30 października 2020

OBRONA CYWILNA? Istnieje tylko na papierze! Przeczytaj, może wtedy przeżyjesz!

13 min read

A czy kiedykolwiek zastanawiałeś (aś) się nad tym, w jaki sposób pomoże Ci Państwo w chwilach kryzysowych, tzn. w czasie klęski żywiołowej, skażenia, względnie najgorszego scenariusza – wojny? Z pewnością pomyślisz, że i Ty i Twoja rodzina zostaniecie zaopatrzeni w odpowiedni sposób, po to przecież istnieje Obrona Cywilna, po to płacisz podatki. Poszliśmy tym śladem i to dosłownie.

Ciągle podtrzymujemy mity obowiązujące w czasach tzw. głębokiej komuny, bardziej przystępnie, w czasach propagandy, również sukcesu.

Moskwa rękoma swoich polskich wasali dobrze nas wyszkoliła. Umiejętnie podtrzymując uczucie ciągłego zagrożenia najazdem imperialistów, wbito nam do głów, aby wyposażyć się (przynajmniej przed kamerą) w to, co niezbędne, aby zwiększyć szanse przeżycia.

Na przestrzeni lat zmieniały się rządy, zmieniały się zagrożenia, by w chwili największych przemian ustrojowych spłynął na Polaków dawno oczekiwany spokój i poczucie jakże złudnego bezpieczeństwa. Niczym Francuzi za linią Maginota, ukryliśmy się pod dziurawym parasolem ochronnym wpierw NATO, a obecnie pod skrzydłami USA, którego w tej części Europy staliśmy się odważnym dywersantem.

Uwalniając się spod wpływu wpierw ruskiego, później niemieckiego, weszliśmy w układ amerykański, stając się w efekcie państwem frontowym, oczywiście w razie wplątania się w wojnę.

Jednak zagrożenia, które zewsząd na nas czyhają mogą być rozmaite, wydaje się, że widmo pożogi wojennej jest w tej chwili bardzo odległe, ale kataklizmy losowe nękają nas każdej chwili.

Kilka miesięcy temu, kolejny już raz, Bory Tucholskie nawiedził kataklizm pogodowy, doskonale pamiętamy, jakie były jego skutki. Wiemy też, jak społeczeństwo wspierało się, to unikalna, nasza cecha narodowa, tylko widmo tragedii wiąże nas ponad podziałami.

Sąsiedzka pomoc i wrażliwość osób trzecich, stały się pierwszą linią obrony, dopiero później pojawiły się władze i służby. Kilka dni po zdarzeniu pojawili się w blasku fleszy oficjele z nietęgimi minami i ustami pełnymi frazesów.

Obiecana pomoc Państwa nadeszła, ale zbyt późno, w efekcie, sporo poszkodowanych osób w obliczu zimy, będzie miało poważne problemy. Jednak ludzie nie poddają się, walczą i zwyciężają – kolejna wspaniałą cecha, tym razem Borowiaków, zahartowanych w zderzeniach z rzeczywistością.

Za każdym jednak razem nasuwa się jedno pytanie, jak działają służby? Niezawodną formacją stała się Straż Pożarna. Zaprocentowała inwestycja samorządowców w ochotników, którzy nawet za cenę uszczerbku na zdrowiu ratowali życie i mienie.

Działali policjanci, działali harcerze, wolontariusze, parafie, wreszcie dołączyło wojsko, ale prawda jest taka, że dały o sobie znać lokalne samorządy, które w niektórych momentach zrobiły więcej, niż mogły, nawet za cenę własnych, prywatnych środków. Była woda, była żywność, zaopatrzenie w paliwo dla służb, wreszcie zasilanie awaryjne.

Obywatele nie próżnowali, organizowali się, wspólnymi środkami kupowali generatory, udostępniali własne studnie, transport, siły i środki. Piękna karta, która wyjątkowo marnie łączy się z OBRONĄ CYWILNĄ w dodatku…, nie z jej  winy.

Problem nie dotyczy wyłącznie Tucholi, to kwestia ogólnopolska. Sytuacja wymknęła się spod kurateli na tyle, że Najwyższa Izba Kontroli (NiK) pochyliła  się nad zjawiskiem, dokonując kompleksowe kontroli. W 2012 roku sporządziła raport, który wysadził w powietrze wyobrażenia wielu naiwniaków. Niestety, sprawa ma przerażający świadomego niebezpieczeństw obywatela finał:

Obrona cywilna w Polsce nie jest przygotowana do wykonywania żadnego ze swoich zadań. W przypadku wystąpienia klęski żywiołowej nie jest w stanie przyłączyć się do sprawnego usuwania jej skutków. Podczas wojny nie ochroni ludności cywilnej ani krytycznie ważnych obiektów. W jej magazynach zalegają zużyte maski przeciwgazowe i sygnalizatory promieniowania z lat siedemdziesiątych. Obrona cywilna w Polsce funkcjonuje tylko na papierze – ostrzega NIK.

Spośród 14 skontrolowanych przez NIK gmin tylko w połowie działały struktury obrony cywilnej (oc). W pozostałych albo w ogóle ich nie powołano (Gąbin, Starogard Gdański, Goczałkowice Zdrój), albo istniały tylko na papierze (Puchaczów, Przeworno, Borów). Żadna z gmin nie finansowała z własnych środków działalności oc. Dziewięć korzystało z dotacji wojewódzkich. Jednak nawet tam nie unowocześniono sprzętu niezbędnego do wykonywania przez obronę cywilną podstawowych zadań. Kontrolerzy natknęli się w magazynach na wyposażenie z lat 70. ubiegłego stulecia: zużyte maski przeciwgazowe, przestarzałe przyrządy rozpoznania chemicznego, leciwe sygnalizatory promieniowania. Z tego rodzaju sprzętem ochrona cywilna nie jest w stanie wywiązać się ze swoich podstawowych zadań w przypadku wystąpienia zagrożenia.

Prawie wszystkie skontrolowane gminy zaniedbały obowiązek organizowania szkoleń w zakresie powszechnej samoobrony dla ludności cywilnej. Polacy nie wiedzą, jak się zachować w przypadku zagrożenia lub klęski żywiołowej, nie mają umiejętności umożliwiających im przeżycie w sytuacji ekstremalnej. Większość gmin opracowała plany obrony cywilnej, lecz sześć z nich nie spełniało wymogów określonych przez Szefa Obrony Cywilnej Kraju (OCK). Np. w Sieradzu, Warcie i Borowie plany pochodziły z 1995 r. i nie były dostosowane do obecnych warunków. W pięciu gminach nie było realnych planów ewakuacji na wypadek zagrożeń lub klęsk, w trzech nie wyznaczono zakładów opieki zdrowotnej.

Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji ignoruje sygnały o tych nieprawidłowościach. Nie próbuje też wyegzekwować informacji od Szefa OCK (którym jest Komendant główny Państwowej Straży Pożarnej). Np. w badanym przez NIK okresie (lata 2009-2011) minister otrzymał tylko jedną kompleksową informację o realizacji zadań przez obronę cywilną za rok 2008. Nie odpowiedział jednak na zawarte w niej uwagi o nieprawidłowościach dotyczących m. in. organizacji pracy i stanu prawnego.

Minister zaniedbał wszystkie swoje prawne obowiązki dotyczące nadzoru nad obroną cywilną. Ponadto do tej pory nie zakończył prac nad rozpoczętym w 2006 r. projektem ustawy, która kompleksowo uregulowałaby organizację oc i dostosowała przepisy do obecnej sytuacji i infrastruktury Polski. Obowiązujące normy prawne, mające swe źródło w ustawie z 1967 r. o powszechnym obowiązku obrony RP, nie zapewniają możliwości skutecznego koordynowania i realizacji działań związanych z ochroną ludności. Wielokrotnie zmieniane i uzupełniane przepisy wprowadzają chaos kompetencyjny, powielają inne akty prawne, a nawet się wykluczają.

 

Runął mit magazynów OC, w których równo, na półkach, ułożone są maski przeciwgazowe dla każdego obywatela, środki ochrony skóry (kombinezony itp.). Prawda jest porażająca, nie ma latarek, saperek, dozymetrów, liczników Geigera, walki – talki, nie ma niczego, prócz wspomnień i kurzu!

Skoro jest tak źle, to najwyższy czas pójść po rozum do głowy i zapytać o to wszystko u źródła.

Zarządzanie Kryzysowe i OC i Regionalny System Ostrzegania (RSO)

 

Istnieje i ma się dobrze, głównie od strony formalnej, rozmawiamy z szefową referatu, zasypując ją gradem pytań. To właściwa osoba na właściwym miejscu, od strony formalnej referat prowadzony jest wzorowo, niestety, cała reszta i to ta czysto techniczna prezentuje się źle, a nawet tragicznie. Samorządowcy są świadomi sytuacji, ale są bezsilni, podobnie jak urzędnicy zajmujący się OC. Tony przepisów nie uratują zagrożonego życia, jednak pomimo tej tragedii, istnieją pewne procedury, które w przypadku kataklizmów dalekich od wojny, dają minimalne szanse przeżycia poszkodowanym.

Działania Obrony Cywilnej ograniczają się do powiadamiania o zagrożeniach – taki wniosek można wysnuć zaznajamiając się z zawartością zakładki służby, która umieszczona jest w portalu miejskim.

Oczywiście, wyszczególnione są tam i zadania, ale przeciętny obywatel niewiele na nich zyska, tym bardziej nie uratuje siebie i rodziny. Oczywiście, na terenie miasta i gminy organizowane są ćwiczenia, ale te dotyczą klęsk lokalnych, a co w razie wojny?

Sytuacja powtarza się, działa system powiadamiania mieszkańców, są syreny i umówione sygnały. Mało tego, służba wzbogaciła się nawet o syrenę, która prócz tego, że wyje, to również… mówi. Dobre i to.

Rozważamy sytuację skrajną, wróg napadł na Polskę bez wypowiedzenia wojny, do Tucholi zbliża się formacja samolotów, być może bombowych, co wtedy?

Kilka lat temu w rozmowie z panem Burmistrzem usłyszeliśmy, że podobny atak, na miasteczko takie, jak nasze nie ma sensu. Nawet wróg niechętnie traci pieniądze na ataki miejsc niebędących celami strategicznymi. Historia uczy nas, że w Tucholi było inaczej, naloty bombowe zdarzały się podczas  II WŚ, o czym opowiadał nam kiedyś jeden z tucholskich ogrodników.

W tej części Europy, wojna wyniszczająca cywilów jest normą, zwłaszcza w odniesieniu do Polaków.

Na co mogą liczyć mieszkańcy Tucholi w razie takiego ataku?

Na powiadomienie poprzez system syren o zbliżającym się nalocie. Ogłoszenie alarmu ma ścisły związek z wiarą Obrony Cywilnej  w to, że system rozpoznania radarowego zadziała sprawnie, a obywatele RP zostaną odpowiednio wcześniej powiadomieni o ataku. Historia uczy nas, jak tego typu nadzieje bywają złudne.

Będąc obecnie wysunięto flanką armii amerykańskiej wróg może zastosować broń ostateczną i dokonać ataku nuklearnego na Polskę. Ponieważ w Bydgoszczy znajdują się ważne wojskowe struktury NATO-wskie, tego typu atak z pewnością dosięgnie bydgoszczan. Niestety, w takim przypadku ucierpi również Tuchola, odległość 50 kilometrów od epicentrum wybuchu bomby jądrowej, jest… niczym.

Czy mamy schrony?

Na terenie Tucholi nie ma żadnych schronów umożliwiających przeżycie ataku, zarówno bronią konwencjonalną, a tym bardziej atomową. Sytuacja polepszy się odrobinę z chwilą, kiedy powstanie system podziemnych strzelnic, które powstaną pod Plaskoszem. Ile osób pomieszczą? Sto? Dwieście?

Nie mamy żadnego systemu umocnień, nie mamy żadnych instalacji obronnych. Nawet piwnice domów murowanych, nie dają najmniejszych szans przeżycia. To efekt niefrasobliwości ekip rządzących, które kompletnie zapomniały o tym, że plany domów należy zmodyfikować na tyle, aby stanowiły miejsce schronienia przed różnymi zagrożeniami. Przez pewien czas istniały przepisy, które wymuszały na sklepikarzach wzmocnienie stropów ich sklepów. Było, minęło, przeszło do lamusa.

Zabezpieczenie górnych dróg oddechowych i skóry w razie ataku chemicznego.

Również i tutaj życie napisało własne scenariusze, informacja brzmi jak wyrok – 500 masek i prawdopodobnie przedpotopowe OP1.

To, co mają zrobić mieszkańcy?

Uciekać! OC zakłada, że przynajmniej 50% społeczności natychmiast opuści miasto i uda się w inne, bezpieczne rejony kraju, chroniąc siebie i swoje rodziny u krewnych, znajomych, przyjaciół. Reszta skazana jest na własną inwencję. Używając dosadnych słów, mieszkańcy zginą, albo będą ciężko ranni, chyba, że… ulęgną modzie i wybudują  w swoim domu azyl ( pomieszczenie ze wzmocnionymi ścianami i stropami z własnym zasilaniem i zaopatrzeniem w wodę, z niezależnych źródeł) lub  swój własny schron, powiedzmy…. pogodowy.

Ktoś powie, ale zawsze pozostają nasze lasy – wypróbowane miejsce schronienia! Niestety nie, z tym arsenałem wojskowych środków, las staje się śmiertelną pułapką.

No dobrze, stało się najgorsze, miasto straszliwie ucierpiało, jest mnóstwo ofiar – kwestia cmentarzy wojennych.

I z tym będzie problem, miasto dysponuje własnymi terenami, które w sytuacjach skrajnych wykorzysta do masowych pochówków (mogiły zbiorowe), najpewniej będą to tereny oddalone od miasta.

Czy takie miejsca są już dzisiaj wyznaczone?

Nie.

Celowo pomijamy wszelkie aspekty medyczne i pomocy doraźnej, to temat na odrębne rozważania.

Zaopatrzenie w wodę.

Służby zakładają, że będzie istniała możliwość poboru wody z istniejących wodociągów, ale brane są pod uwagę zwykłe studnie, problem w tym, że część z nich zasypano, inne zaś wymagają odnowienia. Wniosek? Pozostaje zaopatrzenie w wodę dowożoną beczkowozami lub butelkowaną. To zbyt optymistyczne założenia, w czasie wojny kompletnie nierealne. Podobny problem będzie z żywnością.

Świadomy obywatel, wie, co w takich przypadkach robić. Zgromadzenie zapasów wody i żywności oraz ukrycie ich w różnych miejscach ( również daleko od domu), stanowić będzie o możliwości przeżycia. Niestety, musimy sobie uzmysłowić fakt, ze w czasie konfliktu, praktycznie nie działają służby mundurowe, oznacza to, ze musimy obronić siebie, rodzinę i zapasy, czyli… potrzebna będzie broń, której jesteśmy pozbawieni.

Można tak wymieniać w nieskończoność, potęgując skutki wojennej apokalipsy lub napadu zombi.

W przypadku wojny, kluczowym  jest współdziałanie najważniejszych osób: wojewody, starosty burmistrza, jednak, jak uczy nas życie, trudno uniknąć w takich przypadkach odwiecznej drogi służbowej, kiedy wszystko odbywa się w rygorach czasowych.

Kataklizm pogodowy, który nawiedził nasze województwo nauczył nas jednego, najbardziej operatywnymi urzędnikami okazali się być wójtowie i burmistrz. To oni zorganizowali pierwszą pomoc. W razie wojny, zanim do miasta być może dotrze wojsko lub gwardia obecnego ministra obrony, obywatel oparcie znajdzie w tych konkretnych osobach. Specjaliści od zarządzania kryzysowego skupią się na łączności, która natychmiast zostanie zniszczona impulsem elektromagnetycznym, w efekcie pozostaną gońcy oraz skupią się na  zorganizowaniu zapasów wody pitnej. Nie będzie beczkowozów, będą zbiorniki na wodę, które być może ktoś uzupełni, o ile przeżyje. I na zakończenie tego zagadnienia warto wspomnieć o tym, że nikt nigdy nie odważył się przećwiczyć masowej ewakuacji mieszkańców naszego miasta. Taka próba w czasie pokoju mogłaby wielu osobom otworzyć oczy i to bardzo szeroko. Gdyby wpiąć w to odrobinę wyobraźni, poprzez włączenie do scenariusza wojennego najważniejszych polityków, ktoś u szczytów władzy doceniłby wreszcie fakt, jak ważne zadanie spoczywa na Obronie Cywilnej, która chroni ludzi… przepisami z lat sześćdziesiątych.

 

Zostawmy wojenną pożogę, a skupmy się na lokalnych kataklizmach. Nie ma większego sensu rozwodzić się nad klęskami żywiołowymi, bo powoli wszyscy stajemy się specjalistami w tej dziedzinie, a podręcznik do nabycia tych umiejętności napisało życie.

Pomówmy o czymś zupełnie innym, o czymś, co dla wielu mieszkańców będzie sporym zaskoczeniem.

Dzisiaj, w czasie pokoju, Tuchola zagrożona może być w dwojaki sposób: pożarem i skażeniem powietrza.

Jak to możliwe? Stali czytelnicy TOKiS-a wiedzą za naszym pośrednictwem, że na terenie miasta odbywają się ćwiczenia z różnymi scenariuszami. Swego czasu elementem ćwiczenia było współdziałanie służb, podczas wypadku z udziałem wielkiej cysterny, która przewoziła toksyczne substancje. A gdyby taka substancja w sposób stały, znajdowała się na terenie miasta?

W tej sprawie próbowaliśmy porozmawiać z  władną osobą z tucholskiej firmy  „Bor”. Właśnie ona, na swoim terenie, przechowuje wielki zapas amoniaku – substancji niezbędnej w procesie zamrażania warzyw. Problem w tym, że w tej firmie nie może być przerw w dostawie energii elektrycznej. Bez niej, może dojść do sytuacji skrajnie niebezpiecznych, z wybuchem włącznie. Skutki przedostania się amoniaku do atmosfery można sobie ledwie wyobrazić. Oczywiście, wszelkie próby rozmowy z kierownictwem  nie udały się, ktoś po drugiej stronie słuchawki zastosował typową spychoterapię, namawiając nas do ponownych prób połączeń telefonicznych. Interesowała nas ilość amoniaku, którą przechowuje na swoim terenie wspomniana firma. Jednak  tę informację bez trudu uzyskaliśmy właśnie w referacie OC w UMiG Tuchola, podano nam objętość, od której wielu może zakręcić się w głowie z… przerażenia. I pomimo tego, że nie jest to informacja tajna, zachowamy ją do naszej wiadomości. Przypominamy, mówimy o wielkościach znacznych, a nawet olbrzymich. W związku z takim zagrożeniem, tucholska OC ma przygotowane specjalne procedury, aby uratować mieszkańców, którzy sąsiadują z zakładem.

Zagrożenie pożarem.

Oprócz zdarzeń losowych związanych z niebezpieczeństwem wybuchu i pożaru w budynkach, gdzie np. ulatnia się gaz, największym potencjalnym zagrożeniem jest oczywiście nasz ulubieniec: tucholski „Hydrotor” wraz z jego nielegalnym wysypiskiem śmieci, które kiedy zapłonie, skazi toksycznym dymem sporą część miasta, położoną w dolinie. Innymi słowy, teren z tucholską starówką włącznie, będzie znajdował się w najbardziej toksycznej chmurze dymu w tej części powiatu. O tej sprawie mówimy od lat i od lat jesteśmy zwodzeni , przez władze powiatu, do których należy ostateczne rozprawienie się z potencjalnym trucicielem. I choćby z tego powodu, optujemy za jak najszybszym odwołaniem zarządu.

Niestety, ten zakład prawdopodobnie znajduje się ponad prawem, albo chroni go jakaś klauzula nietykalności.

Podsumowując, rola Obrony Cywilnej i Centrum Kryzysowego, to być może gwarancja naszego przeżycia i w naszym interesie jest walka o to, aby władze centralne dostrzegły skalę problemu i wreszcie dostosowały przepisy do rzeczywistości oraz wyposażyły centra kryzysowe w sprzęt, który spowoduje, że wszyscy mieszkańcy zostaną zaopatrzeni w niezbędne środki do przeżycia. Dzisiaj, o wszystko musimy zadbać sami. Radioodbiornik zasilany bateryjnie, latarki, zapas wody, system łączności (CB-radio), paliwo, w sezonie, kiedy pogoda lubi płatać figle, to oczywistość, a to zaledwie mały wycinek większych potrzeb mnożonych przez ilość członków rodziny. Wielu z nas już to wie, po ostatnich zdarzeniach, problem w tym, abyśmy jeszcze uświadomili ten fakt sąsiadom, w ich własnym, dobrze pojętym interesie.

Wieszanie psów na tucholskiej OC mija się z celem, pracują tam świetni fachowcy, niestety, są bezsilni wobec głupich przepisów i bezmyślnych polityków, którzy wolą się wzajemnie wyżynać słownie w obu izbach parlamentu lub w Brukseli.

Bo najważniejszy jest człowiek, nie polityk ( zamierzone), cała reszta jest kwestią jego przeżycia.


Mariusz R.Fryckowski

 

 

 

 

 

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook