25 października 2020

Przyjacielowi – przyjaciele

4 min read

Autoprezentacja

drzewo jestem przydrożne

samotne jedyne
przy rozległym trakcie
odarte z liści
nagie jak pustka
drzewo jestem mocne
potężnymi konarami
rozłożyste
przyjdzie dzień
ustroję gałęzi mrowie
zakwitnę zaowocuję
sobie na przekór
głupcom na śmiech
naiwnym na wiarę

Barbara Jendrzejewska

 

Kochał ludzi, kiedyś niósł im pomoc, później był zawsze blisko nich. Kochał swoje Bory, z wielkim przejęciem opowiadał o drzewach, zwierzętach, o tym, co spotykało go podczas wędrówek po lasach w chwilach, które „miał tylko dla siebie”. Można było Go słuchać godzinami, czas wtedy tracił znaczenie – Włodek.

Od zawsze chciałem z Nim przeprowadzić wywiad, nie było to łatwe. Jego napięty grafik wykluczał sytuacje nieprzewidziane. Jednak… udało się. Tamtego dnia zaprosił mnie do swojego domku pośród lasów. Z góry uprzedzał, że dotarcie do celu będzie trudne. Przemyśleliśmy pomysł wspólnie i postanowiliśmy, że nagranie powstanie w miejscu, które lubił najbardziej – w Bysławiu, osobliwie…, na plaży pięknego jeziora. Wybrałem właśnie tę ławkę, na brzegu, na której przysiadł nieśmiałe. Ustawiłem jak zwykle dwie kamery dostosowując je do panujących warunków oświetleniowych. Dzień był piękny, słoneczny, dmuchał lekki wiatr, który z upływem czasu nasilał się. W niczym to nie przeszkadzało, Włodek zaczął swoją opowieść. W pewnym momencie przerwał i zwrócił moją uwagę na piękne, nowe pomosty. Akurat stolarze kończyli montaż desek, cieszył się, brzeg jeziora zmienił się nie do poznania. Wszystko oglądał, próbował wzrokiem przeszyć toń wody, była czysta jak kryształ. Niespodziewanie ruszył w stronę amfiteatralnej sceny, którą kochał najbardziej. Czuł się na niej, jak ryba w wodzie. Wspominał wyjazdy z zespołem, który tworzył. Słynne „Frantówki”, opowiedział o nich, nie pomijając najmniejszego szczegółu. A kamery rejestrowały, rejestrowały, rejestrowały.

Wspominał lata młodości, opowiadał o rodzinnym domu, mamie, młodzieńczych figlach. Miał wręcz nieprawdopodobne poczucie humoru. Często okraszał żarty gwarą, w takich chwilach trudno było w bezruchu, utrzymać plan filmowy w wizjerze. Nie mam najmniejszych wątpliwości, kamera Go kochała. Udawała się każda scena, nie było żadnego dubla. To samo z aparatami fotograficznymi – każde zdjęcie było dobre, każde udane. Znał swoje ciało, potrafił ustawić je w taki sposób, że wszelkie sugestie byłyby grubą niestosownością. W najmniej spodziewanym momencie zawiodło go, precyzyjny instrument…, powoli odmawiał posłuszeństwa. Nie ukrywał stanu zdrowia, cieszył się każdą chwilą i… tęsknił.

W jednej chwili potrafił zmienić temat i kolejnym żartem rozbawić do łez. Dość przekornie nazwałem Go „człowiekiem – orkiestrą” i wcale nie miałem na myśli znanej, francuskiej komedii. On taki był, zawsze blisko ludzi, ich twórczości, choć sam także był artystą. Można wymieniać do nieskończoności funkcje, które pełnił, często jego salon zamieniał się w swoistą kancelarię, to właśnie w nim zapadały nie tylko kluczowe decyzje, co do organizacji, które współtworzył, to właśnie tam w wolnych chwilach pisał…, także piękne wiersze.

Kochał poezję i poetów, nie zapomnę wspaniałego konkursu, który odbył się w bysławskim Zespole Szkół. Wspaniała atmosfera, cudowna publiczność i… strofy interpretowane przez wspaniałą młodzież. Rejestrowanie konkursu było czystą przyjemnością.

Miał niezwykły dar przekonywania, robił to z sobie tylko znanym czarem, a temu poddawali się wszyscy. I to jego słynne „oko”, filuternie mrugające w stronę widza.

Bysław od lat słynie ze wspaniałych plenerów, które urządzane są nad Jeziorem Wielkim Bysławskim. Ileż osób poznałem dzięki temu miejscu…

Poeci, malarze, rzeźbiarze, ludzie sztuki, niby inni, bardziej wrażliwi, a tacy sami jak my. Środowisko wręcz kipiące pomysłami na nowe teksty, obrazy, rzeźby. Powstawały ot tak, z potrzeby serca, może duszy, w bezładnym drewnianym klocu artysta – rzeźbiarz dostrzega kształty, które potem „tylko wydobywa”. Jak się okazuje z doskonałym skutkiem. Jedna z tych rzeźb zdobi okolice domu Włodka. Może miała go strzec?

Nie udało się, Włodek odszedł od nas w niedzielę, wczesnym rankiem, wschodziło właśnie słońce. Tego wschodu…, już nigdy nie zobaczył.

Pożegnaliśmy się, powoli wyłączałem sprzęt, Jego oddalająca się sylwetka zniknęła w oddali… na zawsze.

 ***

Włodek Dębicki urodził się w 1953 roku w Klonowie kilka kilometrów od Bysławia. Był  magistrem pedagogiki, oficerem pożarnictwa.

Był społecznikiem, animatorem kultury, kultywował tradycje regionu. Do 2006 roku był komendantem Straży Pożarnej w Tucholi,  radnym Rady Gminy, prezesem Stowarzyszenia Kulturalnego „Cisowy Łuk” w Bysławiu, liderem zespołu „Frantówki Bysławskie” , był również autorem kilkudziesięciu piosenek, baśni, legend regionalnych i niezliczonej ilości wierszy. Była także autorem wyjątkowego hymnu dla mieszkańców Bysławia – “Pobudka Bysławska”, do której muzykę skomponował Piotr Grzywacz – znakomity, tucholski sygnalista.

Włodka pożegnamy w najbliższą środę o godzinie 13:00. Na zawsze pozostanie w naszej pamięci.

Mariusz R.Fryckowski (Tucholska Oficyna Kulturalna i Społeczna TOKiS – PRESS) wraz z przyjaciółmi.

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook