26 października 2020

W jedności siła? Rzecz o Muzeum Borów Tucholskich i uspokajaniu urzędniczego sumienia

6 min read

Starosta Tucholski pan Michał Mróz powołał Społeczną Radę ds. Funkcjonowania i Rozwoju Muzeum Borów Tucholskich, której zadaniem jest doradzanie mu we wszystkich sprawach związanych z przyszłością tej ważnej instytucji.

W skład zacnej grupy weszło powszechnie znane i szanowane grono działaczy i samorządowców. Mała armia być może podniesie z upadku „tucholską perełkę”, jak mówią nieliczni, którą jest nasze muzeum.

Właśnie, muzeum, doskonale pamiętamy czasy, kiedy tucholskie muzeum miało swoje lata świetności, choć w rzeczywistości nigdy do nas nie należało. Dawno, dawno temu w innej rzeczywistości, tej spod czerwonego sztandaru i powszechnego uwielbienia dla sierpa i młota, pospolite ruszenie doprowadziło do sytuacji, gdzie, kto mógł wzbogacał nowe, tucholskie przedsięwzięcie, pod nazwą „muzeum” w eksponaty.

Zapanował powszechny i uzasadniony entuzjazm, wreszcie będziemy mieli coś swojego, rdzennego, czym będzie można się pochwalić – mówili wszyscy.

Szerokim strumieniem popłynęły eksponaty wyciągnięte z babcinego kufra i dziadkowego strychu.  Do muzealnych gablot trafiały nawet tak wspaniałe, osobiste perły przeszłości, jak: przepiękne meble, biała broń i wiele innych artefaktów. Zgromadzono wspaniałą kolekcję, która… wyparowała wiele lat temu równie szybko, jak ją zgromadzono. Ponad sześć lat temu postanowiliśmy ustalić, co stało się z tymi przedmiotami. I tutaj natrafiliśmy na prawdziwie chiński mur… niewiedzy.

Według naszych ustaleń nie istnieją żadne rejestry, które określałyby, dokąd „wywędrowały” historyczne przedmioty. Uchowała się tylko kartka papieru, zapewne wyrwana z zeszytu, gdzie opisano ułamek tego, co zawierało muzeum. Pozostałe eksponaty zniknęły i to dosłownie. Nikt nigdy się o nie nie upomniał. Czy dokonano kradzieży w białych rękawiczkach? Temida nigdy w tej sprawie się nie wypowiedziała. Minęło wiele lat, po dawnej świetności tucholskiego muzeum nie pozostał nawet ślad, piętra zapełniono zupełnie czymś innym. Dla tucholan był to prawdziwy szok, wykreślenie ze świadomości tego obiektu i… trudno się temu dziwić. Nikt z urzędników nigdy nie zadał w tej sprawie prostych pytań. Dlaczego?

Dzisiejsze muzeum to zupełnie inny obiekt, choć zaklęty w starych murach. Niedoinwestowany gmach milcząco stoi i czeka na lepszą przyszłość. Lecz oto, ledwie rok temu, jak grom z jasnego nieba huknęła wiadomość, że nowy, tucholski starosta, chce obiekt „opchnąć” marszałkowi województwa. Dokonano wyceny, ustalono kwotę, która przyprawiła niektórych o zawrót głowy lub o zwyczajną wściekłość. Cena była delikatnie mówiąc, bardziej, niż atrakcyjna. W zasadzie każdy tucholski przedsiębiorca, z pocałowaniem ręki przejąłby gmach od razu, płacąc za wszystko, nawet razy dwa. Niestety, na przeszkodzie stanęły przepisy. Powiat, jako urząd, pozostawał głuchy na sugestie, gdzie partnerem strategicznym mogłaby stać się gmina Tuchola.

Burmistrz miasta wydawał się być bardzo zainteresowany utrzymaniem muzeum w rękach lokalnej społeczności, potrząsnął nawet trzosem. Padły publiczne deklaracje, bardzo budujące. Dobre chęci z jednej strony, a z drugiej? Jednak w jakiś trudny do zrozumienia sposób sprawie ukręcono przysłowiowy łeb, jedynym potencjalnych chętnym miał być marszałek województwa.

Podniósł się uzasadniony klangor nie tylko mediów (TOKiS – PRESS, jak zwykle wrzeszczał najgłośniej), ale i lokalnych środowisk twórczych i artystycznych. Padło wiele mocnych słów i to ze strony wszystkich stron zainteresowanych utrzymaniem muzeum w naszych rękach. Niestety, starostwo miało inną wizję. Z nowym właścicielem miało wedrzeć się do naszego muzeum nowe. Wyremontowanie budynku i doposażenie go w wiele użytecznych elementów, miało stać się przełomem i gwarantem rozwoju obiektu. I stał się nieoczekiwany cud, marszałek wypiął się na sprawę i… zrezygnował. Słuszny ruch, przynajmniej w tej sprawie. Jednak stał się wtedy drugi cud i tucholskie starostwo jakoś zapomniało wspomnieć o tym fakcie w swoim własnym medium.  Cóż, taka wiedza udostępniona społeczeństwu? Nie, to się nie mieści w koncepcji promowania wyłącznie pozytywnych przekazów  starostwa. To jak powrót wspomnianej wcześniej epoki spod znaku czerwonego sztandaru z wyhaftowanym na nim sierpem i młotem – propagandy sukcesu.

Muzeum Borów Tucholskich jest dla starostwa jak uwierający wrzód, którego nie można zoperować, ponieważ nie stać go na operację i dalsze leczenie…, aż do teraz.

Nowym lekiem, który zapewni hurtową terapię uzdrawiającą naszemu muzeum stać się ma nowa Rada. W większości składa się ona z osób bardzo zaangażowanych w szerzenie kultury nie tylko w mieście. Musimy mieć również świadomość tego, że to najwierniejsza część publiczności, która z regularnością szwajcarskiego zegarka bywa na większości imprez organizowanych właśnie w muzeum. Są oni również motorem napędowym muzeum i… bardzo dobrze.

Reszta społeczności ma te wysiłki w nosie. Dlaczego? Na to pytanie już częściowo odpowiedzieliśmy sobie wcześniej.

Czy wielka Rada coś zmieni? Coś zrewolucjonizuje? Bez pieniędzy i to sporych, nic z tego nie będzie. Czy zapowiadana kuratela obecnego i poprzednich starostów coś zmieni? To możliwe, pod warunkiem, że któryś z nich nosi kapelusz. Kapelusz? A po co? Żeby do niego wrzucać datki.

Ktoś zapyta, ale są przecież dotacje, subwencje i inne „encje”, do czasu, polityka unijna, tak zgodna z dawną socjalistyczną nie będzie trwała wiecznie. Kiedy te źródełka wyschną, co stanie się z muzeum? Jakoś…, nikt nie bierze tego pod uwagę, a szkoda.

Muzeum Borów Tucholskich nie potrzeba Rad mniejszych, większych, czy w sam raz, potrzeba partnera strategicznego, ściślej trzech. Jeden ma dziurawe kieszenie, czyli… niech sprząta, to będzie jego udział, choć jest właścicielem, drugim nie powinny być wszystkie okoliczne gminy, a tylko jedna – Tuchola, trzecim najzamożniejsza w tej części Europy instytucja – Lasy Państwowe.

Co zrobić, aby partnerzy z radością przystali do tego układu? No, tak, z pewnością przydałaby się zmiana starosty, ale nie mamy tych prawie dwóch lat, działać trzeba natychmiast. Udziałowcy muszą coś zyskać, co? To chyba oczywiste dla każdego, komu zależy, aby nasz region stał się atrakcją turystyczną, czyli… aby zarabiać godziwe pieniądze. I tutaj pięknie się wpisuje w całość propozycja jednej z pań radnych powiatu, która podczas sesji podała przepis na sukces na złotej tacy. Muzeum musi stać się instytucją „interaktywną”, to gwarantuje jej odmienność, oryginalność, dając jednocześnie pewność, że stanie się nie tylko „centrum wystawowym”, a placówką kultury, również tej przez wielkie „K”.

Dochodzimy do najważniejszego. Muzeum ma świetnego szefa. Pani Dyrektor jest jednocześnie kustoszem i pracownikiem fizycznym aranżuje wystawy, prowadzi punkt informacji turystycznej,  dba o wszystko. Oczywiście, posiłkuje się personelem, ale nie ma tutaj mowy o dodatkowych etatach. Liczba zatrudnionych na stałe w muzeum to 1! Pomimo trudności, szefowa placówki wielokrotnie udowodniła, że potrafi z niczego zrobić coś i za to należą się jej wielkie słowa uznania. Niestety, ten gigantyczny potencjał inwencji twórczej nie znalazł pełnego ujścia, a szkoda, może warto wreszcie to docenić i pilnie wsłuchiwać się w ten najważniejszy głos? Muzeum zawiadywać ma dyrektor, a nie Starosta i doradzająca Mu Rada, a choćby składająca się nawet z najzacniejszych osób.

Muzeum Borów Tucholskich potrzebuje zmian, wpierw na poziomie mentalnym, później na etapie  prac remontowych, a dopiero na końcu tworzenia galerii eksponatów.

Budynek potrzebuje drożnych ciągów komunikacyjnych, pomieszczeń sanitarnych, solidnego zabezpieczenia ppoż. oraz instalacji monitoringu wizyjnego i antywłamaniowego.

Wszystko to potrzebne jest na wczoraj, jednak, aby cel został osiągnięty, nie potrzeba nam gadającej armii ludzi, a zręcznego menadżera. Starostwo ma kogoś takiego i to w najbliższym otoczeniu, jednak w dalszym ciągu pozostaje ślepe i tego nieświadome.


(mrf.)

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook