pon. Sie 26th, 2019

Telewizyjno – Filmowa Agencja Promocyjna

PK – i jej strefa (nie) normalności

6 min read

Pech, stara Skoda znowu się zepsuła, cieszę się, że nie jest moją własnością. Ma do tego prawo, zwłaszcza wtedy, gdy zasilana jest gazem. Usterka wydaje się być banalną, strefą uszkodzenia objęte są wtryskiwacze – cztery magiczne pudełeczka w widocznej, jak na dłoni części silnika. Czy warto majstrować przy silniku zasilanym takim paliwem? Nie warto, ryzyko jest zbyt duże. Co w takim razie zrobić? Należy odszukać fachowca.

Najlepszym źródłem informacji o zakładach specjalizujących się w instalacjach gazowych w Tucholi jest poczta pantoflowa z sąsiedztwa, lub…Internet!

O ile się nie mylę, mamy już XXI wiek, czterdzieści lat temu snuliśmy fantazje o tym, że wzorem Jetsonów, nasze auta będą latać. Niestety, ciągle jeżdżą, albo i nie, wybieramy Internet.

 

Popularna przeglądarka internetowa wyświetliła pole tekstowe, wpisujemy hasło: „instalacje gazowe Tuchola”. Mija sekunda, wyświetlają się nazwy dwóch firm, pierwsza jest prywatną, druga to:

 

Przedsiębiorstwo Komunalne sp. z o.o.

89-500 Tuchola woj. kujawsko-pomorskie
ul. Świecka 68
Tel: 523365739

 

Wspaniale!

 

Jest numer kontaktowy, ciach, wybieramy …

 

– Dzień dobry, czy zajmujecie się państwo naprawą instalacji gazowych w samochodach osobowych?

 

 – panie, tu zakład pogrzebowy

 

– a czy mogę prosić o właściwy numer telefonu? Pytam, nieustępując sytuacji.

 

– proszę

 

– skrzętnie notuję numer telefonu.

 

Minęło pierwsze dziesięć minut walki z krnąbrnymi mechanizmami  i „skomplikowanymi systemami informatycznymi” 20 letniej SKODY.

 

– Hallo? ( Męski głos w słuchawce daje pewność, ze trafiłem pod właściwy numer).

 

– powtarzam poprzednie pytanie

 

– tak, naprawiamy, proszę o imię i nazwisko ( być może pytanie także dotyczyło marki auta, nie pamiętam)

 

Umawiam się na wizytę w zakładzie, do spotkania pozostała chwila, jest dość wcześnie, jestem w trakcie picia porannej kawy. Była pyszna i… jedyna wypita w spokoju tego dnia.

 

Właściciel auta pojechał do zakładu na umówiona wizytę, ja, wiedziony jakimś wewnętrznym niepokojem i ciekawością, udałem się w ślad za nim, chwilę później.

Nasz redakcyjny wóz podjeżdża pod dyżurkę ochroniarza? Nie, raczej wartownika! Czekam przy opuszczonym szlabanie, może człowiek w dziwnym mundurze podejdzie do mnie i wpuści mnie na teren zakładu… zbrojeniowego?

 

Nic podobnego się nie wydarzyło, a ponieważ pamiętam czasy „poprawności anty-obywatelskiej”, zapobiegliwie wysiadłem z auta, podchodząc do okienka dyżurki „wartownika”. Ten łaskawie uchylił okienko i zapytał:, „do kogo?”. Karabinu jakoś nie dostrzegłem, uff.  Kiedy usłyszał odpowiedź, skinął w milczeniu głową i wypisał … przepustkę. Podał mi ją w milczeniu. Po chwili szlaban uniósł się ku górze, droga wolna.

 

No dobrze…, ale dokąd jechać? Pracujący w pobliżu robotnicy udzielają niedbałej odpowiedzi: „jedź pan tam i… powodzenia”. Odczułem jakiś wewnętrzny niepokój, czyżby…

 

Skoda stoi w czystym i… pustym (!) garażu, przód auta skierowany jest do wrót, maska uniesiona, w pobliżu stoi właściciel auta i mechanik – miły młody człowiek. Wyraźnie ma problemy z komunikacją sterownika auta z komputerem serwisowym, cóż to auto musi być z przyszłości.

 

Przywitaliśmy się, kilka drobnych uprzejmości i kluczowe pytanie: można coś z tym zrobić? Trzeba to uzgodnić z Panem Kierownikiem – pada odpowiedź.

 

Jak spod ziemi wyrasta „organ nadrzędny”, po srogiej minie sądząc, przełożony. Fachowcy zgodnie oświadczają, że naprawić auto oczywiście można, jednak nie od razu. Problemem jest oprogramowanie, które trzeba zaktualizować. Potrzeba czasu? Niestety, nikt go nie ma w dzisiejszych czasach. Pan Kierownik pozostaje niewzruszony, a Internet nieokiełznanym „obszarem”.

 

– to może zmienicie panowie filtr gazu?

 

– Możemy, ale nie wiadomo czy taki mamy „na magazynie”.

 

Co u licha może robić maleńki filtr, na dachu magazynu i to w dodatku, jak sądzę, wielkiego – przeszło mi przez myśl.

 

Paskudny nałóg, zdenerwowałem się,  ręka sama wyciągnęła papierosa z pudełka. Pan Kierownik gwałtownie obudził się z zadumy i „letargu”, jego mina nie wróżyła niczego dobrego, i rzeczywiście…

 

Od wjazdu na teren PK minęło około 30 minut.

 

TUTAJ NIE WOLNO PALIĆ! – krzyczy Pan Kierownik, to nic, że klient odszedł od pojazdu na słuszną odległość, jest tylko przeszkodą w drodze do nieopisanego sukcesu?

Przepraszam (mówię), gdzie jest miejsce dla kogoś takiego, jak ja?

 

Nie wolno palić! – Pan Kierownik pozostaje niewzruszony.

 

Jak to, przecież gdzieś u licha macie miejsce, gdzie można poddać się w sposób bezkarny ohydnemu nałogowi?

 

Na terenie PK się nie pali! Problem z samochodem przestał dla Pana Kierownika nagle istnieć.

 

Przedstawiam się.

 

Nie ustępuję, kolejny raz zadaję kłopotliwe pytanie, znając prawa ustawodawcy w tej materii.

 

– Może zapytam o tę sprawę dyrektora zakładu?

 

– panie, jest pan złośliwy, zajmij się pan dziurami w jezdni, po Tucholi jeździć nie można, same wyrwy – Pan Kierownik uskutecznia kolejny wywód.

 

Nie sądzi pan, ze to trochę zabawne? Przecież, to państwa firma zajmuje się tą sprawą. Kierownik wydaje się być lekko zbity z tropu, wreszcie poddaje się i mówi: „palarnia jest przed zakładem”.

 

Zaspokoiłem behawior, czyli dziennikarską ciekawość.

 

Skoda znowu zaczęła istnieć dla fachowców.

 

– To, co, wymieniamy ten filtr?

 

– Dobrze, a ile kosztuje ta część?

 

– Od 15 do 70 złotych.

 

Proszę wymienić.

 

Minęły kolejne cenne minuty.

 

Fachowiec pod okiem Pana Kierownika dokonuje wymiany.

 

Udało się!

 

Pozostają już tylko formalności. Wędrujemy do biura Pana Kierownika. Gabinet iście królewski, przestrzeni aż nadto. Czas wypełnić stertę papierów.

 

Pan Kierownik przy pomocy dwóch palców wypisuje fakturę.

 

– Zostawmy to, szkoda mojego czasu, faktura na takie głupstwo nie jest mi potrzebna – mówię.

 

– a jak pan zechce mnie opisać w gazecie?

 

 

Trwa mozolna praca Pana Kierownika nad dokumentem.

 

To może w czasie, kiedy wypisuje pan ten formularz, ja  uiszczę należność? Pytam. (Kątem oka wcześniej odnalazłem dostępny na drzwiach gabinetu wykaz cen filtrów. W moim przypadku, to 20 złotych). Pan Kierownik dostrzegł moje zainteresowanie cenami.  Podaję banknot o większym nominale, niestety Pan Kierownik nie jest władny wydać mi reszty. Polecił (hic!) „udać” się do kasy PK.

 

Wewnętrzny śmiech rozsadza mi klatkę piersiową.

 

Dawno minęła godzina mojej bytności w PK. Idę do kasy. Jest niewielka kolejka, cierpliwie czekam. Uff, wreszcie jestem przed okienkiem kasowym. Pytam o możliwość wymiany banknotu na mniejsze nominały. Niestety, nic z tego, pani kasjerka nie ma prawa wykonywać podobnych operacji. Proponuje, abym poszedł gdzieś indziej.

 

Minęła godzina i trzydzieści minut.

 

Rada była dobra, w pobliżu jest hurtownia chemiczna, przemiła obsługa wręczyła mi garść banknotów.

Szybkim krokiem ( przykuwam uwagę „wartownika”) wracam do gabinetu Pana Kierownika. Triumfuje! Wręczam mu pieniądze, otrzymując w zamian niepotrzebny dokument. Uprzedzając kolejną lawinę wypadków i utratę cennego czasu, podsuwam mu przepustkę do podpisu . Wydaje się być zaskoczony, może liczył to, że wrócę do niego kolejny raz? Nie ma to jak zmęczyć upartego petenta.

Przez nikogo niesprawdzony, wyjeżdżam z zakładu, z tuż przede mną niesprawna „skodzina”.

 

Cała skomplikowana operacja trwała prawie dwie godziny, bezpowrotnie stracone.

 

Od chwili, kiedy znalazłem się w rejonie dyżurki ochroniarskiej, miałem wrażenie, że wróciły czasy „czerwonej prawdy”, gdzie żaden obywatel nigdy nie znika bez powodu, była kontrola strategiczna, nikomu niepotrzebna, była dezinformacja w poszukiwaniu właściwego miejsca – „serwisu”, była biurokracja, złośliwości i agresja, która ustąpiła po chwili zdrowemu rozsądkowi dawnego, skompromitowanego systemu.

 

Czy nieopatrznie wsiadłem do wehikułu czasu, a ten przeniósł mnie w lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku? A może, PK stało się przechowalnią, która prowadzi do szczęśliwej emerytury nielicznych przedstawicieli dawnego, zasłużonego, dumnego establishmentu?

 

I Jeszcze jedno, strażnicy w tym zakładzie są niepotrzebni, pilnują wyłącznie szlabanu i…przepustek, reszta dla nich nie istnieje.

 

A co ze „skodziną”? Błyskawicznej naprawy dokonała konkurencja, usterka była banalna, dokładnie taka, jak przewidzieliśmy na samym początku. Auto nie jeździ, a rzeczywiście fruwa – jak u Jetsonów i to bez łaski tucholskiego PK.

 

Dalibóg, kapitalizm, to świetna rzecz. Socjalizm? Ten nie ma najmniejszych szans, ale ciągle jest obecny w tucholskim PK.

m.