28 listopada 2020

TELEWIZYJNO FILMOWA AGENCJA PROMOCYJNA

TUCHOLSKA OFICYNA KULTURALNA i SPOŁECZNA tokIs – press tv

United States of Love / Zjednoczone Stany Miłości, Tomasz Wasilewski – Berlinale 2016

3 min read

Nie tak dawny jeszcze, skromny asystent Małgorzaty Szumowskiej („33 sceny z życia”) dziś obok niej niej samej i Wojtka Smarzowskiego przynależy do największych nadziei naszego kina.

Uhonorowane prestiżowym Srebrnym Niedźwiedziem na MFF w Berlinie ZJEDNOCZONE STANY MIŁOŚCI Tomasza Wasilewskiego, podobnie jak wcześniejsze „Płynące wieżowce” pewnie – z oczywistych powodów – nie zgromadzą w naszych kinach tłoczącej się przed kasami widowni. A jednak trudno przejść obok rzeczonego filmu obojętnie. Nie ma w nim absolutnie nic komercyjno-spektakularnego ani efektownego, jest za to nad czym pomyśleć, a nawet nieco głębiej się zadumać.

Rzecz aspiruje do objęcia artystycznym uwierzytelnieniem trudny czas systemowej transformacji wczesnych lat 90.tych, naszych weń uwikłań, jakże dalekich od prostodusznie łatwych obłaskawień. Sam Wasilewski, chłopak z naszego pomorsko-kujawskiego Inowrocławia, odwołuje się tym razem do swego dzieciństwa, rzeczywistości szarych, postpeerlowskich blokowisk, w których dojrzewał rodzinnie, obok swoich ortodoksyjnie katolickich, zapracowanych rodziców. Ale swoją autorską wizję rozwija w :Zjednoczonych…” w sposób krańcowo odmienny od utrwalonych na tym gruncie w sztuce filmowej formuł i obiegowych schematów. Za bohaterki obiera cztery kobiety i fragmenty ich wpisanej w ówczesne realia biografii. Renata (Dorota Kolak), Agata (Julia Kijowska), Iza (Magdalena Cielecka) i Marzena (Marta Nieradkiewicz, była aktorka Teatru Polskiego w Bydgoszczy!) obrały w życiu różne profesje, ale pozostają sąsiadującymi ze sobą w jednym, standardowo szarym piętrowcu lokatorkami. Ale i świadkami wyznaczonego im losu.
Próbują na swój sposób kochać, walczyć o to, co im należne, łykać namiastki szczęścia, stawiać czoła demonom pustki, samotności i totalnego zagubienia. Żyją pozornie blisko siebie, po trosze i dla siebie, ale też boleśnie mijają się jak okręty na przeciwległych zatokach. Izolują, co rusz gubią, cierpią, łakną uczuć elementarnych, tkliwego dotyku, poczucia spełnienia. To bodaj Z.Nałkowska w jedynym swoim dramacie zawarła te cierpkie słowa; „między człowiekiem a człowiekiem jest ciemność”. I o tym opowiada nam w swoim ostatnim ekranowym wcieleniu Tomasz Wasilewski. W filmie jaskrawo zdominowanym przez czerń i biel, szerokie, długie ujęcia kadru, zredukowane do granic ascezy dialogi i całkowity brak muzyki. Kompensują to rewelacyjne zupełnie, mistrzowskie zdjęcia Rumuna Olega Mutu („Cztery miesiące, trzy tygodnie, dwa dni” Christiana Mungiu!) i luźna, wolna od linearnych konwencji narracyjnych fabuła.
Wielu komentatorów filmu oburza przytłaczający jakoby w samym obrazie nadmiar nagości. Co niektórzy określają to nawet mianem
zawoalowanego soft-porno. Tymczasem to najzwyczajniej bergmanowska tęsknota twórcy za zdefiniowaniem istoty naszej cielesności, ciała jako fundamentalnego układu odniesienia w sferze niezbywalnej, czysto ludzkiej wartości, daru, kultu jego sacrum. A to podejrzewam, okazało się w praktyce nie lada wyzwaniem i dla samego reżysera i jego zdominowanej przez kobiety obsady aktorskiej. Bo i dawno w naszym rodzimym kinie nie powiedziano tyle (aż tyle?) o fenomenie kobiecości, skomplikowanych meandrach jej natury, skrywanych głęboko w jaźni, maskowanych latami pragnieniach. Ciało u Wasilewskiego, fotografowane przepięknie przez Mutu staje się nieoczekiwanie źródłem udręki, opuszczenia, ekstazy, nienasycenia, ale także miłosiernej, nieledwie samarytańskiej posługi ( wspaniała scena Renaty i Marzeny w końcowej sekwencji filmu). Te synergiczne przemieszczenia i współuzależnienia kobiecej duszy zanurzonej bez reszty w cielesną zmysłowość i jej pilnie strzeżone zakamarki okazują się w gruncie rzeczy najmocniejszym atutem ZJEDNOCZONYCH STANÓW MIŁOŚCI. Mężczyźni sprowadzeni zostali do roli tła i rutynowego”wypełniacza” misji każdej z kobiecych tu postaci. Bo tak naprawdę wszystko, co najważniejsze w tym obrazie sytuuje się gdzieś poza słowem, obrazem, werystycznym zapisem uzasadniającym uświęcone reguły filmowej narracji. Wychodzimy z kina głęboko poruszeni i odrobinę zarazem jakby skonsternowani. Wszak skonfrontowano nas brutalnie z lustrem od którego zwyczajnie uciekamy, by raczej doń już nie zaglądać. O czym wypada w takiej sytuacji mimo wszystko pomyśleć? Niewiele przychodzi mi do głowy. Może prócz frazy wyjętej z wiersza samego Zb.Herberta; „żyjemy na archipelagach / a te słowa ta woda cóż mogą, cóż mogą, Książę?”…

____________________

Kazimierz Rink

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook