21 października 2020

Pięćdziesiąt lat przy sztalugach

2 min read

Urodził się w Sompolnie w pow. konińskim. W 1956 ukonczył Liceum Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Studia malarskie odbył w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie pod kierunkiem Hanny Rudzkiej – Cybisowej. Grafikę w metalu studiował w pracowni prof. Mieczysława Wejmana, malarstwo architektoniczne pod kierunkiem Wacława Taranczewskiego. Dyplom z malarstwa uzyskał w 1962 roku. Po studiach przeprowadził się do Tucholi, a w latach osiemdziesiątych był moim profesorem plastyki – Pan Profesor Zenon Korytowski.

Pamiętam, na jednych z wielu zajęć mieliśmy do wykonania ściśle określoną pracę. O ile pamiętam, technika była dowolna, jednak najważniejszy był model, koszmar wszystkich – sylwetka dziewczyny. Zadanie było karkołomne, to jakby przy pomocy łyżki wymieszać tonę pisaku z cementem, jednak udało się, choć nie wszystkim. Do jednego z kolegów podszedł Nasz Profesor, pochylił się nad kartką papieru i pyta…, „to są ręce? To nie są ręce, to są pasztetówki” – nikt się nie śmiał, mieliśmy wiele szacunku dla artysty, który do chwili obecnej stworzył ponad… pół tysiąca dzieł! Na innych zajęciach, profesor wyprowadził nas na „zieloną trawkę”, poszliśmy w plener, tym razem zadanie wydawało się odrobinę łatwiejsze, połączenie przyrody z detalami architektonicznymi, stojących opodal budynków. To były przepiękne prace, poznaliśmy tajniki perspektywy.

 

Wariackie lata z prawdziwymi profesorami, mieliśmy szczęście. Pierwsza wystawa prac malarskich? Profesor Korytowski nauczył nas nie patrzeć, a widzieć. Każdy obraz, to swoiste przesłanie autora, każdy detal, każdy fragment ma znaczenie. To jakby czytać powieść, która składa się z dziesiątków rozdziałów. Całością „fabuły” jest kompozycja, a ta po dłuższej chwili staje się jasną, wręcz namacalną.

Profesor uczył młodzież śmiałości w posługiwaniu się niczym niepohamowana kreską, niedopuszczalnym było użycie czegoś, co dawniej określano „myszką”. Pamiętam, to właśnie wtedy polubiłem Kubusia – grubaśny, automatyczny ołówek z niezwykle miękkim grafitem. Był idealnym narzędziem do szkicowania, później wycierania palcem śladów grafitu, tworząc cienie. Mam go do dzisiaj.

Piątkowy wieczór zgromadził w Tucholskim Ośrodku Kultury sporą gromadę przyjaciół profesora, uczniów, miłośników sztuki, dziennikarzy. Wyeksponowane prace porażały swoją wyrazistością przekazu. Styl profesora Korytowskiego zmienił się na przestrzeni lat, z obecnych prac emanuje spokój, harmonia, niezwykła głębia. To prace na światowym poziomie, godne są nie jakichś tam korytarzy w szynku, czy zaparowanej kafejce, w której podawana jest czekolada, a miejsca w najlepszych galeriach.

Te obrazy są bezcenne, a ja cieszę się, że po trzydziestu latach uścisnąć mogłem dłoń nie wybitnego malarza, a swojego dawnego nauczyciela plastyki. Przekazana przez Niego wiedza, przydaje się do dzisiaj.

Mariusz R.Fryckowski

 

Galeria fotografii – KLIK

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook