej jakości przekazów.

Jednak dzisiaj przyszło zmierzyć mi się z tematem z zupełnie innej półki. To nie jest próba karkołomnego charakteryzowania cudzych zamysłów, celów postępowania, czy mechanizmów, które kierują grupą osób o pełni władzy. Tematem, podmiotem i celem jest jeden człowiek, jeden charakter, jedna tragiczna historia, która powoli kończy się, jednak jej ciąg dalszy bez wątpienia nastąpi, będzie lepszy i chyba tylko opatrzność może coś tutaj zmienić lub ludzie, którzy podobnymi jak ten tekstami spróbują wytłumaczyć innym, że postrzeganie innego człowieka nie może odbywać się na zasadach sądu kapturowego, a zwyczajnego ciągu zdarzeń, rozpatrywanego w arcytrudnej kategorii zamkniętej w segregatorze z napisem… życie.

Oto jeden z tych tekstów, do którego trzeba dojrzewać powoli, mając do dyspozycji niewiele źródeł, a i te muszą podlegać weryfikacji, często własnego sumienia. Aby napisać coś takiego trzeba być albo szalonym, albo mieć jakieś poczucie wrażliwości na krzywdy więcej, niż tylko jednej ze stron. W tej opowieści ogrom ich jest niewyobrażalny i to dla każdej ze stron, biorącej udział w zdarzeniu z tragicznym finałem.

Ten tekst trudno rozważać w kategorii „artykułu”, ponieważ nie jest do końca obiektywny, w większości słów oparty na przemyśleniach, możliwościach i ich braku w stosunku do delikatnej materii, którą jest ludzka psychika, a ta w momentach krytycznych, potrafi nawet zabić. W tak skrajnych sytuacjach ludzkim odruchem jest wsparcie dla drugiego, często zupełnie obcego człowieka, który w swoim mniemaniu stanął nad krawędzią urwiska i zastanawia się nad zrobieniem ostatniego kroku.

Ten ma być wstecz, z mocnym postanowieniem spłaty moralnego długu, wobec innych, mając świadomość tego, że własne sumienie na zawsze pozostanie otwartą… raną.  Mój tekst i pomysł ma pomóc w przejściu najgorszego etapu.

Zadanie wydaje się zarówno proste jak i piekielnie skomplikowane, jednak cel jest jasny, a osiągnąć można go tylko w jeden sposób – zachowując to, co najlepszego dała nam jakże często krytykowana przez wielu – ewolucja, w tym przypadku jej szczęśliwy finał – człowieczeństwo.

Tego tekstu nie „namierzy” popularna przeglądarka internetowa, do której wpisuje się nazwisko mojego bohatera, choć jest ono powszechnie znane i cenione w świecie miłośników motoryzacji. Tak naprawdę Maćka znamy wszyscy ze srebrnego ekranu i choć powinienem używać formy oficjalnej…, nie zrobię tego i uważam to za słuszne. Bez wątpienia bohater tej opowieści zrozumie to, bo łączy nas i zapewne dzieli w wielu przypadkach coś unikalnego – pasja, a ta będzie przewijała się w nowym dziale TOKiS – PRESS, który nazwałem „Zza kierownicy”, gdzie Maciek będzie jego współtwórcą. Ponieważ o pisaniu przez niego tekstów w tej chwili mowy być nie może, stanę się piszącym narratorem filmów z Maćka udziałem, które wszyscy wspólnie obejrzymy. Narracja ta będzie odrobinę inna od spodziewanej, ale o tym przekonamy się nieco później. Czy jest to słuszne? Osąd pozostanie w mądrych słowach Widzów i Czytelników w co nawet przez chwilę, nigdy nie wątpiłem.

_________________________________

Składam serdeczne podziękowania wspaniałej Pani Magdzie, bez której dialog z Maćkiem byłby utrudniony. Tobie zaś Maćku, życzę wyłącznie samych sukcesów, może, choć trochę pomoże w tym  portal, który stworzyłem zaledwie rok temu w zamierzeniu: ”dla wąskiej społeczności”, okazało się, że jest zupełnie inaczej. Do szybkiego zobaczenia, tym razem już przed kamerą.

 

Mariusz R.Fryckowski

 

To, co? Zaczynamy? O.K., kompilacją nieudanych scen z filmów…