26 listopada 2020

TELEWIZYJNO FILMOWA AGENCJA PROMOCYJNA

TUCHOLSKA OFICYNA KULTURALNA i SPOŁECZNA tokIs – press tv

TUCHOLA: Wieczór poezji w Miejskiej Bibliotece Publicznej

14 min read

Miejska Bibliotek Publiczna (MBP) w Tucholi organizuje kolejny wieczór poezji, tym razem gościem MBP będzie ktoś wyjątkowy…

…ukończył Wyższe Seminarium Duchowne w Pelplinie i teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Debiutował na łamach prasy w Tygodniku Powszechnym 19 VI 1960 r. wierszem „Nasz świat”. W następnych latach ukazywały się tamże kolejne jego wiersze pisane pod pseudonimem Franciszek Damecki.

Po ukończeniu seminarium duchownego objął stanowisko proboszcza parafii w Grucznie, został też wykładowcą homiletyki i teologii przepowiadania w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Bydgoskiej.

Należy do organizacji pozarządowych: Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Towarzystwa Miłośników Ziemi Cekcyńskiej, Bydgoskiego Stowarzyszenia Artystycznego.

 

Ks. Franciszek Kamecki

 

 

Rezygnuję z liści
skóry gałązek konarów
wyrzekam się pnia
korzeni źródła
ziemi
i początku
i oparcia
Zapadam się
w Twoją wielką wodę Boże
bo Ty jesteś moją wilgocią
i powietrzem
i łąką i słońcem
i poranną ziemią
i tysiącem pszenicznych kłosów
pomnożonych w następne tysiące
i zmielonych na mąkę i na chleb
dla milionów

 

Ks. Franciszek o sobie…

 

Moja droga do kapłaństwa nie była poprzedzona ani analizą intelektualną, ani specjalnym przygotowaniem rekolekcyjnym, ani żadnym olśnieniem duchowym czy nagłym nawróceniem. Nie mam przeżyć Szawła spod Damaszku, który w tajemniczym spotkaniu z Panem Jezusem dowiedział się, że prześladowanie Kościoła jest prześladowaniem Jego samego. Bliski mi jest mój patron św. Franciszek z Asyżu, syn bogatego kupca, który znalazł rozwiązanie problemu nierówności i nędzy przez rozdawanie ojcowskich bławatów biednym, ponieważ usłyszał pomysł na życie od Jezusa: „Franciszku, trzeba odbudować Kościół.” Kiełkowały we mnie idee Franciszkowe: nie mieć nic, wyrzec się wszystkiego i iść za Jezusem.

 

Wychowałem się w wiejskiej rodzinie. Bogu dziękuję za to, że miałem pobożnych rodziców. Ich postawa: Pan Bóg był, jest i będzie poza jakąkolwiek dyskusją i mędrkowaniem. To fundament wszelkich odniesień. Matka odpowiadała niekiedy na trudności i pytania: nie możemy do końca znać mądrości Boga. Franek, wiesz, Pan Bóg wszystko obmyślił dobrze, my wiemy mało i musimy być pokorni. Musimy Boga szukać i odnajdywać. Jego głos trzeba chcieć usłyszeć. Tylko głupi uważa, że Bóg milczy. On nie milczy. On mówi cicho, łagodnie; rozumie, a czasem nawet krzyczy. Nie możemy podskakiwać z pięściami i czerwonym nosem przed Panem Bogiem. Zobacz, jaki jest słoń, a jaka jest pchła. Albo jaki jest wszechświat, a jaka szpileczka. My jesteśmy jak te szpileczki. Piękne są szpileczki, nawet błyszczą, potrafią ukłuć i coś przymocować. Ale z nich nie zbudujesz drabiny do nieba.

Ojciec mało się wypowiadał. Jeździliśmy na ryby i całymi godzinami bez słów trzymaliśmy stare, bambusowe kije nad wodą, przyglądając się drobnym błyskom fal, zmieniającym się kolorom wody. Czasem plusk rybki wyskakującej ponad taflę jeziora albo większe chlupnięcie, albo rechot żaby.

 

Oprócz mnie starsza o 4 lata siostra Zdzisława, dziś z mężem i dwoma synami, oraz dwóch braci – pierwszy, młodszy o 6 lat Feliks, jest księdzem, drugi, o 13 lat młodszy Andrzej, ma żonę i czterech synów. Stolarnia ojca,2 haziemi matki – jeden kawałek z łąką i polem, drugi – nad jeziorem z bardzo stromą górą i lucerną, dwa ogrody, struga, za płotem staw, niedaleko duży neogotycki kościół z wysoką wieżą. Gęsto zabudowana duża wieś Cekcyn w Borach Tucholskich z kilkoma przedwojennymi piętrowymi gmachami… Od 6 roku życia jako ministrant kręciłem się blisko kościoła. Nieraz kosiłem koniczynę lub saradelę dla owiec księdza proboszcza. Malowałem coś przy kościele. Potem często odwiedzałem księdza, ilekroć wracałem na wakacje. Ksiądz proboszcz Paweł Rynkowski był człowiekiem z humorem. Dużo się modlił. Dawał mi pieniądze na książki, a potem na farby, pędzle, papier akwarelowy i płótno. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek uczynił coś, co byłoby dla mnie zgorszeniem lub odpychało od kapłaństwa. Lata 1953-54 były dla niego niedobre. Wiem, że wielokrotnie nocował po kryjomu u moich rodziców albo ojciec szedł do plebanii na noc. Bardzo przeżywałem wówczas grozę stalinizmu. Wieczorami radio „Pionier” ciągle „brzęczało” w sypialni rodziców, ponieważ ojciec słuchał Wolnej Europy.

 

Kończyłem szkołę podstawową. Byłem jedynym uczniem, który jeździł na zimowe zawody sportowe (powiatowe, wojewódzkie i ogólnopolskie) i przywoził dyplomy. Często pracowałem na rzecz szkoły, malując i rysując różne gazetki, tabele, plansze. Lubiłem być zajęty. Organizowaliśmy grupy wojskowe z drewnianymi karabinami i pozorowaliśmy walki między jednym a drugim końcem wioski. Robiłem samoloty ze śmigłami, które kręciły się na wietrze. Hodowałem różne odmiany królików, także małe kurki i ozdobne hałaśliwe koguciki. Montowałem ości na kiju do łowienia szczupaków w rowach przy łąkach, co zostało potem zakazane jako kłusownictwo i kaleczenie ryb. Występowałem też w szkolnym zespole tanecznym i recytatorskim. Na początku VII klasy (szkoła podstawowa miała wówczas tylko siedem klas) wszyscy otrzymaliśmy legitymacje ZMP. W domu matka obejrzała legitymację, dała mi w twarz („w pysk”) i kazała legitymację oddać w szkole. Dziś wiem, że to był rodzicielski gest edukacji politycznej syna. Pewnego razu pani wychowawczyni powiedziała: „Dam ci taką opinię, iż nie dostaniesz się do żadnej szkoły średniej.” W maju 1954 ksiądz proboszcz ogłaszał nabór uczniów do Collegium Marianum w Pelplinie. Pamiętam dobrze tę niedzielę, kiedy późno w nocy trzeba było glanspapierem wypucować trumnę w stolarni i polakierować ją, aby w poniedziałek rano mogła być zabrana. Ojciec mnie zapytał: – Czy chcesz się uczyć? – Chciałbym – odpowiedziałem. I to był ten jeden z momentów przełomowych mojego życia. Otrzymałem zapewnienie od ojca: postaram się o jakąś szkołę dla ciebie.

 

U mnie w domu nie było kultu książek. Przeskok do poziomu inteligenckiego był trudny i długi. Nie wiem, dlaczego ojciec chciał, abym się uczył (w latach 50. niewielu ze wsi szło do średnich szkół). Widocznie to była ta jego intuicja i otwartość na nowe możliwości dla syna. Po maturze był zdziwiony moją decyzją wstąpienia do seminarium. Myślał, że będę stolarzem (ponoć najlepiej się nadawałem). Ojciec był konsekwentny: uważał za swój obowiązek, aby omijając powiatowe miasto, ulokować mnie w jakiejś szkole. Znał osobiście paru księży, między innymi ks. Józefa Rocławskiego, który przyjaźnił się z naszym księdzem proboszczem. Egzamin w Collegium Marianum w Pelplinie zdałem, ale się nie dostałem z powodu dużej ilości zgłoszeń. Po raz drugi na egzamin jechałem z ojcem do Wejherowa za Gdynię (200 km) i tam dostałem się do małej szkoły kościelnej Leoninum, bez praw państwowych.

 

Po ośmiu miesiącach – podczas sportów zimowych – zdarzył mi się wypadek, który miał i ma dla mnie przełomowe znaczenie: kości prawej nogi wyszły zupełnie ze stawu kolanowego. Pobyt w czterech kolejnych szpitalach, wydatki rodziców, bo szkoła nie miała ubezpieczeń; noga kulawa do dzisiaj, bez żadnej renty. W szpitalach poznałem cierpienie, ludzi chorych oraz książki w bibliotece. Bo ja byłem zdrowy, głowa cała, żołądek też, tylko noga dokuczała i uniemożliwiała chodzenie. Miałem okazję do rozmyślań. Głębiej musiałem patrzeć na ludzki los. Zdawało mi się, że jestem bardziej dorosły niż moi koledzy. I dziś myślę podobnie. Życie mnie hartowało. Potrafiłem rozerwać przysłowiową paszczę lwa.

 

Od 15 roku życia musiałem z czegoś rezygnować. Już wiedziałem, że noga mnie ogranicza. Że muszę się liczyć z realiami i z cierpieniem. Doszedłem do wniosku, że cierpienie jest potrzebne, jest niezwykle twórcze. Że Pan Bóg nas „zadrapał” bólem, abyśmy mieli łatwość myślenia o rzeczach naprawdę ważnych. Że nasza egzystencja jest z natury ułomna, krucha, niesamodzielna, niesamowystarczalna… Nie jesteśmy sami z siebie.

 

Te rozmyślania, lektury, notki czytającego (w piętnastym roku życia miałem już za sobą dwukrotną lekturę Trylogii Sienkiewicza), próby ujęcia wszystkiego jednym słowem, obrazem, dobrym sformułowaniem doprowadziły mnie do… malowania oglądanego świata, a potem do zapisywania bardziej prawdziwej rzeczywistości: mało rozpoznawalnej jego głębi. Głębi tego świata w nas i obok nas. W Epilogach Jakuba (kolejnym tomiku poezji) umieściłem motyw zranionego Jakuba, który został naznaczony przez Boga w tajemniczym zmaganiu się i przeżywaniu głębi Niewidzialnego pod osłoną nocy.

W tych to okresach życia najwyraźniej kształtował się wybór: pomysł na życie. Jezusowa oferta człowieczeństwa. Był to wybór kapłaństwa.

 

Kalectwo nogi eliminowało mnie z towarzystwa, z pierwszeństwa na zabawie lub w sporcie. Pokornie przyjmowałem te jego skutki jako dające do myślenia, a nie jako przegraną. Dość wcześnie zaakceptowałem taki kulawy sposób na życie. Z którymś kolejnym gipsem stałem nawet na bramce, aby nie rezygnować z gry w piłkę nożną. W sali gimnastycznej ćwiczyłem na poręczach, aby nogi były zwolnione z wysiłku. Matka potem mówiła: widzisz, Franek, jakie to mądre, Pan Bóg dał ci sutannę, aby nie było widać zbyt mocno krzywej nogi. Wobec tego kalectwa wymyśliłem sobie franciszkową rolę „zapchajdziury”. Kiedy ktoś gdzieś czegoś odmawia, godzę się na zastępstwo i na zaradzenie trudnościom. Jest dla mnie najlepiej, gdy dopiero po czyjejś rezygnacji otrzymuję zaproszenie. Czuję, że taki „zapchajdziura” też jest pożyteczny. Wprawdzie nie potrafię zapchać wielkich dziur w Kościele (jeżeli w ogóle takie istnieją, przy zachowaniu tej metaforyki), ale małe dziurki na pewno są i warto je zasmarować, naprawić. Polubiłem pozycję „ostatniego”. Ostatni będą pierwszymi. Ale zapewne pierwsi w miłosierdziu Bożym nie będą ostatni. To dobra pozycja w samym kącie życia. Nieraz mówiłem sobie lub pisałem do znajomych: zajmuję teraz miejsce na tyłach tego świata, skąd przesyłam pozdrowienia. Ktoś jest z przodu i ktoś z tyłu.

 

Gdzie ogrody i wodospady

w krainie cudów pod okiem opatrzności

pod gołębiem pod krzyżem

schylam się nisko

aby uznać trójcę osób

jedno w wielości

jeden punkt na linii prostej

jedynkę konieczną przed tysiącem pustych zer

aby nigdy nie było nicości

aby nigdy nie było łatwo

aby nigdy nie było prosto

Wystarczy jedyne słowo

które stało się ciałem

skoro połączyło nieziemskie z piaskiem

doczesną trumnę wydłużyło w nieskończoność

pył przestał być kurzem

rdza zaczerwieniła się

robak zamilkł

śmierć spaliła się ze wstydu.

 

Jestem wdzięczny wielu ludziom: profesorom, pisarzom, filozofom, artystom, kapłanom, kolegom, młodzieży, oazowiczom, grajkom-gitarzystom i innym, zwłaszcza studentom, absolwentom wyższych uczelni, bliskim mi niektórym młodszym twórcom kultury, parafianom, licznym ludziom świeckim w parafii, przyjaciołom, z którymi tyle godzin dyskutowałem, rozmyślałem wspólnie pod namiotami, słuchając muzyki, tekstów, podziwiając wszelką twórczość, indywidualność, to, co ludzie sami z siebie mogą i potrafią, co nie jest powtarzaniem czyichś poglądów… Współpracownikom, którzy z niczego potrafią wyczarować sens i dobro… Najbardziej przecież piękne jest to, co moje, co wynika z moich decyzji, przemyśleń, darów Bożych. Dziękuję tym, którzy pobudzili mnie do hemingwayowskiego wysiłku starego człowieka na morzu, walczącego z przeciwnościami, aby nie utracić swojej złowionej ryby, tym, którzy pomogli mi wierzyć, że człowiek nie jest stworzony do klęski…

 

Wtedy krystalizowało się moje powołanie. Powiedziałem Panu Jezusowi: wyrzekam się dla Ciebie, Panie Jezu. Tak sensownie ułożyło się moje życie, że wyrzekanie się jest moją ścisłą dyscypliną i ascezą. Biorę kawał mojego drzewa i idę za Tobą. Dokąd?

 

Entuzjazmowałem się zmianami w Kościele. Jan XXIII został papieżem, gdy byłem na I roku w seminarium. Czytałem w „Tygodniku Powszechnym” wszystko, co się ukazywało o tym papieżu, o Soborze Watykańskim II, o Pawle VI. Nowe spojrzenie zaczęło dominować w Kościele, ekumenizm, szacunek dla każdej religii, szczególne uznanie dla tych, którzy prawdziwie Boga szukają, którzy pragną prawdy… przekonanie, że i oni należą do Kościoła. To znaczy, że inaczej trzeba rozumieć tezę, iż poza Kościołem nie ma zbawienia. Że jest znakiem jedności. Że Kościół jest wielki, powszechny, dla każdego.

 

Że jest otwarty dla poszukujących. Że ja jako ksiądz jestem dla wszystkich. Nie jestem dla jednej osoby ani dla jednej rodziny, ani dla jednej partii, ani dla jednej orientacji intelektualnej czy teologicznej.

 

Moje kapłaństwo musiałem poszerzać. Seminarium nie dało mi nowego spojrzenia na Kościół, chociaż miałem wybitnych profesorów i uważnie ich słuchałem (Buxakowskiego, Znanieckiego, Piszcza, młodego wówczas Pasierba). Nie przykładałem się za bardzo do egzaminów, bo wiedziałem, że schematy teologiczne mnie nie interesują. Czytałem Biblię często i chętnie. Czytałem literaturę, poezję. Wtedy debiutowałem w „Tygodniku Powszechnym” i dużo publikowałem w „Więzi”. Lektury były dla mnie olśnieniem. Czytałem Camusa, Sartre’a, Kołakowskiego. Artykuły w „Znaku”. Bardecki, Turowicz, Skwarnicki, Herbert, Grochowiak, Mrożek, Krzysztoń, Jastrun… Egzystencjalizm, personalizm. Potem miałem szczęście słuchać Hryniewicza na KUL-u, Blachnickiego, Kudasiewicza, Majewskiego, Szafrańskiego, Sawickiego, Krąpca, katechistów z Włoch, wielu gości odwiedzających KUL. Były sympozja, rozmaite „tygodnie”, poznawałem nowe ruchy w Kościele… Od 15 lat jestem proboszczem i przerobiłem dom katechetyczny w Grucznie na rekolekcyjny. Odbywają się u mnie rekolekcje oazy rodzin podczas wakacji, w innych miesiącach różne ORAR-y, konwiwencje neokatechumenalne, ewangelizacyjne spotkania młodzieży, a także dni kultury chrześcijańskiej, na które zapraszam nowych twórców, promuję świeże grupy, parafianom umożliwiam kontakt z tzw. wielką sztuką czy sztuką eksperymentalną.

 

Piszę o tym, aby uzasadnić tezę o potrzebie przeciwstawienia się rutynie. Rutyna, oswojenie się z byciem księdzem, formalizm – to, najogólniej mówiąc, największe z dwóch istotnych zagrożeń dla księdza. Ksiądz musi się przeciwstawić „łatwości bycia księdzem”. Przecież rok kościelny jest, jaki jest, i niedziele są po sobotach. I ksiądz nie może przestawić niedzieli na środę. I kręci się w tej karuzeli zegarka i dni. Jak w tej anegdocie: czy ksiądz jest, czy go nie ma, o określonej godzinie msza wychodzi. To jest bardzo jednostajny rytuał. I może się okazać, że to jest ładne i kolorowe, ale nie jest twórcze, nie jest naznaczone moją osobowością.

 

Otóż ja staram się często siadać przed pustą kartką i wciąż od nowa programować swoją pracę. Muszę mieć kolejny pomysł szczegółowy na przeżycie dnia, tygodnia, miesiąca. I tu pojawić się może drugie zagrożenie: brak wiedzy, brak lektury, brak bieżącej orientacji w dynamice Kościoła. Po prostu brak formacji. To tak jakbym wszedł na wielki stadion i nie wiem, gdzie usiąść, i nie wiem, co będzie i jak mam się zachować. Trzeba poświęcać kilka godzin dziennie na przeżywanie Kościoła, swojej wiary w Kościele, swoich powinności wobec wiernych i wobec świata. Tyle jest dokumentów Kościoła, tyle przemówień Ojca Świętego, tyle rzymskich instrukcji… Tyle rzeczy jest do zrobienia w Kościele, że aż głowa boli od niemożności. Dam jeden przykład. Bardzo ważna rzymska instrukcja sprzed 10 lat o przeżywaniu tajemnicy paschalnej. Kto ją zna? Ile razy była drukowana w Polsce? Wspaniałe inspiracje dla nas, mądre sprostowania, zalecenia i postulaty! A my nic o niej nie wiemy! Dlatego siadam przed pustą kartką, aby coś z tych kościelnych zaleceń wprowadzić w życie.

 

Niczego nie wymyślam. Nie słucham giełdy kapłańskiej, która jest fałszywą perspektywą (kapliczką, a nie Kościołem – jak to określił biskup Życiński; w kręgu księży szkoda czasu i energii na pseudofilozofie o dziejowym spisku, o masonerii i Żydach, na pseudopomysły duszpasterskie). Wyzwalanie się z rutyny i śledzenie reformującego się Kościoła jest moim programem kapłańskim. To mnie satysfakcjonuje i sprawia mi radość. Nieraz ta radość jest okupiona latami kryzysu i konfliktu. Na przykład 10 lat musiałem być na pozycji przegranej wobec władz kościelnych, które nie zgodziły się na sensowne projekty adaptacji liturgicznej wewnątrz kościoła neogotyckiego. Dopiero w tym roku pozwolono mi zrealizować sensownie część wnętrza. Parafianie się cieszą. Księża mi gratulują. Wyszło lepiej, niż myślałem. Nikt nie wie, ile cierpienia musiałem w sobie znieść. Musiałem udawać przegranego, głupio pokornego, posłusznego.

 

Moja praca ze świeckimi układała się dobrze. W ciągu 15 lat nigdy nie kolektowałem; ani ja, ani wikariusz (obecnie od dłuższego czasu jestem bez wikariusza). Nigdy nie ogłaszałem niczego ważnego, jeżeli nie zostało przedyskutowane na zebraniu jednej z rad parafialnych. Nigdy nie działam w pojedynkę. Robię często zebrania i spotkania ze świeckimi (z radami, a mam cztery: programowa, ekonomiczna, duszpasterska i młodych), z katechetkami (mam osiem wykształconych, a będę miał niebawem dwanaście), z zespołem Caritas, z pracownikami (parafia ma dwadzieścia rejonów, w których świeccy kierują m.in. rozdawaniem opłatków, pomagają biednym, zgłaszają sprawy ze swego rejonu). Mam sześciu nadzwyczajnych świeckich szafarzy Komunii świętych. Jest Klub Symeona i Anny (gromadzi emerytów – członków i sympatyków). Jest sześć kręgów różańca misyjnego.

 

Jest Akcja Katolicka (w fazie zaczątkowej, na razie będzie się zajmować bardziej turystyką i zabawami parafialnymi; obecnie raz w tygodniu jest prowadzony przez instruktorkę aerobik z modlitwą). Jest apel papieski prowadzony przez świeckich każdego 16. dnia miesiąca. Uważam Mszę świętą bez włączania świeckich (czytania, modlitwa wiernych, ewentualnie śpiewanie psalmu, składanie darów ofiarnych itp.) za niezbyt poprawną.

 

W kontaktach i w całej postawie księdza jest konieczny dialog. Dialog jest nie tylko zasadą Kościoła dzisiaj, ale wymogiem współczesności. Bez dialogu nie może być więzi ze świeckimi. Poprzez dialog ewangelizuję, idę w ten świat zbuntowanych ludzi i ukrytego Boga, który jest, ale nie narzuca się. Jestem ewangelizatorem, więc zawsze po stronie Boga, zawsze po stronie miłości, zawsze po stronie słabych. Uczę się od mojego Mistrza Jezusa, który kazał schować miecz, nadstawić drugi policzek, przebaczać, zło dobrem zwyciężać.

 

KS. FRANCISZEK KAMECKI, ur. 1940, przyjął święcenia w 1964. Kapłan diecezji pelplińskiej, poeta. Wydał tomy wierszy:Parabole Syzyfa (1974), Sanczo i ocean (1981), Epilogi Jakuba (1986).

 

Już 11 września nasz gość wystąpi przed tucholską publicznością w naszym ukochanym miejscu – bibliotece miejskiej i opowie o swojej twórczości.

 

Warto tam być!

 

Mariusz R.Fryckowski

 

Wykorzystano materiały z http://www.opoka.org.pl

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook