pon. Wrz 16th, 2019

Telewizyjno – Filmowa Agencja Promocyjna

Robert Leśniakiewicz przedstawia. Szaleństwa sierpniowej pogody

6 min read

To, co się wyrabiało w tegorocznym sierpniu można określić jednym słowem – szaleństwo. Dokładnie. Aktywność Atlantyku nagrzewanego słońcem powoduje powstawanie niżów, które zmierzają na wschód mieszając w pogodowym kotle nad Polską i Środkową Europą. Różnice temperatur i wilgotności powietrza powodują powstawanie niszczących zjawisk atmosferycznych, które wyładowują swą morderczą siłę na ludziach i ich dobytku.

Tak właśnie było w drugiej dekadzie sierpnia 2017 roku, kiedy to na Pomorze zwalił się huraganowy wiatr, który pozbawił energii elektrycznej ponad 170.000 gospodarstw, wykosił 44.000 ha lasów w Borach Tucholskich, straty oceniono na 8.000.000 m³ drewna – to największa klęska jaka dotknęła Lasy Państwowe, no i sześcioro ofiar w ludziach, w tym dwie harcerki z ZHR.

Mnie to przypominało dość dokładnie skutki śnieżnej nawałnicy w dniu 19.XI.2004 roku w Beskidach i Tatrach. Wtedy też lasy położyło tak, jak trawę pod ciosami kosy po obu stronach granicy. A jak to wyglądało, to przypominam na stronach: http://wszechocean.blogspot.com/2017/08/dujawica-nad-jordanowem-przypomnienie.html i http://wszechocean.blogspot.com/2017/08/czy-jeszcze-bedzie-tanap-wspomnienie.html.

W mediach podniósł się raban. A to harcerze nie posłuchali ostrzeżeń, a to władze zawiodły, a to, a tamto… I żadne z nich nie zająknęło się ani słowem o przyczynach tego stanu rzeczy. Nikt nie napisał, że masowa wycinka lasów daje właśnie takie, a nie inne skutki. To oczywiste – nikt tego nie napisze, by nie narazić się ministrowi Szyszce i jego rzeczywistemu protektorowi i rozkazodawcy z Torunia.

Jak do tego doszło? Front burzowy znad Czech i Dolnego Śląska przesunął się nad Wielkopolskę, Kujawy i Pomorze. Wiatr nabierał rozpędu i uderzył w Bory Tucholskie. Efekty jego działania były straszliwe – jeszcze gorsze, niż w przypadku Wielkiej Dujawicy z listopada 2004 roku. Nas chroniły zalesione góry, które rozpraszały i kanalizowały przepływ strumieni powietrza. Na polskich nizinach nie było czegokolwiek, co powstrzymałoby trąby powietrzne. Wyrąbane lasy nie mogły stawić jakiegokolwiek oporu, który rozproszyłby i osłabił trąby powietrzne. Potężne uderzenie wiatru doprowadziły do zagłady całe połacie Borów Tucholskich.

Rozmawiałem z naocznymi świadkami tego, co się tam działo. Wszyscy opowiadają o straszliwym naporze huraganu – a właściwie orkanu – latających przedmiotach rażących jak pociski, drzewach wyrywanych z korzeniami lub łamanych albo kładzionych pokotami… Opowiadano mi o czarnej ścianie chmur, z której uderzały pioruny z częstotliwością kilku na sekundę i trąbach powietrznych, które niszczyły wszystko, co napotkały na swej drodze. O potwornej sile wiatru mogą świadczyć słupy linii wysokiego napięcia, które były zwinięte w ruloniki… Opowiadania ludzi, którzy przeżyli to piekło, przypominają jako żywo relacje mieszkańców amerykańskiej Alei Tornad. No i nie dziwota – polski klimat powoli upodabnia się do klimatu Big Bad Lands w środkowych stanach USA.

Nie będę pisał na temat reakcji władz centralnych na ten kataklizm. Opisują to artykuły Mariusza Fryckowskiego z TOKiS Press – zainteresowanych odsyłam do – http://tokis.pl/. Jego opisy porażają. Bałagan, bezhołowie a nade wszystko przerażająca niekompetencja władz wojewódzkich i centralnych! Najbardziej jednak bulwersująca jest nieporadność Wojska Polskiego. Może jest dobre na pielgrzymkach czy miesięcznicach smoleńskich i defiladach ku czci, ale tutaj w ogóle nie zdało egzaminu. Pod tym względem Ludowe Wojsko Polskie biło je na głowę. I tak niekompetentni ludzie mają nas bronić w razie czego? To już wolałbym strażaków i to tych z OSP, bo PSP też się pogubiło, ale nie tak jak żołnierze… – co przyznawali wszyscy moi rozmówcy. Co gorsza, władze nałożyły czapę i knebel na wszelkie informacje dotyczące negatywnych aspektów katastrofy – o wiele gorzej niż w Polsce Ludowej. Tak więc nieprawdą jest, że wszystko już jest w porządku – bo nic nie jest w porządku. Do niektórych miejscowości pomoc dotarła dopiero po tygodniu a nawet dwóch! Ci ludzie zostali pozostawieni sami sobie, bez pomocy, bez wody, bez prądu, bez pomocy lekarskiej… Przedstawiciele rządu się pojawili, pokazali do kamer, pojechali do Warszawy i… i jest jak było.

Czy coś to nas nauczyło? Jak widać niczego. Władze olewają wszelkie ostrzeżenia klimatologów, sozologów, ekologów. Mają nas po prostu sami-wiecie-w-czym. I tylko żal ludzi, którzy stracili majątek, zdrowie i życie. Szkoda dwóch młodych dziewczyn, które zginęły głupio i niepotrzebnie. A najbardziej mnie wkurza to, że za moich czasów, kiedy byłem druhem w ZHP, coś takiego byłoby niemożliwe. Po prostu NIEMOŻLIWE!

Za moich czasów harcerzy i zuchów uczono sposobów przetrwania w trudnych sytuacjach, tzw. samarytanki (kto jeszcze wie, co oznacza ten termin?), ochrony przed skutkami działania broni masowego rażenia, sprawności obronnych, zaprawy fizycznej… Uczniowie szkół średnich przechodzili przeszkolenie w zakresie Obrony Cywilnej na lekcjach Przysposobienia Obronnego. Kiedy poszedłem do wojska, nie miałem z tym żadnych problemów z tym, co wbijano nam w głowy na unitarce. Poza tym mieliśmy także zajęcia z meteorologii, terenoznawstwa i topografii oraz wielu innych rzeczy, które stanowiły przygotowanie do dorosłego życia i służby dla Polski. Nie komunizmu, nie socjalizmu, ale po prostu dla Ojczyzny! Ale to było w tej strasznej, komunistycznej Polsce Ludowej. Dzisiaj harcerze uczą się klepania paciorków i pseudopatriotycznych bzdur. Nie wyobrażam sobie ich w czasie jakiegoś kataklizmu czy wojny – zginą w pierwszych minutach.

I to właśnie wkurza mnie najbardziej z tego wszystkiego. O ile jakoś jeszcze mogę zaakceptować śmierć dorosłych, to krew mnie zalewa, kiedy giną ludzie młodzi – jakby nie było – przyszłość naszego narodu. I jego nadzieja. Słucham jubileuszowego bełkotu żrących się między sobą solidaruchów i solidurni wmawiających jakieś pokręcone brednie o „wielkim zwycięstwie” nad komunizmem i budowaniu nowego lepszego świata, wbrew „cywilizacji śmierci”, której oni sami hołdują bez opamiętania. Wycinane lasy, mordowane zwierzęta, dewastowane puszcze i parki narodowe – za to wszystko przyjdzie zemsta ze strony Natury. Już nadchodzi. To, co wydarzyło się w Borach Tucholskich i na Pomorzu stanowi bardzo poważne ostrzeżenie, które – jak widać – ministerstwo od niszczenia środowiska ma dokładnie sami-wiecie-gdzie-i-w-czym.

Z cywila jestem leśnikiem. Kiedy w latach 70-tych pobierałem nauki, to przede wszystkim kładziono nacisk na ochronę lasu. Ochronę przed wszystkim – od patogenów do pożarów. A każde wycięte drzewo zastępowano nowym posadzonym na jego miejscu, a nawet trzema. Bo tak było trzeba, by las przetrwał. Dzisiaj Lasy Państwowe stały się łakomym kąskiem dla biznesu – poprzednie rządy PO-PSL chciały je sprywatyzować – efekt tego mógł być tylko jeden, rabunkowa eksploatacja i szybki ich zanik. Wszak las wycina się szybko, ale rośnie długo – 100 i więcej lat. Na szczęście nie udało im się. Niestety, stało się najgorsze – rządy dojnej zmiany dorwały się do Lasów i tną je bez opamiętania, co mnie nie dziwi, bo to jest normalne w kraju, gdzie władzę sprawują małpy z brzytwami, quasi-patrioci opłacani przez ambasady światowych mocarstw, dewoci-idioci mający gdzieś dobro Polski, niedouczeni ekonomiści i cała rzesza miernych-biernych-ale-wiernych podnóżków, klakierów i liżyłapów – a wszyscy razem niekompetentni na zajmowanych stanowiskach, co wyszło właśnie teraz jak słoma z buta chama awansowanego na pana.

Następne kataklizmy to tylko kwestia czasu… Szkoda tylko ludzi, którzy znów będą przez nie pokrzywdzeni i zostaną pozostawieni sami sobie, bo dojna zmiana nie będzie miała dla nich czasu. Dojna zmiana chce rządzić ile się da, w tym celu chce zmienić konstytucję tego nieszczęsnego kraju, by go doić dalej.

Bo przecież jej tylko na tym zależy.


Robert Leśniakiewicz