Od Peenemünde do Wierzchucina. Część pierwsza: "Z Peenemünde do gwiazd"

Wśród lasów i wydm jednej z bałtyckich wysp, narodziła się technika kosmiczna XX wieku. Chociaż zrazu wprzęgnięto ją w kierat toczącej się akurat II wojny światowej, to jednak po latach naukowcy, którzy tu skonstruowali i wypróbowali pierwsze rakiety balistyczne, zrealizowali swe młodzieńcze marzenia. Wysłali ludzi na Księżyc. Ale po drodze było piekło podziemnej fabryki Kohnstein koło Nordhausen. Były Londyn i Antwerpia. Przede wszystkim były dziesiątki tysięcy ofiar…

Pod koniec lat 30. XX wieku funkcjonariusze niemieckiej policji politycznej, czyli Gestapo, otrzymali polecenie skonfiskowania wszystkich zachowanych jeszcze kopii zrealizowanego w 1929 roku filmu fabularnego Fritza Langa „Kobieta na Księżycu”. Obrazy twórcy filmowego doktora Mabuse nie były wyświetlane w III Rzeszy, ponieważ Lang po dojściu Hitlera do władzy wyemigrował z Niemiec i pracował w USA. Ta okoliczność jedynie sprzyjała autorom pomysłu konfiskaty kopii starego i zapomnianego już melodramatu o parze kochanków, która pozostaje na Księżycu. Gestapowcy myśleli bowiem, że konfiskują dzieło znienawidzonego przez nazistów reżysera filmowego z przyczyn politycznych. Tylko nieliczni wiedzieli, dlaczego tak naprawdę przetrząsano magazyny wytwórni filmowej UFA i firm dystrybucyjnych. Otóż konsultantem naukowym Fritza Langa, podczas realizacji „Kobiety na Księżycu”, był prof. Hermann Oberth. To według pomysłu tego pochodzącego z Rumunii uczonego wykonano model rakiety, która bohaterów filmu przeniosła na Księżyc. I to on nadzorował kręcenie zdjęć obrazujących start rakiety i trwający 36 godzin lot.

Przed i po rozwodzie

Dziesięć lat po premierze filmu naukowcy niemieccy na czele z ambitnym wizjonerem i utalentowanym konstruktorem, dr. Wernherem von Braunem, w malowniczym zakątku bałtyckiej wyspy Usedom (Uznam) próbowali filmową fikcję i marzenia o podróżach na Księżyc przekuć w rzeczywistość. A filmowe sceny startu rakiety, a zwłaszcza dekoracji przedstawiającej wyrzutnię, czy choćby plenery, mogły agentom wywiadu i analitykom naukowym państw obcych – rozumowano w Berlinie – dać dużo do myślenia.

Wszak sceny startu rakiety księżycowej ekipa Fritza Langa realizowała na wyspie… Usedom. Nie, tego dla ludzi rządzących III Rzeszą było stanowczo za dużo. I stąd zrodziła się kuriozalna decyzja o konfiskacie wszystkich kopii filmu Langa, niespodziewanie zaliczonego do najściślej strzeżonej tajemnicy państwa Adolfa Hitlera. Nieco wcześniej najwyższym stopniem tajemnicy naziści objęli również północno-zachodnią część wyspy Usedom z niewielką wioską Peenemünde.

Wiosną 1937 roku do powstającego w okolicach Peenemünde wojskowego ośrodka produkcyjno-doświadczalnego broni rakietowej przyjechała z Kummersdorfu większość pracującego tam zespołu naukowców na czele z von Braunem. Jeszcze w podberlińskim Kummersdorfie wojskowym kierownikiem całego przedsięwzięcia został pułkownik (późniejszy generał) Walter Dornberger.

Pierwsze obiekty w Peenemünde, w tym osiedle mieszkaniowe w pobliskiej miejscowości Karlshagen, wybudowano ze środków Luftwaffe, ponieważ aż do pierwszych tygodni 1939 roku badania rakietowe finansowały wspólnie wojska lądowe i siły powietrzne. Po „rozwodzie” Luftwaffe pozostawiła sobie lotnisko w Peenemünde-Zachód, pozostałe obiekty przejęły wojska lądowe, które zatrudniły najlepszych specjalistów, między innymi Wernhera von Brauna, Waltera Riedla, Arthura Rudolpha i Waltera Thiela. Dopiero w 1941 roku dołączył do nich wspomniany Hermann Oberth, który w roku poprzednim – jako profesor Politechniki w Dreźnie – uzyskał obywatelstwo niemieckie (wcześniej miał rumuńskie).

To w Peenemünde-Zachód (Werk West), gdzie swój ośrodek badawczo-produkcyjny zbudowały siły powietrzne, narodziła się bomba latającaFieseler 103, znana bardziej jako V-1, a we wschodniej części okolic Peenemünde, gdzie powstał gigantyczny ośrodek wojsk lądowych z zakładami Werk Ost i Werk Süd – rakieta balistyczna Aggregat 4, znana jako V-2.

Skonstruowany przez zespół von Brauna, któremu Hitler nadał tytuł profesora, pierwszy prototyp rakiety A4 wystrzelono 13 czerwca 1942 roku. Nie była to próba udana, podobnie zresztą jak dwie następne. Dopiero czwarta próba, przeprowadzona 3 października 1942 roku, zakończyła się pełnym sukcesem. Wkrótce była piąta – też udana. „14 października 1942 roku mogłem mu (czyli Hitlerowi, jak pisał w swych wspomnieniach Albert Speer, Minister Uzbrojenia i Amunicji Rzeszy – przyp. L.A.) zakomunikować, że nie ma już powodów do jakichkolwiek zastrzeżeń, druga rakieta z powodzeniem przeleciała wyznaczoną odległość190 kilometrów i trafiła bezpośrednio w cel, mając odchylenie zaledwie4 kilometrów. Po raz pierwszy dzieło umysłu ludzkiego wzniosło się ponad100 kilometrów w przestrzeń powietrzną”.

Noc, która zmieniła losy świata 

Ten budynek musiała wiosną 1943 roku oglądać Constance Babington Smith, pracowniczka Photographic Inteligence – specjalnej komórki strategicznego wywiadu lotniczego Wielkiej Brytanii. Jeśli na dostarczonych jej zdjęciach lotniczych dostrzegła mikroskopijny zarys czegoś, co okazało się bombą latającą V-1 o długości prawie ośmiu metrów, to tym bardziej jej uwadze nie mógł umknąć ogromny budynek elektrowni, wzniesionej tu w latach 1939-1942 i stojący do dzisiaj.

Zanim wykonano zdjęcia, które analizowała panna Smith, wywiad polskiej Armii Krajowej rozszyfrował to jedno z najtajniejszych i najlepiej strzeżonych miejsc w III Rzeszy. Jeśli pominiemy fikcję literacko-filmową serialu telewizyjnego „Pogranicze w ogniu” Andrzeja Konica, pierwszym, który poznał część tej tajemnicy, był oficer wywiadu AK Bernard Kaczmarek, dysponujący autentycznymi dokumentami niemieckimi uprawniającymi do podróżowania po całym terytorium Rzeszy. W 1942 roku w Swinemünde (Świnoujściu) spotkał się z innym Polakiem – inż. Janem Szrederem. Od tego współpracownika wywiadu dowiedział się, że całą północno-zachodnią część wyspy Usedom Niemcy uznali za strefę kontrolowaną.

Za Zinnowitz drogę zamykały zasieki z drutu kolczastego oraz liczne posterunki esesmanów, często z psami. „Nawiązałem z nim (czyli inż. Szrederem – przyp. L.A.) łączność i otrzymałem pierwsze rewelacyjne informacje, że na wyspie Usedom produkuje się karłowate samoloty o wadze około jednej tony bez obsługi ludzkiej. Te informacje oraz to, że produkuje się tam również inną tajną broń, zebrałem i wróciłem do Bydgoszczy” – mówił Kaczmarek podczas realizacji w 1968 roku filmu dokumentalnego Krzysztofa Szmagiera „Operacja V-2”. Kaczmarek dowiedział się również od kolejarzy niemieckich pracujących w Swinemünde, że liczne transporty z żywnością, różnymi materiałami i maszynami jadą do miejscowości o nazwie Peenemünde…

Roman Träger

Ale naprawdę rewelacyjne informacje wywiad AK uzyskał w Bydgoszczy od młodego podoficera niemieckiego, Austriaka z pochodzenia i antyfaszystę z przekonań, przed wojną mieszkającego w Bydgoszczy i znakomicie mówiącego po polsku. Roman Träger – bo o nim to mowa – nawiązał zresztą ścisłą współpracę z wywiadem AK. Służąc przez pewien czas jako radiotelegrafista w bazie lotniczej na wyspie Usedom, dostarczył bezcennych wprost informacji o tajnym ośrodku, a nawet plany i szkice. Nie znał on, oczywiście, całej prawdy o Peenemünde, ale to, co już wiedział lub – na prośbę wywiadu – dyskretnie jeszcze zebrał, wystarczyło, by najpierw w postaci meldunku radiowego, a później bardziej szczegółowego mikrofilmu wysłać do Londynu.

O Peenemünde Brytyjczycy mieli już mgliste informacje z innych źródeł i natychmiast zrozumieli, że produkowana tam broń rakietowa stanowi dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo. Gdy potwierdzono meldunki z okupowanej Polski za pomocą setek zdjęć lotniczych wykonanych nad wyspą Usedom, decyzja gabinetu wojennego Winstona Churchilla mogła być tylko jedna. Zniszczyć! Bombowce Królewskich Sił Powietrznych wykonały wyrok w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 roku, zrzucając na zabudowania ośrodka rakietowego w Peenemünde, osiedla naukowców, inżynierów i techników niemieckich w pobliskiej miejscowości Karlshagen oraz – niestety – na obozy: koncentracyjny i cudzoziemskich robotników przymusowych tysiące bomb. Wyraźne ślady po miejscach eksplozji bomb w podpeenemündzkich lasach były jeszcze widoczne w maju 1997 roku.

Wśród prawie 800 zabitych było około trzystu więźniów i robotników przymusowych, w tym wielu Polaków, a także prawie dwustu naukowców i inżynierów. Na liście ofiar bombardowania nie było wprawdzie Wernhera von Brauna i Waltera Dornbergera, ale znalazły się, m.in. nazwiska dwóch bliskich współpracowników Brauna – prof. Helmuta Walthera i dr. Waltera Thiela. Po tym nalocie zapadła decyzja o przeniesieniu produkcji rakiet do zakładów podziemnych. W sierpniu 1943 roku więźniowie obozu koncentracyjnego zaczęli budowę podziemnej fabryki w Kohnstein koło Nordhausen. Produkcja zaczęła się w listopadzie 1943 roku.

Pracę wykonywało 40 tys. więźniów z obozu koncentracyjnego Dora. Nieludzkie warunki pracy, choroby, głód i brutalne metody traktowania więźniów przez strażników SS, spowodowały śmierć przeszło 20 tys. osób.

Sierpniowe bombardowanie Peenemünde przez wielu historyków zaliczane jest za jedno z najważniejszych wydarzeń II wojny światowej. Nie zatrzymało ono wprawdzie badań nad bronią rakietową, ale o kilka miesięcy opóźniło produkcję tego rodzaju hitlerowskiej Wunderwaffe. I chociaż testy z rakietami V-2 przeniesiono do okupowanej Polski, początkowo na Rzeszowszczyznę w okolice wioski Blizna, a po wkroczeniu tam Armii Czerwonej – w Bory Tucholskie w okolice Wierzchucina, to jednak wyspa Usedom nadal służyła twórcom broni rakietowej. Pracowano tu pod ciągłą groźbą nalotów bombowych, zresztą co jakiś czas ponawianych przez aliantów.

Ostatnim sukcesem kosmiczno-militarnym hitlerowskich Niemiec było wystrzelenie z Peenemünde zmodyfikowanej rakiety V-2, oficjalnie nazwanej Aggregat 4b. Nastąpiło to 24 stycznia 1945 roku. Pierwsza próba z tym typem rakiety, przeprowadzona miesiąc wcześniej z poligonu w Borach Tucholskich, była nieudana. Aggregat 4b różnił się od typowej rakiety V-2 skrzydłami, przymocowanymi do kadłuba. Wszystkie pozostałe parametry były identyczne z wyjątkiem wagi (o ciężar skrzydeł) i przede wszystkim zasięgu. Rakieta V-2 mogła dolecieć na maksymalną odległość 330 kilometrów, gdy jej zmodyfikowana wersja na odległość aż 750 kilometrów.

Polowanie na niemieckie rakiety

W końcu stycznia 1945 roku w saloniku hotelu „Inselhof” w leżącej niedaleko Peenemünde miejscowości Zinnowitz odbyła się tajna narada, zwołana przez 33-letniego wówczas prof. von Brauna. Uczestniczyli w niej jego najbardziej zaufani współpracownicy. Braun nie musiał długo przedstawiać obecnym sytuacji militarno-politycznej. Wszyscy wiedzieli, że Rosjanie, którzy rozpoczęli zajmowanie południowo-wschodnich powiatów prowincji pomorskiej, wkrótce dotrą na wyspę Usedom. Zastanawiali się, co zatem robić? Czekać na przyjście Rosjan, czy wyjechać stąd i oddać się w ręce aliantów? Wspominając o naradzie w Zinnowitz, Denis Piszkiewicz w książce „Przez zbrodnie do gwiazd” napisał:„Von Braun zarządził głosowanie. Decyzja zapadła jednogłośnie. Poddadzą się Amerykanom i im przekażą swoją wiedzę o rakietach”.

Łatwo było tak postanowić, trudniej wykonać. Wszak obecni na naradzie widzieli w Peenemünde wiszące na drzewach zwłoki kolegów-inżynierów, którzy odważyli się głośno mówić o opuszczeniu ośrodka. Do ciał przypięto kartki z napisem: „Byłem tchórzem, który bał się bronić ojczyzny”.

Braun, twórca rakiet V-2, wbrew poleceniom pomorskiego gauleitera NSDAP Franza Schwede-Coburga, który nakazał naukowcom z Peenemünde bronić ośrodka przed Armią Czerwoną, utworzył fikcyjny zespół Vorhaben Zur Besonderen Verwendung (Projekt Specjalnego Przeznaczenia). Z nagłówkiem VZBV wystawiono przepustki i dokumenty przewozowe. Literami VZBV „ozdobiono” tysiące skrzyń z dokumentami, setki wagonów kolejowych i samochodów ciężarowych. Podstęp się udał. Na przełomie lutego i marca 1945 roku Braun wyprowadził z Peenemünde kilka tysięcy ludzi i tony dokumentów, rozpoczynając trwającą dwa miesiące drogę do Amerykanów, którym podda się na początku maja. Po wyjeździe ostatniej ekipy niemieckich inżynierów i techników, do ośrodka w Peenemünde wkroczyli saperzy, którzy podłożyli ładunki wybuchowe pod najważniejsze obiekty. Wkrótce wysadzono je w powietrze.

Armia Czerwona zajęła Peenemünde 5 maja 1945 roku. Major Anatol Wawiłow wspominał później, że kolebka epoki kosmicznej była w trzech czwartych ruiną. I dodał, że rozkazano mu zniszczyć to, co zostało. Ale nie zaraz. Wszak Rosjanie przynajmniej od początku 1944 roku interesowali się ekipą Wernhera von Brauna i jej osiągnięciami. Wiele elementów rakiet V-2 znaleźli późnym latem 1944 roku na byłym poligonie niemieckim koło wsi Blizna na Rzeszowszczyźnie, a zimą roku następnego resztek rakiet poszukiwano w Borach Tucholskich. Znalezione przez Rosjan części rakiet poddano badaniom w Instytucie Naukowo-Doświadczalnym numer 1, próbując na tej podstawie odtworzyć konstrukcję tej tajemniczej broni.

Na polecenie Józefa Stalina wiosną 1945 roku utworzono komisję państwową, która miała zapoznać się z osiągnięciami niemieckiej techniki rakietowej. W maju jej członkowie pojawili się w Berlinie, skąd specjalnym pociągiem pojechali do Peenemünde i rozpoczęli gigantyczne polowanie, przetrząsając całą wyspę od Swinemünde przez Zinnowitz i Karlshagen po Peenemünde na północy i miejscowość Usedom na południowym zachodzie. W tych okolicach udało się zebrać części dziesięciu rakiet V-2. Zdemontowano też resztki urządzeń produkcyjnych i instalacji służących do przeprowadzania prób z bronią rakietową. Przesłuchano setki świadków, w tym pracujących w ośrodku rakietowym więźniów i robotników przymusowych.

W ręce Amerykanów dostał się „pierwszy garnitur” konstruktorów niemieckich rakiet z Wernherem von Braunem na czele i praktycznie cała dokumentacja techniczna. Rosjanie musieli zadowolić się – oprócz Peenemünde – podziemną fabryką broni rakietowej koło Nordhausen (wcześniej jednak ogołoconą przez Amerykanów, którzy pierwsi zajęli Turyngię) oraz „drugim garniturem” współpracowników von Brauna na czele z inż. Helmutem Gröttrupem. I oni nie okazali się wcale gorsi od swego dawnego szefa z Peenemünde. Rychło skonstruowali udoskonaloną kopię V-2, która pod oznaczeniami R-1 i R-2 na początku lat 50. weszła na uzbrojenie Armii Radzieckiej.

Profesorowi von Braunowi szczęście sprzyjało przez całe życie. I umarł też w samą porę, uhonorowany najwyższymi odznaczeniami USA za wysłanie ludzi na Księżyc. Tym z jego najbliższych współpracowników, którzy przeżyli swego mistrza, szczęścia zabrakło. Środowiska żydowskie zaprotestowały przeciwko dalszemu honorowaniu ludzi z krwią na rękach. Ich zasługi w podboju kosmosu poszły w zapomnienie. Przypomniano zaś sobie to, co działo się w obozach urządzonych na wydmach wyspy Usedom i w podziemnej fabryce koło Nordhausen. Nie tylko żydowscy historycy nie ukrywali, że po wojnie na szubienicy powinno zawisnąć całe kierownictwo ośrodka w Peenemünde, na czele z von Braunem i jego zastępcą Arthurem Rudolphem – głównym inżynierem podziemnych zakładów „Mittelwerk” w czasach Hitlera i głównym twórcą olbrzymiej rakiety nośnej Saturn 5 w czasach amerykańskich prezydentów Johnsona i Nixona.

Gdy po publikacji w 1983 roku książki Jeana Michela „DORA. Piekło wszystkich obozów koncentracyjnych”, której jednym z negatywnych bohaterów był żyjący jeszcze Rudolph, Departament Sprawiedliwości USA wszczął postępowanie wyjaśniające. Obrażony konstruktor zrzekł się obywatelstwa amerykańskiego, zwrócił Medal Kongresu USA i wyjechał do RFN, gdzie zmarł w połowie lat 90. W 1989 roku, gdy w USA organizowano wielkie obchody 20. rocznicy pierwszego lądowania ludzi na Księżycu, do Stanów Zjednoczonych Arthura Rudolpha nie wpuszczono. W tym samym roku, w dogorywającej Niemieckiej Republice Demokratycznej, wygaszono ostatni kocioł elektrowni zbudowanej na potrzeby zakładów produkujących broń rakietową w Peenemünde. A obok elektrowni aż do zjednoczenia Niemiec funkcjonowała silnie strzeżona baza lotnicza i morska Narodowej Armii Ludowej NRD.

Leszek Adamczewski

Adaptacja MRF

I na zakończenie… wywiad z von Braunem, cynikiem, postacią, której wyjątkowo nie cierpię [Przyp.MRF]

admin

Next Post

Niezwykłe zjawisko na tucholskim niebie

pon Paź 29 , 2012
Pełnia księżyca i temperatury ujemne, to od wczoraj norma, która sprawdza się tego wieczoru już drugi raz. Rano termometry w mieście zanotowały od -2,5 do -8 stopni Celsjusza, jednak wczoraj, późnym popołudniem zdarzyło się na tucholskim niebie coś wyjątkowo ciekawego.

SPOŁECZNOŚCI

Lokalnie

Globalnie

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook