31 października 2020

Pięćdziesiątka Pana B.

5 min read

Zastanawiam się właśnie nad tym, jak określić wczorajszy występ w hali „Łuczniczki” w Bydgoszczy, w którym wzięliśmy (oczywiście, jako widzowie) udział. Przychodzi mi do głowy tylko jedno – KONCERT.

I rzeczywiście, bo bez wątpienia koncertowym było spotkanie ze znanymi głównie ze srebrnego ekranu artystami. I tak właściwie w tej kwestii możemy pozazdrościć Warszawie, że takie tuzy ma wśród swoich. Piotr Bałtroczyk, prowadząca spotkanie Katarzyna Jamróz ( jak zawsze urocza, na samym wstępie, pięknie „wyśpiewała” nam hit z Kabaretu Starszych Panów – „Wesołe jest życie staruszka”), Jurek ( do takiej poufałości uprawnia mnie bycie „w pobliżu”…aktora, satyryka, człowieka – orkiestry, od dziesiątków lat) Kryszak, Alosza Awdiejew wraz z gitarzystami, Zbigniew Wodecki (właściciel najbardziej bujnej „grzywy” na świecie oraz głosu, skrzypiec i trąbki), kabaret…, no właśnie, wyleciała mi z pamięci nazwa, ( ale kiedy przejrzę zapis filmowy, z pewnością uzupełnię to miejsce – przepraszam), Neo-Nówka, przez którą nasz kamerzysta, zdaje się…, musiał zmienić majtki. Zabrakło Grzegorza Turnaua, Andrzeja Sikorowskiego. Mieli być, ale co tam, pewnie był to jakiś chwyt „marketindody”, rodem z… „Ani Mru – Mru”.

 

Katarzyna Jamróz, Piotr Bałtroczyk i Jerzy Kryszak

Jurek Kryszak

Alosza Awdiejew

Trzy godziny śmiechu, efekt? Poruszone zdjęcia, kamera w ciągłych drganiach. Kamerzysta opuścił występ Neo – Nówki, bo miał problemy natury śmiecho – fizycznej i w sumie dobrze się stało, że siedziska w hali są z plastiku, bo łatwo je posprzątać, chociaż to, czego używaliśmy do siedzenia, chwilę później zawiodło, przypominając o jednym, wielkim bólu, (chociaż obecnie nam panujący p. Prezydent użyłby zapewne… „bulu”) i budziło to obawy o „urządzenia”, bez których ludzka fizjologia i jej jestestwo, nie ma większego sensu. I wiecie, co? Ciągle boli…

 Zdjęcie

Za czasów komuny o tym zielonym świństwie mówiono: „siedziska gładkie, płaskie”, poważnie!

Mieliśmy miejsca blisko sceny i cieszyliśmy się, że nie w loży, bo tam organizator umieścił bardziej wymyślne narzędzia tortur – tzw. „elektryczne krzesełka”, które mało, że wyprodukowane w Chinach, to jeszcze się składały… bez udziału i woli widza.

Piotr B. ma pasję, o której często wspominał – alkohol i w pełni podzielamy Jego zdanie, że Single Malt (gat. Whisky) jest wielce zacnym napitkiem rozweselającym. Oczywiście, trochę dziwi fakt, że bohater mieszka, na co dzień we wsi pod Opolem, uprawiając rolę (jakieś…140 hektarów zboża, jeżeli się mylę, to… panie Piotrze, proszę o sprostowanie), _ale jeszcze bardziej zastanawia, gdzie zaopatruje się w ten trunek…, zapewne w miejscowych Geesach, wysyłając po alkohol czarnoskórego… Stefana (Stivena), którego zatrudnia nomen omen…”na czarno”.

 

Hala wypełniła się widzami do połowy, górne sektory świecą pustkami, co wcale nie dziwi, „drabiniaste” schody z naszego poziomu, wyglądają jak droga na Mont Blanc. Okoliczne budki z pop – cornem i czekoladą, dzielnie znoszą tabuny głodomorów. My powstrzymujemy się z trudem, wszak w czasie takiego występu nie godzi się chrupać, mlaskać, a nawet ciamkać, jak tych dwóch łobuzów w rzędzie pod nami. Odnotowujemy piętnastominutowe opóźnienie, zniecierpliwiona widownia dwukrotnie oznajmia aktorom, że już czas trochę popracować. No i… mamy cud!

 

Widowisko rozpoczyna się i pomimo przenikliwego zimna, powoli, jak wiekowy diesel, rozgrzewamy się, bijąc brawa, rozgrzanymi do czerwoności dłońmi, zdecydowanie, krew zaczyna krążyć, docierając nawet do opuszków palców u rąk.

 

Jest

Bywało

Przez spektakl przewija się sporo wspomnień i fotografii z dzieciństwa, młodości i współczesności głównego bohatera. Nasze, (co zrozumiale) współczucie budzą kadry, zwłaszcza z młodości Piotra B. bujna czupryna, zawadiackie spojrzenie, odnosząc to do współczesności…, niewiele się zmieniło z wyjątkiem daty. Jest dobrze, by po chwili zrobiło się jeszcze lepiej.

 

Kryszak w sobie tylko zarezerwowany sposób, niedwuznacznie daje nam do zrozumienia, że B. już jest pod wpływem Single Malt, często zaglądając na skraj sceny, czy tak wyreżyserował to Krzysztof Jaślar? Dokładnie nie wiadomo, ale pewnym jest, że wszyscy aktorzy doskonale improwizują, odnosząc przygotowane gesty i teksty do bydgosko – toruńsko – włocławskiej rzeczywistości, za co otrzymują gromkie brawa.

 

Kryszak, wcielając się w różne role, pięknie parodiuje  znane nam z TV tuzy – specjalistów od wszystkiego, dlatego sporo jest o dzieciach, trudach ich wychowania i „perspektywach” na najbliższe lata. Dostało się nawet tym talibom, którzy nie ze swojej woli zamieszkali w USA, a na pokaz zachwycają się Starym Krajem (Polską), nigdy w nim nie będąc.

Jeżeli zawierzymy starym porzekadłom, to zapewne tego wieczoru, przy kolacji mocno odbijało się Lechowi Wałęsie, którego Kryszak nie oszczędził, podobnie jak i Jego żony. „Danka” od zawsze była bohaterką opowieści satyryka, za co ponownie zebrał wielkie brawa.

 

Kilka zdań umknęło, wszystko przez Dorotkę, która tuz obok, przeraźliwie zarechotała, co utrwaliło się na „twardym dysku” kamery. Niestety, powtórzyło się to w chwili, gdy Wodecki opowiadał dowcip o dwóch znanych, amerykańskich aktorach i o sobie. Nie jest tak źle p. Zbigniewie, bywało gorzej…

 

W pewnej chwili stwierdził, że aby równać się z najlepszymi, potrzeba wyjątkowego towarzystwa, w głąb hali popłynęły nuty i słowa – „Zacznij od Bacha”. Przy czardaszu, wszelkie maski pospadały, gdy z tylko sobie znaną wirtuozerią Wodecki wykonał słynną solówkę. Atmosfera zwyczajnie się ociepliła i to dosłownie! Nie ma wątpliwości, Wodecki podpisał pakt z diabłem. On kompletnie się nie zmienił, a gra na skrzypcach i trąbce z taką pasją, jakby dłoń prowadził mu sam… Lucyfer. Czego zabrakło? Oczywiście piosenki o pewnej pszczółce i tego darować mu nie można.

 

Za to mistrzostwo świata osiągnął kabaret Neo – Nówka, który brawurowo odegrał sceny ze swoich najnowszych skeczy, modyfikując je i przenosząc na bydgoski grunt. Kabareciarze wytrącili broń nawet z rąk kibiców Zawiszy, za co także otrzymali wielkie brawa. Co jednak zastanawia…, nie było owacji „na stojąco”. Dlaczego? Bydgoska publiczność zdecydowanie była chyba „wczorajsza”, bo największe emocje okazała w chwili opuszczania parkingu „Łuczniczki”. To bez wątpienia zasługa Bałtroczyka, który wielokrotnie ostrzegał przed tym, że ta czynność łatwą nie będzie.

Prorok? Staliśmy w korku prawie godzinę, zanim funkcjonariusze policji zdecydowali się pomóc. Liczyli na łapówy, czy co?

Minęła trzecia godzina treningu naszych przepon, mięśni twarzy i wytrzymałości pęcherzy i paliczków w dłoniach. Wszyscy występujący zasłużyli na wielkie brawa, choć wpływy do ich kasy będą… przeciętne, czyja to wina? Według bydgoszczan…, jak zawsze tych z Torunia, ale to już „inna bajka”, jak zwykł mawiać mój przyjaciel – literat.

 

Mariusz R.Fryckowski

_______________________

Pełna galeria zdjęć: https://www.facebook.com/witryna.press

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook