21 października 2020

Nigdy nie odważyłbym się nazwać Go – LEGENDĄ. Krzysztof Krawczyk w Tucholi!

10 min read

Tuchola ma niebywałe szczęście, a z pewnością mijający właśnie weekend, zapadnie w pamięci mieszkańców na wiele lat. Do Tucholi dotarł Krzysztof Krawczyk wraz z zespołem i dał taki koncert, że porównać go można chyba tylko z jednym – trzęsieniem ziemi. Wspaniały wieczór, niezapomniana atmosfera i zachwycona publiczność. Niesamowita charyzma, artystyczny fenomen, podkreślony najwspanialszym barytonem, który gościły przyjazne wnętrza sali widowiskowej Tucholskiego Ośrodka Kultury, który tym występem zrehabilitował się, po serii wpadek z „oblężniczymi firmami telefonicznym”, sprzedającymi drogi… złom.

Nie mam natury paparazzi

 

Wyzbyłem się tej negatywnej cechy dawno temu i nigdy do niej nie powrócę. Owszem, lubię fotografować ludzi, jednak bez ich wiedzy i zgody czuję się jak… złodziej wizerunku, a ten kształtuje sobie każdy z nas, to zbyt prywatne, aby odzierać z niego bliźnich. Nie wykonałem nawet jednego zdjęcia Naszemu Gościowi, zachowując Go w życzliwej pamięci.

 

Krzysztof Krawczyk, to postać wyjątkowa, Jego droga i kariera sceniczna, to temat na opasły tom, a ten mógłby napisać chyba tylko Jego osobisty biograf, najlepiej przyjaciel. Krawczyk ciągle jest, śpiewa od wielu lat, jest rozpoznawany zawsze, wszędzie i przez każdego, Jego głos brzmi ciągle tak, jakby w dalszym ciągu był tamtym trubadurem. Nigdy jednak nie odważyłbym się nazwać Go legendą, to chyba najbardziej krzywdzące wybitnego artystę stwierdzenie, kiedy Ten żyje, tworzy i cieszy się aplauzem publiczności i dobrą kondycją fizyczną. Zbyt wiele pomników stawia się w tym kraju za życia „odlanych w spiżu” zafałszowanej niby-historii.

 

Pan Krzysztof ma niezwykłą, wręcz magiczną zdolność – hipnotyzuje publiczność nie tylko głosem, ale uśmiechem, gestem, każdym ruchem. To pierwszy i jak na razie jedyny wykonawca, który posiadł tę zdolność w sposób całkowicie naturalny. Że miał słabości? Któż jest doskonały? Może tylko Michał Anioł Buonarroti. Artystom wybacza się wszystko!

 

Gdybyśmy wgłębili się w życiorys Pana Krzysztofa, wyszedłby kolejny opis encyklopedyczny, będący suchym zapisem jego życiowej drogi do kariery, ( która nieprzerwanie trwa odkąd pamiętam) i spełnienia w życiu prywatnym. Takich treści znamy miliony.

 

Czymś całkowicie naturalnym i to tuż po koncercie, jest chęć poznania wybitnego artysty z bliska. Mamy iście ludzką cechę – identyfikujemy się z osobą, którą podziwiamy na scenie i chcemy dowiedzieć się od niej czegoś więcej, najlepiej w bezpośredniej rozmowie. Dosyć karkołomne pragnienie, jednak możliwe do spełnienia cudzym piórem, za to w jak mistrzowski sposób!

 

Zapraszam do fragmentu wywiadu z Panem Krzysztofem Krawczykiem, który przeprowadził z artystą znakomity dziennikarz, autor tekstów piosenek, producent nagrań, dyrektor kilku instytucji artystycznych, członek „ZPR Records”, współzałożyciel „K&K Studio” – Pan Andrzej Kosmala.

 

Mariusz R.Fryckowski

 

Wywiad – rzeka z Krzysztofem Krawczykiem

 

Domy zapamiętane

 

Andrzej Kosmala: Byłeś „zawsze w drodze”, ale były też w twoim życiu nie tylko hotele, Były też miejsca, które dziś mógłbyś nazwać domem.

 

Krzysztof Krawczyk:

 

Pierwsze mieszkanie, które zapamiętałem w mym życiu to mieszkanie wPoznaniu na dzisiejszej ulicy Wierzbięcice a dawnej Gwardii Ludowej numer 19, naprzeciw kina „Wilda”. To mieszkanie zapamiętałem z kilku powodów. Po pierwsze – było blisko kino i można było ojca namówić, by poszedł ze mną na film. Nie było wtedy telewizji więc uwielbialiśmy chodzić do kina. Po drugie – niedaleko był rynek, gdzie z kolegami od czasu do czasu udało się ukraść coś słodkiego ze straganu. Jak się ojciec dowiedział to miałem karę taką, że musiałem się wyspowiadać w kościele. Te słodycze to była jedyna rzecz jaką ukradłem w życiu. Tutaj nie zgadza się ze mną moja teściowa, która twierdzi, że ukradłem też jej córkę. Po trzecie – pamiętam też w tym poznańskim domu, że naszą ulicą przejeżdżał tramwaj i kiedy wieczorem było ciemno to w pokoju na suficie przesuwał się taki ślad, który tworzył swoisty teatr cieni. Te układające się formy bardzo twórczo interpretowałem. Byli rycerze, kowboje, duchy, sanie, okręty… Pamiętam jeszcze to mieszkanie z dużej uciążliwości, jaką było noszenie węgla z piwnicy. Rwałem się do tego, ale ojciec mi nie pozwalał…
Łódź to przede wszystkim było spotkanie z Piotrkowską, która wtedy jeszcze była brukowana, ale robiła wrażenie. Pamiętam mieszkanie na Brzeźnej. Było piękne, ale zajmowaliśmy je jeszcze z drugą rodziną i samotnym lekarzem. Wspólna kuchnia i łazienka – uciążliwe życie. Ale upatrzył sobie to mieszkanie poseł z Łodzi i żeby je dostać na wyłączność, przy swoich niewątpliwych koneksjach załatwił dla nas mieszkania samodzielne. My przeprowadziliśmy się do bloku na ulicę 10 Lutego. I w tym mieszkaniu się wychowałem, w nim przeżyłem dramat śmierci ojca i z niego wyruszyłem w świat.

 

– Ale w okresie „Trubadurów” już mieszkałeś w Warszawie?

 

– Szybko zrozumiałem, że trzeba mieszkać w Warszawie, żeby mieć więcej do powiedzenia w branży muzycznej. Chodziło o kontakty, dobre koneksje. W tym czasie moją żoną była Grażyna. Jej mama podzieliła swoje mieszkanie w Łodzi na dwa. My dostaliśmy jedno z nich. Ledwie mieściło się tam pianino, aparatura muzyczna i rozkładana kanapa. Szczęśliwie jednak udało nam się zamienić to mieszkanie w Łodzi na mieszkanie w Warszawie przy ulicy Wilczej. Było ciemne ale w centrum miasta i stamtąd ruszałem z „Trubadurami” na podbój estrad polskich i w Związku Radzieckim.

 

– W Związku Radzieckim nastąpił rozpad twojego małżeństwa z Grażyną i związałeś się z Haliną Żytkowiak, ówczesną solistką zespołu…

 

– Czułem się winny i wyszedłem z tamtego mieszkania niewiele z sobą zabierając. Poznakowski wymyślił taki skrót myślowy: „wziął gitarę i skarpetek parę”. Z Haliną zamieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu w Warszawie na Powiślu. Nie był to dla mnie dobry okres. Ślub uczciliśmy jedną butelką wina…

 

– Ale wkrótce, było to w 1973 roku wystartowałeś do solowej kariery…

 

– Kiedy zaczęło mi się lepiej powodzić – grałem dużo koncertów w Polsce i NRD – pomyślałem już wtedy o zabezpieczeniu na starość i zacząłem budować pensjonat w Szklarskiej Porębie. Myślałem, że też tam zamieszkam i będę osobiście doglądał interesu. W końcu wokoło powstawały takie pensjonaty i nieźle prosperowały. Ale wiesz jak to było zawsze w moim życiu – najważniejsze było śpiewanie, jemu poświęciłem całe życie. Ja nie wracałem, tak jak ojciec po pracy w teatrze do domu. Nie mogłem nawet odebrać Haliny z Krzysiem po jego narodzinach ze szpitala, bo miałem koncert! Odebrał ich mój przyjaciel Jurek Dąbrowski, redaktor „Muzyki i aktualności”, poeta, autor wielu piosenek, także moich. Tak więc nawet niewiele mogę powiedzieć o atmosferze tamtych i następnych domów, bo to było tylko często miejsce przesiadki z jednej trasy na drugą.

 

– Ale w 1978 roku otrzymałeś wreszcie mieszkanie i to na słynnym i rozwojowym wówczas Ursynowie…

 

– Zapisałem się do spółdzielni, ale widoki na mieszkanie były marne. Jak tam pojechałem to na przyszłym placu budowy jeszcze kwiatki rosły. Pomógł mi wspominany w odcinku p.t. „Zawsze w drodze” przyszywany wujek Jurek. Przyjaźnił się z sekretarką premiera Piotra Jaroszewicza i przez nią załatwił przyznanie mieszkania z puli rządowej. Ale przedtem musiałem jeszcze spełnić jeden warunek: zaśpiewać piosenkę p.t. „Zamieszkamy na Ursynowie” która ukazała się na specjalnej płycie wydanej przez Tonpress a sponsorowanej przez spółdzielnię mieszkaniową, która zapragnęła, bym jeszcze nakręcił teledysk do tej piosenki. I wtedy znowu zobaczyłem, że w miejscu, gdzie ma stać mój dom rosną jeszcze kwiatki. Ale budowlani się postarali i w krótkim czasie zamieszkałem na ulicy, o nazwie bardzo pasującej do mojego zawodu: Pięciolinii.

 

– W tym mieszkaniu jednak długo nie zagrzałeś miejsca, bo ciągnęło cię do Ameryki.

 

– Wiesz jaki marazm zapanował pod koniec lat 70-tych. Mieszkanie już mi nie sprawiało radości. To znaczy takie mieszkanie jak na tamte lata to było coś, ale tak jak mówiłem: to była stacja przetokowa.

 

– Wtedy do USA…

 

– Dwa wyjazdy z ekipami polskich artystów poprzedziły pozostanie na 5 lat w USA.

 

– Twojej amerykańskiej przygodzie poświęcimy inny odcinek wywiadu – rzeki. Teraz chciałbym porozmawiać o tym domu, w którym rozmawiamy, w którym tak chętnie przyjmujesz gości, ale też zmęczony potrafisz się zamknąć przed całym światem. Jak wylądowałeś w Grotnikach?

 

– Mój drugi powrót do Polski odbywał się w trzech ratach, w latach 1994 – 1995. W marcu 1994 roku przyleciałem na rekonesans i promować płytę nagraną w Nashville. Przez tydzień towarzyszył mi w związku z tym mój ówczesny amerykański menadżer Ron Ranke. Mieliśmy nawet wspólną konferencję prasową w hotelu Marriot.

 

– Jak wiesz, wtedy kolejny raz namawiałem cię do powrotu, ty raczej skłaniałeś się do roli dwupaństwowca?

 

– Wtedy już miałem zieloną kartę, nagraną płytę w Nashville z wielkimi nadziejami, że firma Hallmark wyrwie mnie z polonijnych klubów na amerykański rynek, no i wspaniały dom w Pompano Beach na Florydzie, kupiony na raty, a raty trzeba było spłacać. Polska była już wolnym krajem dlatego planowałem jeszcze długo krążyć tam i z powrotem. Wielu przyjaciół tak zaczęło robić np.Michał Urbaniak.

 

– Chciałeś na polski rynek powrócić amerykańską płytą. Byłem temu przeciwny, jak pamiętasz. Mówiłem: „Krzysztof! Polski rynek jest zapchany nagraniami największych gwiazd światowych. Ludzie mają już dosyć piosenek po angielsku. Do tego na rynku królują piraci. Płyty są tanie, wasz amerykański produkt, oficjalnie wyprodukowany będzie za drogi.” Powątpiewałeś, ale dałeś się namówić na nagranie piosenek po polsku…

 

– Pokazaliście mi z Ryśkiem swoje studio ze znakomitymi warunkami do pracy, zdobytą przez was pozycję na rynku, do tego piosenkę o potencjale przeboju „Gdy nam śpiewał Elvis Presley” i na dodatek 14 tekstów polskich do największych przebojów Elvisa Presleya. Byłbym głupi, gdybym nie nagrał, tym bardziej, że nie musiałem w te nagrania inwestować żadnych pieniędzy, nie musiałem prosić o nie, tak jak w Ameryce. Nagrałem, wróciłem do Ameryki, a tutaj zaczęła hulać po antenach piosenka „Gdy nam śpiewał Elvis Presley”. Wkrótce zadzwoniła do mnie Nina Terentiew z zapytaniem: „Krzysiu, co cię w Ameryce trzyma?” I zaprosiła mnie na Festiwal Sopocki w charakterze gwiazdy. Występ w Sopocie w 1994 roku to był mój wielki sukces, tak jak i zrealizowany jeszcze w Operze w Poznaniu benefis. Ale mnie znowu ciągnęło za ocean. I tak naprawdę o podjęciu decyzji o powrocie do kraju na stałe nie zadecydowały wcale sprawy zawodowe.

 

Otóż odlatując do Stanów spotkałem na lotnisku Tadeusza Przybysza, który ma od pradziada firmę futrzarską. Mówię do niego: „Twoja żona prowadzi biuro nieruchomości. My będziemy teraz częściej przebywali w kraju. Może znalazłaby nam jakiś kąt? I najlepiej w Łodzi.” Bo to miasto najbardziej kojarzyło mi się z młodością. Poza tym w środku Polski, wszędzie taka sama odległość. A on mówi: „Wiesz, że właśnie jest coś dla ciebie pod Łodzią, w Grotnikach, taki dom letniskowy pod lasem, którego właściciel ma inne plany i nie chce tam mieszkać.” Spotkaliśmy się wkrótce z właścicielem, a on mnie wita słowami: „Panie Krzysztofie! Wie pan, ile ja zarobiłem na pana piosenkach? Kiedy w Szwecji pracowałem w fabryce, wieczorem dorabiałem sobie, jako keyboardzista.

 

Wie pan, ile było zamówień na pańskie piosenki?” Za dom życzył sobie jakiejś śmiesznej sumy, ale ja nawet takiej nie miałem. Mogłem wpłacić 30% tej kwoty. „Dobra! Biorę, co jest, a resztę mi oddasz, kiedy będziesz miał. Bez procentów”. Dobry człowiek. Niestety umarł na serce. Często się za niego modlę. A Przybysz, który nam ten dom wymyślił jest jedyną osobą obok naszego proboszcza, który może przyjść do nas o każdej porze, niezapowiedziany. Rozbudowałem ten dom o większą kuchnię, łazienkę, pokój gościnny. Poza tym obawiałem się, że piękny widok z okien zasłoni mi jakiś inny dom. Poszedłem do właściciela, żeby mi odsprzedał przylegający hektar ziemi. Znowu na raty. Ale właściciel miał do wyprawienia wesele w rodzinie, więc się zgodził. Dziś uprawia dalej tę ziemię, a ja mam zabezpieczenie na starość. Pozbyłem się amerykańskiego domu, a właściwie długu. Mieszkam tu, w Grotnikach, na mojej ziemi obiecanej. Kiedy wiosną czy latem wychodzę na taras to patrząc na to, co widzę myślę sobie: „Czy ja gram w amerykańskim filmie?”

 

 

Zapraszam do lektury reszty wywiadu, który znajduje się w oficjalnej stronie artysty: http://www.krzysztofkrawczyk.eu

 

[Przyp. i foto z archiwum Mariusza]

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook