21 października 2020

Nie do wiary, ta szkoła istnieje już 75 lat! Moje Liceum Ogólnokształcące w Tucholi

4 min read

Rzeczywiście, była wyjątkowa, przetrwała głównie złe, a czasami zwyczajnie, głupie czasy. Miała jednak niezwykłą moc, przed absolwentami otwierały się praktycznie dowolne drzwi każdej uczelni wyższej. Czy świadczyło to o wysokim poziomie nauczania? Być może wiele lat temu, zanim i ja związałem z nią swoje losy. Za moich czasów było w niej…dziwnie. Bez wątpienia, program nauczania był „mocno dostosowany” do obowiązującego wtedy reżimu.

 

Ciągle obowiązywał fakt, że tragedia katyńska była dziełem…Niemców. Język „bratnich narodów” brzmiał silnie, donośnie, choć wiedza płynęła z ust wykładowcy nieziemskiej wręcz urody. Lubiłem rosyjski, posługiwałem się nim biegle przez kilka lat, dzisiaj już nie muszę.

Zadałem sobie proste pytanie, co najbardziej utkwiło mi w pamięci? Jest w niej wiele wydarzeń, jednak ta główna oscyluje wokół dawnego PDK – u, obecnie przepoczwarzył się w TOK z wiecznie zamkniętą salą wystawową. Wielka sala widowiskowa, na widowni mnóstwo osób, głównie młodzież. Wielka scena odsłonięta, a na niej „koleżanki i koledzy” z klas wyższych. Uroczystość niezwykła, dyrektor z wręcz nabożną czcią, wręcza swoim wychowankom… książeczki partyjne.

Potem to nasze „buczenie” w ostatnich rzędach i… konsekwencje. Pamiętam reakcje prawdziwych nauczycieli, tych, którzy poglądy mieli zdecydowanie wolnościowe. Ich twarze, choć poważne, wyrażały tylko jedno – aprobatę dla naszego „wybryku”.

Dawni aktywiści stracili już „czerwoną opokę”, po niewczasie opamiętali się, wobec braku leninowskich ideałów, zwrócili się obecnie w stronę Kościoła i z nabożną czcią składają ręce przed głównym ołtarzem dowolnej świątyni. Chwalebne, choć po niewczasie… pokutują.

Obecne liceum nie przypomina dawnego, raczej  „akwarium”.

Miałem szczęście do wykładowców języka polskiego, w szkole podstawowej wspaniała pani Irena (chyba nie pokręciłem, minęło tyle lat, pozdrawiam!). Uczyła nas prawidłowej wymowy, akcentów, dykcji, wspaniałych wierszy i tej wyjątkowej… prozy. W Moim Liceum, było jeszcze ciekawiej, a wszystko za sprawą „Mańka”, właśnie tak pieszczotliwie nazywaliśmy p. profesora Mariana. Rzeczywiście, był świetnym wykładowcą, nawet wtedy, kiedy omawiał wyjątkowo nudną lekturę, robił to z niezwykłym wdziękiem, choć notatki w moim zeszycie w przedziwny sposób, pokrywały się z treściami zapisków mojego brata, który ukończył tę szkołę wiele lat wcześniej.

Ostatnie zdjęcie z p. Profesorem, wykonałem ledwie kilka miesięcy temu.

To chyba dzięki „Mańkowi” uwierzyłem, że język polski jest kluczem do późniejszych zmian. Pewnie zupełnie nieświadomie przekazał kudłaczowi siedzącemu w pierwszej ławce to, że obrazy można malować nie tylko pędzlem, ale i słowem.

Skoro dochodzimy do kwestii sztuki, byłbym ostatnim niewdzięcznikiem, gdybym nie zachwycił się stylem p. profesora Zenona. Czego mnie nauczył? Tylko dwóch umiejętności: patrzenia i… perspektywy, one przydają mi się do dzisiaj. I choć ostatni obraz namalowałem ponad dwadzieścia lat temu, nie żałuję, pędzel zamieniłem na szybką lustrzankę, a ta bez wykorzystania perspektywy w fotografii, jest tylko stertą stechnicyzowanego … złomu.

Kto utkwił mi w pamięci w sposób wyjątkowy? Jednym tchem wyrecytuję nawet w środku nocy – p. profesor Rezmer. Nie przychodzi mi do głowy żadne inne określenie jak – fenomen. Znakomity fizyk, który ze swoich zajęć stworzył sztukę. Fizyka w jego przekazie była równie pasjonująca, co powieści Ludluma. Szkoła miała niezłe zaplecze sprzętowe, laser rubinowy był czymś oczywistym. I te zajęcia z optyki, słynna formuła: kąt padania, równy kątowi odbicia i Staszek w ostatnim rzędzie, trzymający w łapie lusterko, odbijające promień z lasera w stronę profesora. Ten higrometr włosowy na ścianie, który regularnie ‘zwilżałem” w służbowym zlewie. Za oknem +30, aw pracowni wilgoć…absolutna.

Kiedy edukacja w Moim Liceum dobiegła końca, role odwróciły się, to ja uczyłem mojego ulubionego nauczyciela, obsługi ultranowoczesnego sprzętu Appla i systemów MacOs, Aldusa Freehanda i Bóg wie, czego jeszcze. Często spotykaliśmy się w moim domu.

Niestety, odszedł przedwcześnie, jak i wielu innych. Geniusz, który potrafił dokonywać obliczeń na tablicy z prędkością światła, wykorzystując do pisania, jednocześnie, obie ręce. Czegoś takiego nigdy później nie widziałem. Wspaniały, niezwykle sprawiedliwy w ocenie umiejętności (lub ich braku) ucznia nauczyciel i patriota, ale o tym wiedziała raptem garstka ludzi.

 Za kilka godzin rozpocznie się jubileuszowa gala w TOK-u, a ja zastanawiam się nad tym, czy mam ochotę tam pojechać…

Mariusz R.Fryckowski

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook