29 października 2020

Seans filmowy: "Wałęsa" – film daleki od faktów

3 min read

Dotychczas unikałem oceny obrazów, których twórcą jest Wajda. Powód? Zawsze ten sam –  kinowa, historyczna… prostytucja. Czy reżysera można posądzić o brak talentu? Nic podobnego, to „dar wypracowany”, latami spędzonymi po drugiej stronie kamery i wśród cenzorów, którzy o dziwo w Jego obecności swoje obowiązki wykonywali wyjątkowo liberalnie. „Miał szczęście”, czasami nieprawdopodobne, kiedy inni twórcy polskiego kina leżakowali na półkach, On zawsze miał zielone światło, którego źródło pięknie określił w swojej książce Piotr Włodarski.

Uciekałem w popłochu od jakichkolwiek recenzji o dawnych i współczesnych produkcjach Pana Andrzeja. Wiem jedno, po prawie trzydziestu latach spędzonych w ciemności, nigdy nie widziałem tak wiele kiczu ubranego w woal kompletnie przeinaczonej historii fikcyjnych postaci. Dzieła polskich mistrzów pióra, przeniesione na wielki ekran, to kompletnie zwariowana wizja, od której jako pierwszy przekręcił się na bok w grobie…, sam Mickiewicz.

Moje zniechęcenie od zawsze budziła również obsada aktorska, a w szczególności postać pani Jandy, która w każdej sytuacji jest kalką cierpiącej na ADHD i nikotynizm dziennikarki z mitu polskiej „Solidarności” w czarnej komedii pt. „Człowiek z…”.

 

Szczerze nie cierpię ekranizacji „Popiołu i diamentu”, gdzie Cybulski traci patriotyczną cnotę na… śmietniku. I mógłbym mnożyć te uwagi w nieskończoność, gdyby nie „Kanał”, który przynajmniej dla mnie, na zawsze pozostanie arcydziełem, niestety, zrozumiałym wyłącznie dla Polaków.

Wajda otrzymał Oscara, Akademia doceniła twórczość słynnego Polaka, powinniśmy się z tego cieszyć i zapewne większość to uczyniła, ja niestety jakoś nie mogłem powstrzymać się od wrażenia, że to tylko żonglowanie na czerwonym dywanie grupy uzależnionych od siebie przyjaciół, którzy popierają się w każdej sytuacji, wyłącznie dla popularności i pieniędzy. Sztuka i dla nich jest niczym innym, jak dodatkiem słono opłacanym przez kasę dowolnej wytwórni.

Aby zrozumieć o czym mówię, należy być wśród zaproszonych. Wajda kręci „Wałęsę”, wyjątkowo karkołomny pomysł w czasach odkrywanych faktów, których zabraknie w kolejnym dziele znanego reżysera. Czy to zapatrzenie w głównego bohatera? A może celowa akcja wybielania „rewolucjonisty”, którego nawołuje się w kuluarach do zwrotu nagrody ufundowanej przez twórcę dynamitu?

Skoro ten film, ma wiernie przypominać barwne życie polityczne i osobiste Wałęsy, muszą się tam znaleźć elementy, które już dzisiaj wypłynęły na światło dzienne. Wajda zdaje sobie z tego sprawę, ale pozostaje głuchy, na te bodźce. On robi swoje…, kręci. Czy ten film ma zdobyć widza z każdego zakątka świata, który wie, że Lech, to legenda wolności, a ma pominąć polskiego widza, którego postrzega się jako wielki kawał tzw. sekty smoleńskiej, która prócz malkontenctwa, wydaje się być opóźnioną w politycznym rozwoju?

Brak zgodności z faktami odbije się czkawką panu Andrzejowi, rzeczywistość nakreśliła inny scenariusz, ba! – Niektórzy są święcie przekonani, że mamy do czynienia z gigantyczną prowokacją, gdzie dawne UB rozdawało kluczowe karty. Pytanie, kto nimi zagrał, robiąc z widza idiotę?

Podaruję sobie wizytę w kinie, kiedy odbędzie się premiera ”Wałęsy”. Wolę aby pozostał mitologicznym bohaterem, bo w konfrontacji z realiami, już został publicznie napiętnowany. A Wajda? Cóż, z rozpędu stał się jego biografem, a to nie wróży dobrze na przyszłość zarówno filmowi, jak i jego głównym bohaterom.

 

Mariusz R.Fryckowski

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook