21 października 2020

Z wizytą w Woziwodzie, czyli… nie tylko sztuką człowiek żyje ( felieton osobisty)

5 min read

Ruszając dzisiaj do Woziwody miałem w zamyśle zrelacjonowanie wernisażu wystawy poplenerowej „Bielska Struga 2013”. Szczerze mówiąc, nawet nie wiedziałem o tym, że taki plener się odbył. Cóż, moja strata. Zwykle mijamy Woziwodę pędząc do Gdańska. W zasadzie większość z nas mija tę osadę (właśnie, jak określić tę miejscowość?) w zaledwie kilka sekund, zwalniając na dwóch dość ostrych zakrętach. Przez chwilę widzimy jakiś most, fragment zakola rzeki, jakieś zabudowania po lewej i prawej stronie, by po chwili ponownie podziwiać okoliczne lasy.

Cofam się pamięcią jakieś czterdzieści lat, przypominając sobie starą, socjalistyczną mapę drogową, gdzie ta miejscowość była maleńkim punkcikiem, ledwie kropką. Nawet do końca nie pamiętam, z czego słynęła Woziwoda, chyba z… gorzelni, ściślej z produktu, który wytwarzała.

I rzeczywiście, jej smutne szczątki widoczne są do dzisiaj. Jednak to chyba jedyny element starego krajobrazu. Dzisiaj zmieniło się wszystko. Miejscem uroczystości jest teren Leśnego Kompleksu Promocyjnego „Bory Tucholskie” Nadleśnictwo Woziwoda. Diablo skomplikowana nazwa, tylko ktoś z fotograficzną pamięcią ją sobie utrwali. Jednak warto, bo to miejsce jest jak marzenie turysty, który chce spędzić wolny czas na rzeczywistym łonie natury.

Co oznacza zwrot „rzeczywistym”? Tylko jedno – mamy do czynienia z dziewiczym miejscem. Oczywiście to nieprawda, ponieważ cały kompleks jest pod ścisłą obserwacją i opieką leśników. Czy to możliwe, że te lasy… odkurzają? Wrażenie jest niesamowite.

Tuż przed wjazdem do kompleksu zatrzymałem swoje auto. Napawałem się widokiem, przez chwilę nawet zastanawiałem się na tym, czy wejść na teren wspaniałego obiektu, czy zwyczajnie pójść na spacer. Wierzcie mi, jest dokąd i jest co podziwiać. Miejsce to zwiedziłem zimą, kiedy poszukiwałem tutaj drobiazgu – świątecznego drzewka.

Kompleks w Woziwodzie zasługuje bez wątpienia na swoją nazwę, nie dajmy się jednak zwieźć przyrodzie. To właśnie w nią wkomponowano cuda techniki, godne XXI wieku.  Tradycja i nowoczesność, nowoczesność i tradycja, tylko te dwa stwierdzenia zaprzątały mi głowę przez kilka chwil, kiedy podziwiałem uroczą fontannę, do której nikt „ z dzikich” nie wrzucił detergentu.

Nie pomyliłem się, tuż obok stoi stylowy budynek z drewna, który w swoim wnętrzu kryje prawdziwe skarby. Życzyłbym sobie, aby takich kompleksów tucholski powiat miał np. sto. Zapomnielibyśmy o kwestiach braku pracy dla mieszkańców. Bylibyśmy powiatem żyjącym z turystyki – część mojego marzenia.

Kim jest szef tego obiektu i całego kompleksu? Znam go z sesji Rady Powiatu, to wyjątkowo zrównoważony, niezwykle rozsądny człowiek, który wydaje się spełnił marzenie i teraz odcina kupony od swojego sukcesu – pan Zbigniew (kapitalna jest ta niezależność, nie muszę być oficjalnym w kwestiach wykształcenia i pełnionych funkcji, nikt nie może mieć mi tego za złe).

Proszę wybaczyć, ale nasuwa mi się dość naiwna scena, ta ze znanego serialu z gatunku – kultowych ( Boże, kto wymyślił to pojęcie?), o załodze pewnego czołgu, którego dowódca przekonuje żołnierzy do tego, że właśnie załoga musi być jak… pięć palców u jednej dłoni.

Właśnie taka jest Woziwoda, tutaj wszystko jest tak, jak być powinno. Z trwogą myślę o chwili, kiedy jakiś skostniały w poglądach, układny polityk, podda pod dyskusję pomysł o tym, aby sprywatyzować polskie lasy. Mam nadzieję, że tego nie doczekam.

O, przyjechała przemiła pani redaktor z Tygodnika Tucholskiego, jest dobrze, tym razem nie zabłądzę (śmiech). A jednak…, tradycji stało się zadość, zabłądziłem i… dobrze, bo jest czas, aby „skręcić” kilka scenek, przydadzą się podczas montażu filmu, aby nie był taki „oficjalny”, a przez to nudny. Wnętrze drewnianego budynku przytłacza, to wielkie pomieszczenie, w którym zebrano mnóstwo eksponatów. Ktoś solidnie się napracował, aranżując tę wspaniałą przestrzeń i nie był to amator.

Dostrzegam mnóstwo znajomych twarzy i to, po co tutaj przyjechałem – obrazy. Nie ma szans, aby każdemu dziełu poświęcić tyle czasu, ile zwykle zwiedzam podobne wystawy – około dwóch godzin. Pomimo tego, że obraz należy podziwiać z pewnej odległości, ja uwielbiam łamać tę zasadę z prostego powodu, uwielbiam z bliska podziwiać te charakterystyczne dla każdego malarza, pociągnięcia pędzla. Nie ma wyjścia, fotografuję każdą pracę, aby później w spokoju obejrzeć fotografie w studiu. Jeden z obrazów przyciąga moją uwagę, widz szybko samodzielnie ustali, który.

Jest starosta – pani Dorota Gromowska, wreszcie rozluźniona, to dzielna dama. W głębi dostrzegam Kazimierza Rinka – znakomitego, tucholskiego poetę. Jego ostatnia książka „Chłopiec jeziorny” wywołała małe tsunami w systemie wartości sporej grupy osób. Nie zawiodłem się, ten wyjątkowy głos przepięknie oddaje wszelkie walory dzieł, które czyta. Wśród wierszy jest i jego autorski, zadedykowany panu profesorowi Korytowskiemu –  świetnemu malarzowi. Pan Piotr Grzywacz ze swoją uroczą żoną –  a jeszcze wczoraj był jego benefis. UPS, pan Piotr podchodzi do mnie, wymieniamy kilka słów, niezwykle ciepłych. Odwykłem od podobnych zachowań, zdaje się, że materiał z benefisu spodobał się głównemu bohaterowi. Sytuacja powtarza się, tym razem ciepłe słowa płyną od mistrza – pana profesora Korytowskiego. Wreszcie docieram do gospodarza spotkania, jest jak zawsze uśmiechnięty i żartuje – pan Zbigniew Grugel szef całego kompleksu.

Wystarczy, czas wziąć się do pracy. Pierwsze fotografie już są przesyłane do redakcji, jak zawsze ich galeria już dostępna w naszej bliźniaczej witrynie TOKiS- a, tyle, że na FB. Ciekawe zjawisko, w Woziwodzie połączenie internetowe jest kilkukrotnie szybsze niż… w Tucholi!!! Wstyd i hańba dla tucholskich operatorów.

Niebywałe, już minęła godzina? Czas kończyć pracę, inni czekają. Woziwoda? Tak, to przepiękne miejsce, muszę tutaj zaglądać częściej i Ciebie Czytelniku, również do tego zachęcam.

 

Mariusz R.Fryckowski

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook