pon. Wrz 16th, 2019

Telewizyjno – Filmowa Agencja Promocyjna

TUCHOLSKA MOTO PARADA STOWARZYSZENIA POJAZDÓW ZABYTKOWYCH „DRAGON”.

4 min read

Zapewne ostatnia sobota i niedziela na długo pozostaną nam w pamięci. Wszystko za sprawą STOWARZYSZENIA POJAZDÓW ZABYTKOWYCH „Dragon” z Tucholi. Już w piątek do naszego miasta zaczęły się zjeżdżać dziwne pojazdy, które kompletnie nie pasowały do współczesności. Wszystkie trafiły na płytę boiska popularnej „zawodówki”. Jeszcze wiele godzin później, pod osłona nocy, właściciele pojazdów toczyli rozmowy, dysputy na temat dawnej motoryzacji, spierając się o szczegóły, lub wspominając dawne zloty pojazdów z jeszcze dawniejszych epok.

Samochód…, niby przedmiot, jak każdy inny, jednak nie dla pasjonatów, którzy widzą w nim coś więcej, ba, mało tego, są święcie przekonani, że każdy z tych pojazdów ma charakter i duszę. Rzeczywiście, dawne pojazdy bywają krnąbrne, nieprzewidywalne, nawet złośliwe! Jednak dla pasjonatów , to bez znaczenia, to tylko kolejna przygoda z „przyjacielem”, który miast stać w muzeum, bierze udział, jak co roku, w paradzie szlakiem pięknych miejscowości w Borach Tucholskich.

Noc z piątku na sobotę minęła spokojnie, rankiem, tuż po śniadaniu, właściciele pojazdów krzątają się wokół nich, czyniąc ostatnie przygotowania do podróży. Trasa Gołąbek – Śliwice, Gacno, Cekcyn , Rudzki Most – Tuchola, liczy prawie siedemdziesiąt kilometrów. Dla współczesnych aut, to tyle, co nic, dla „krążowników” z tamtej epoki, to wyprawa. Towarzyszymy kierowcom od samego początku, z góry zakładając, że materiał filmowy będzie bez większych ingerencji montażowych. Każda chwila w trasie ma swój urok, jest jedną wielką przygodą i nie wypada usuwać nawet nieudanych scen.

 

Kawalkada pojazdów wyrusza tuż po godzinie dziesiątej. Kolumnę poprzedza „brygada zmotoryzowana” kierujących ruchem. „Dragon” przykłada wielka wagę do bezpieczeństwa, prócz tego wielką pomocą służą im tucholscy policjanci, którzy w sytuacjach trudnych piekielnie się przydali. Inna sprawa, że to przemili ludzie, także pasjonaci motoryzacji.

Najtrudniejszym fragmentem podróży jest wyjazd z miasta. Wąskim gardłem jak zawsze okazuje się skrzyżowanie ulic Nowodworskiego i Warszawskiej, ale funkcjonariusz policji załatwia sprawę dosłownie w parę chwil. Uff, jesteśmy już w drodze do Gołąbka, doganiamy kolumnę pojazdów, organizator na ostatniej odprawie uprzedził kierowców, że w najmniej oczekiwanym momencie pojawi się pojazd, który będzie filmował wszystko, co możliwe. Kierowcy zapamiętali te słowa, kiedy mijamy kolumnę, ustępują nam miejsca, a my odwdzięczamy się im ujęciami z prawej burty.

Jest zachowany margines bezpieczeństwa, ujęcia udają się. Dojeżdżamy do Gołąbka, pierwszego miejsca postoju. Moc atrakcji przed nami. Dla każdego, coś miłego, od konkurencji sprawnościowych, do spaceru po przepięknym parku, gdzie nasza pani przewodnik, niezwykle barwnie opowiada o tym miejscu.

Pozostawiamy gościnny Gołąbek i wyruszamy w dalszą drogę, kolejnym etapem podróży są… Śliwice. Bardzo się zmieniły, są jak małe miasteczko na uboczu, miejscem naszego postoju jest wielki plac tuż obok kościoła. Odwiedzamy proboszcza, który bardzo barwnie opowiada o historii, zarówno świątyni, jak i samej wsi.

Jest chwila na przeglądy silników, drobne naprawy, samochód jest jak dziecko, czasami trzeba mu wytrzeć nos (szyby), lub odblokować zahamowane koło.

Przyglądamy się pojazdom, są ich setki. W tym roku dopisali motocykliści na swoich lśniących maszynach. Szczyty kunsztu i worki pieniędzy, inaczej pojazdy poddane długiej renowacji, nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, a o podróży nie byłoby mowy. Właściciele maszyn rozmawiają ze sobą, posługują się specjalnym językiem, zrozumiałym tylko dla pasjonatów „retro – kółek”. Z jakim pietyzmem dotykają śrub, nakrętek, siedzeń, zderzaków, widać, że sprawia im to nieopisaną frajdę. Kochają swoją pasję i nie ma się czemu dziwić, swoim maszynom oddali nie tylko każda wolną chwilę, ale i serce.

Mamy czasami wrażenie, że ich połowice są odrobinę zazdrosne, chociaż dostrzegliśmy wiele dam, które z powodzeniem radzą sobie z setkami koni mechanicznych. Wszędzie budzimy sensację, mieszkańcy wychodzą z domu, podchodzą do swoich ogrodzeń i machają nam przyjaźnie rękoma. To miłe, odwzajemniamy gesty.

Zmienia się pogoda, wyruszamy do Okonin, na popas. Czeka nas chwila odpoczynku, będzie posiłek i możliwość wypoczynku np. na łódce. Z niepokojem spoglądamy w niebo, deszcz wisi na przysłowiowym włosku, zdaje się, że tym razem na deszczu się nie skończy.

Mijamy Cekcyn, pogoda całkowicie się psuje, w Cekcynku pojawia się deszcz, z razu łagodny „kapuśniaczek”, który dziesięć kilometrów dalej zamienia się w wariacka nawałnicę. Podmyte pobocza, skrpy rozmywają się, wielkie głazy wtaczają się na drogę wprost pod koła przejeżdżających pojazdów. Najbardziej narażeni są motocykliści. Deszcz zamienia się w dziką nawałnicę, nie widać świata, potoki wody leja się nam na głowy. Dowiadujemy się, że jesteśmy w strefie tornada o sile f-2. jest niebezpiecznie, ale tylko przez chwilę, ubezpieczamy kolegów, którzy musieli się zatrzymać. Mija kilkanaście minut, pogoda zmienia się, nawałnica cichnie. Wtedy dowiadujemy się, że okoliczne wioski bardzo ucierpiały.

Wracamy do Tucholi przemoczeni, ale szczęśliwi, wszystko się udało. Czas wysuszyć ubrania, zmienić przemoczone buty, w niedzielę wystawa pojazdów, jest jeszcze sporo pracy przy maszynach.

Niedziela, godzina dziewiąta – uczestnicy są już po porannej toalecie i śniadaniu. Przygotowują się do wyjazdu. Punktem zbornym jest tucholski „Małpi Gaj”, wielki wąwóz na skraju miasta. Tam obejrzymy cuda…

Uczestnicy są zmęczeni, ale szczęśliwi, będzie co wspominać w długie, jesienne i zimowe wieczory. Zapraszamy do naszego kina.

Mariusz R.Fryckowski

Uwaga, w naszym fotoblogu odnaleźć można i skopiować zdjęcia, które zostały wykonane podczas parady. Zachęcamy do kopiowania ich i archiwizacji.