Pacjent niechcianym dodatkiem? Poszedł TOKiS do szpitala (tucholskiego)

W tucholskim szpitalu dzieje się coś złego, ta opinia wśród pacjentów zatacza coraz szersze kręgi. Prezes spółki / szef placówki przekonuje na sesjach Rady Miejskiej i Powiatu, że lecznica działa świetnie i kroczy od sukcesu do sukcesu. Kto mówi prawdę, a kto fantazjuje? TOKiS odwiedził SZPITAL TUCHOLSKI , towarzysząc młodemu pacjentowi.

Nie posłużyliśmy się dziennikarską prowokacją, bo to nie przystoi, byliśmy biernymi (do pewnego stopnia) obserwatorami wydarzeń.

Pacjent uskarża się na ból w okolicy brzucha, ściślej w miejscu, gdzie bywa zwykle słynny „wyrostek robaczkowy”. Wcześniej pacjent wykonuje badania w jednym z uznanych tucholskich laboratoriów. Lekarz rodzinny wnikliwie analizuje wyniki. Pozornie wszystko jest w porządku, jednak lekarz decyduje o tym, że wypisane zostanie skierowanie do tucholskiego szpitala. Pacjent ze stosownym dokumentem posłusznie udaje się do szpitala.

11703347_115971425409206_8323473193317915639_n

Do kogo z tym „papierkiem”?

W przeszłości podobny dokument uprawniał do natychmiastowego przyjęcia na stosowny oddział, dzisiaj jest inaczej. Do kogo udać się z tym skierowaniem? We wczesnych godzinach wieczornych w tucholskim szpitalu stosownej informacji można szukać z przysłowiową świeczką. Wszystko jest pozamykane, personelu brak, a okoliczne korytarze świecą pustkami. Inaczej jest przed gabinetami lekarskimi. Trzeba zaczekać, a podczas oczekiwania, pacjenci opowiadają sobie historyjki z życia i wymieniają doświadczenia ze spotkań szpitalnych z lekarzami świadczącymi usługi nocą i w weekendy.

Nie wygląda to dobrze, najbardziej szokują wspomnienia pewnej pani, która przekonuje znajomą, siedzącą tuż obok, że podczas jednego z dyżurów pół godziny trwało, zanim zaspany lekarz raczył otworzyć drzwi gabinetu, przyjąć właśnie ją i  wypisać receptę z użyciem smartfonu.

Wykonał „telefon do przyjaciela?”.

Gabinet lekarski, jak się okazuje nie służy tylko po to, aby pomóc choremu, służy również o tej porze, jako punkt informacyjny, a w nim nasz chory dowiaduje się, że musi udać się do Izby Przyjęć – ” tam, po prawej” – słyszy podpowiedź. Informujący ma wyraźny problem z rozpoznaniem, gdzie znajduje się lewica lub prawica,  pozostawiając skojarzenia polityczne daleko za sobą. Wspomniana Izba znajduje się po lewej…

Izba jak z najgorszego koszmaru?

Od fali upałów minęły ledwie dwa dni, a szpitalne mury zdają się przypominać ścianki akumulacyjnego pieca. Ufff, gorąco, jak w piekle!

Izba Przyjęć w tucholskim szpitalu jest typowa, do drzwi przykręcono włącznik dzwonka, na dźwięk którego reaguje personel. Chory przyciska go. W drzwiach ukazuje się pielęgniarka, jej twarz mówi wszystko – jest delikatnie mówiąc „wykończona”. Prosi o chwilę cierpliwości, bo w środku znajduje się pacjent potrzebujący pilnej pomocy.

Nasz chory coraz bardziej odczuwa ból w okolicach brzucha. Nie ma wyjścia, musi zaczekać. Rozglądamy się po mikroskopijnym korytarzyku. Stoją tam bodaj trzy, czy cztery plastikowe krzesełka, podobne chyba można tylko podziwiać w sowieckim gułagu w oczekiwaniu na przesłuchanie. Temperatura otoczenia jest bliska wrzeniu, o klimatyzacji można tylko pomarzyć. Na jednym z połączonych ze sobą krzeseł siedzi miła pani, informuje nas, że czeka już ponad półtora godziny! Nie pozostawia złudzeń – „to zwykle tyle trwa, nie jestem tutaj pierwszy raz” – mówi.

Automatycznie otwierane i zamykane drzwi wejściowe do budynku, które znajdują się w świetle „poczekalni” do izby dają chwilę wytchnienia, przez sekundę lub dwie, wpada przez nie świeże powietrze. Ulga nie trwa długo, a ból brzucha u chorego wyraźnie narasta.

Zmieniają się pacjenci, wreszcie nadchodzi ta właściwa chwila, młody człowiek,  któremu towarzyszymy wchodzi do wnętrza Izby Przyjęć.

Mijają kolejne minuty.

Stażysta ćwiczy na „żywym organizmie”?

Izba Przyjęć ma osobne wejście dla personelu, od poczekalni i „pospólstwa” oddzielają ją przeszklone drzwi z zamkiem elektronicznym. Nikt postronny tam nie wejdzie, nawet w poszukiwaniu klucza do toalety, która pomimo tego że dla pacjentów jest… zamknięta!

Niespodziewanie drzwi do izby uchylają się, przez szczelinę widzimy „naszego” pacjenta leżącego na kozetce, nad którym pochyla się brodaty, kudłaty młodzieniec w białym kitlu. Jak dowiadujemy się później , to student II roku medycyny, który zapytał, czy może poćwiczyć badanie wyrostka!

Niezbyt wprawnie, ale ćwiczy za zgodą pacjenta, któremu chyba jest już wszystko jedno. Drzwi ponownie zamknięto.

Jego wysokość Pan Lekarz?

Po chwili mętna sylwetka studenta majaczy przez przeszklone drzwi do zamkniętej części szpitala, młody człowiek wyszedł. Jego miejsce zajął „zawodowiec”, który zdaje się ma jakiś problem. Pomimo świeżych, jednodniowych badań laboratoryjnych zarządza ich powtórzenie, a w międzyczasie ordynuje podanie kroplówki ze środkami przeciwbólowymi. Leczenie objawów jest dobre, bo… tańsze?

Lekarz niemowa, czy niemota?

Mija kolejne półtora godziny, lek podany, siniak spory, ból ciągle się utrzymuje, jak informuje nas drogą SMS-ową nasz pacjent. Lekarza nie ma, może zapomniał o swoim pacjencie?

Przyszedł, popatrzył, stwierdził że z pewnością zapalenie wyrostka to nie jest, a tak właściwie to On nie wie, co to jest, poszedł i tyle go widzieli. Nawet pielęgniarki zdają się być zdziwione.

Pacjent opuścił szpital około 23:00 głodny i wściekły, ból brzucha utrzymuje się do dzisiaj, czeka na kolejne badanie, tym razem to USG. W kolejnym skierowaniu od lekarza rodzinnego ma wpis „Pilne”, będzie czekał jeszcze dwa tygodnie, przy odrobinie szczęścia może go… doczeka?

__________________

(red.)

(mrf.)

admin

Next Post

Mieszkańcy silnie "aromatyzowanego" Osiedla Leśnego w Tucholi mają tego dość!

wt Lip 14 , 2015
To już nie pierwszy raz do tematu powraca Andrzej Pruszak – radny powiatowy w swoich licznych interpelacjach. Niektórzy twierdzą wręcz, że to temat dyżurny lub nawet „zastępczy” od czasu do czasu rzucany na żer lokalnym mediom.

SPOŁECZNOŚCI

Lokalnie

Globalnie

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook