25 października 2020

Tego wywiadu nigdy już nie będzie…

6 min read

Tuż po godzinie szesnastej otrzymaliśmy informację o tragicznej śmierci duchownego z naszego powiatu. Pojawiły się pierwsze informacje, sprzeczne, oparte na doniesieniach kompletnie niesprawdzonych, pomimo tego, że powołano się na konkretne źródła. Przeinaczone wieści docierały również do nas. Dzięki naszym kontaktom trafiły do nas wreszcie wiarygodne wiadomości, były tragiczne. Zdecydowałem o zablokowaniu gotowego już artykułu informującego o szczegółach tragedii. Nie zostanie upubliczniony.

Odszedł KSIĄDZ DOKTOR Jerzy Woźniak – KAPELAN z Bysławka wspaniały człowiek i… mój przyjaciel. Doskonale pamiętam ten dzień, w którym poznałem księdza Jerzego. Nasz wspólny znajomy, również ksiądz, z sąsiedniej parafii poprosił mnie o to, abym pomógł naprawić zagrożony system w komputerze księdza Jerzego. Ponieważ na jego twardym dysku znajdowały się bardzo ważne prace potrzebny był ktoś, kto uratuje dane. Niechętnie, ale zgodziłem się.

Następnego dnia pojechałem na umówione spotkanie. Ksiądz Jerzy już na mnie czekał, przywitaliśmy się, a chwile później wprowadził mnie do jednego z pomieszczeń, które pełniło funkcję pracowni. Pamiętam, jak pierwszy raz poczęstował mnie swoją herbatą ziołową, mnie… kawosza. Była wyborna, od tamtej pory często ją pijaliśmy, problemy komputerowe stały się ledwie marnym uzupełnieniem naszych spotkań. Niewiele osób o tym wie, ale ksiądz Jerzy był znakomitym lingwistą, specjalizował się w językach, które specjaliści określają mianem „martwych”. Po moich kilku wizytach zaprzyjaźniliśmy się. Pamiętam nasze wielogodzinne rozmowy dotyczące trudnych niuansów językowych, chwilę później nasze rozmowy zostały skierowane na zupełnie inne tory. Ksiądz Jerzy od pewnej chwili świetnie radził sobie z problemami współczesnych komputerów, moja pomoc w tej materii ograniczyła się wyłącznie do sprawdzenia systemu i jego konserwacji.

Już w tamtym czasie stworzyłem specjalną stronę internetową, która podejmowała bardzo trudne tematy polityczne. Zdobyła sobie spore grono czytelników. Ksiądz Jerzy był jednym z najwierniejszych moich czytelników, często rozmawialiśmy o tych artykułach. Interesował się wszystkim, ale nigdy nie dokonał jakiejś analizy zdarzeń ujętych w wielu moich tekstach. Nigdy ich nie krytykował, czasami z nimi polemizował w ten swój wyjątkowy, bardzo ciepły sposób. Często zachęcał mnie do tego, aby moje zainteresowania rozwinąć o Naszą Małą Ojczyznę. Miał wiele szacunku dla naszego regionu, ludzi, przyrody…, wszystkiego, co wiązało się z tą ziemią. Poznał ją i pokochał. TOKiS jest skutkiem tych spotkań, rozmów, obserwacji. Jednak zanim to wszystko się wydarzyło, musiało minąć mnóstwo czasu. Zarówno Jego, jak i mnie pochłonęła codzienność, praca. Moje wizyty stały się zbyt rzadkie.

Podczas jednej z nich poinformowałem księdza Jerzego o tym, że rozpocząłem pracę nad książką, która poświecona w całości będzie nieznanej karcie z dziejów historii polski – gigantycznemu obiektowi, który w wąskich kręgach dawnego okupanta nazwano „Heidekraut”, tłumacząc dosłownie –  „Wrzos”. To nic innego jak poligon „cudownej broni Hitlera”, a ściślej dwa. Wprowadziłem  księdza Jerzego w szczegóły mojej pracy, bardzo go to zainteresowało. Sprawa książki nabrała tempa w chwili, kiedy nakręciłem o tym miejscu swój pierwszy film. To wtedy nastąpił  przełom, otrzymałem listy od kilku duchownych, przyjaciół księdza Jerzego. Ich treść stała się kamieniem milowym w mojej dalszej pracy. Dotarłem do źródeł, które porażały, jednak wszystkie nowe informacje zbledły w chwili, kiedy aż z okolic koła podbiegunowego, od potomka jednego z niemieckich inżynierów, pracujących na terenie tajnego poligonu otrzymałem jedno, kluczowe dla mojej pracy zdjęcie. Było porażające, to właśnie ono stało się kanwą do dalszych poszukiwań faktów, które się potwierdziły, jednak nie od razu.

Ksiądz Jerzy potrafił zaskakiwać. Pamiętam, a było to zimą, poprosił mnie o przysługę: ”… dokąd teraz jedziesz” – zapytał.

Jak zawsze, do Lubiewa – odpowiedziałem.

Mogę się z tobą zabrać? Tylko kawałeczek, chcę przejechać się po granicach gminy, ot tak, dla dobrej kondycji.

Zbaraniałem i to dosłownie, jak, czym? – Pomyślałem.

Ksiądz Jerzy nie miał samochodu, motocykla, miał rower, duży, wspaniały, wiekowy, ale zawsze sprawny. Często na siodełku przysiadał jego kot – znajda, Kubuś, albo Maciuś…, dokładnie nie pamiętam. Wyglądał jak siedem nieszczęść, nie miał jednego oka, ksiądz Jerzy przygarnął go z ulicy. Od tamtej pory zawsze byli razem.

Nie ma sprawy, pojedziemy.

Wyszedłem z plebani nieco szybciej, aby przygotować auto, jednak ciągle mnie intrygowało, w jaki sposób ksiądz Jerzy ma zamiar swoje plany wcielić w życie. W pewnej chwili oniemiałem, ksiądz Jerzy wyszedł budynku ze wspaniałymi, starymi nartami biegowymi z zadartymi ku górze gigantycznymi „noskami”, Ubrany był w sportową czapkę i absolutnie kapitalne buty, które pasowały do wszystkiego z wyjątkiem… nart.

Roześmiał się serdecznie, kiedy zobaczył moje zdziwienie. Ruszyliśmy. Po kilku kilometrach poprosił, abym się zatrzymał na najbliższym rozwidleniu dróg. Spełniłem jego prośbę. Pomogłem mu wysiąść z auta, a on bez zbędnych ceregieli, z wielką wprawą umocował paskami ze skóry swoje narty do „wyjątkowych butów”. Pożegnaliśmy się, ruszył z impetem, odpychając się energicznie kijkami. Przez dłuższą chwilę odprowadzałem go wzrokiem, aż do chwili, gdy zniknął mi z oczu.

Skromny, wyciszony o nieprawdopodobnej charyzmie i o porażającej każdego – wiedzy, taki właśnie był ksiądz Jerzy – duchowny z krwi i kości. Dzięki niemu poznałem klasztor w Bysławiu, jego historię, której daremnie szukać w opublikowanych informacjach. To wiedza wyjątkowa, dostępna nielicznym. Z wielkim sentymentem wspominam cudowne siostry z tegoż klasztoru, które tak miło zawsze mnie przyjmowały, to też zasługa księdza Jerzego.

Wspominam chwile, kiedy z takim zaangażowaniem opowiadał mi o miejscowym kościółku, który tak polubił. Marzył o tym, abym podłączył w nim kamery, aby msze święte poprzez globalną sieć, mogli oglądać Polacy rozsiani po całym świecie. Niestety, było to wtedy zbyt kosztowne przedsięwzięcie.

Kiedyś zadzwonił do mnie późnym wieczorem tylko po to, aby przekazać mi informację o tym, że Golgota jest już skończona. „Przyjedź, zobacz i zrób zdjęcia, pokaż to światu” – powiedział.

Przyjechałem, tamtego dnia zrobił mi niespodziankę, w obecności wielu ludzi zapowiedział wykład poświęcony moim podróżom i… wręczył mi mikrofon. Spontanicznie, bez przygotowania…, udało się, ale zaczynałem będąc w stanie przedzawałowym.

Ksiądz Jerzy miał nieprawdopodobne poczucie humoru, żartował przy każdej okazji – wyjątkowy człowiek.

Tak właściwie mógłbym podobnych anegdot przytoczyć kilka setek, a i tak nie oddałyby wyjątkowego charakteru księdza Woźniaka – duchownego, którego lubiłem, podziwiałem i szanowałem.

Od kilku tygodni planowałem wywiad z księdzem Woźniakiem, miał być zilustrowaniem naszej znajomości. Miał mieć humorystyczne  zabarwienie i stać się wstępem, być może do cyklu naszych rozmów poświęconych Bysławkowi, tekstom księdza i Jego pracy duszpasterskiej. Niestety, spóźniłem  się, a On odszedł przedwcześnie.

Dziękuję za wszystko Przyjacielu.

_________________________________

Mariusz R.Fryckowski

Fot. wprowadzająca pochodzi z portalu Lubiewo.pl

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook