25 listopada 2020

TELEWIZYJNO FILMOWA AGENCJA PROMOCYJNA

TUCHOLSKA OFICYNA KULTURALNA i SPOŁECZNA tokIs – press tv

WOJNA O KARPIA SPOSOBEM WIELKICH SIECI HANDLOWYCH NA UPODLENIE LUDZI? (relacja)

6 min read

TOKiS od pierwszych dni swojego istnienia przestrzegał wszystkie lokalne władze przed zbyt pochopnym wprowadzaniem wielkich sieci handlowych, na teren naszego miasta.

W zasadzie udało się nam, mamy w Tucholi kilka rozpoznawalnych marek i jedną, która stara się być tygrysem lokalnego rynku. Mieszkańcy zaś od zarania, czyli od kilku lat marzą o tym, aby wprowadzić do nas słynnego Lidla, może Tesco. Nie do nas należy wybór, a do sieci, która rozpozna rynek, stwierdzi, że jest dla niej atrakcyjny oraz zgłosi ofertę komuś, kto ma teren odpowiadający potrzebom. Miasto nic nie może zrobić z wyjątkiem jednego – wyrażenia zgody, tak przynajmniej twierdzi pan Burmistrz Tucholi na podstawie ostatnich doświadczeń z przedstawicielami  nowej „Biedronki”, która być może powstanie przy ulicy Nowodworskiego w Tucholi.

Świąteczny karp na każdym stole

Kamil Newczyński specjalista social media marketingu twierdzi, że tradycyjny karp na świątecznym stole jest wymysłem minionej epoki.

W PRL-u przeważnie wszystkiego brakowało. Na kilka tygodni przed Świętami rzucano w zakładach pracy tony tej ryby. Łatwo ją było hodować na masową skalę, bo musiało starczyć dla wszystkich. Takie było zarządzenie Gomułki i Jaruzelskiego. Przed wojną na polskich stołach królowały znacznie lepsze ryby, jak sandacze czy szczupaki.

I rzeczywiście, Polska jest jednym z  nielicznych krajów na świecie, gdzie z takim pietyzmem podchodzi się do tej uroczej, acz paskudnej ryby, którą „zażeramy” się bez umiaru, raz do roku. Kapitalny produkt przyzwyczajenia Polaków, które skrzętnie wykorzystują wielkie sieci handlowe.

Promocja na wszystko, również na karpia z… „rodowodem”

Od kilku tygodni większość  marketowch gazetek prześciga się w anonsach, gdzie na pierwszym miejscu znajduje się karp w niezwykle atrakcyjnej cenie. To przyciąga uwagę konserwatywnego Polaka, który świetnie pamięta przeszłość i podświadomie wraca do niej, jak do najlepszych lat swojego życia. To jak z „rybą po grecku”, której to potrawy nikt w Grecji nie zna, wiem, sprawdziłem.

Karp musi mieć przywieszkę, że jest polski, co nie oznacza, że jest „ekologiczny”, wręcz przeciwnie, pochodzi ze stawów hodowlanych, gdzie aplikuje mu się wszystko to, co trzeba, aby przeżył, szybko nabrał masy i raz do roku sprzedał się na pniu. I tak jest!

Reklama dźwignią handlu i tematem pracy marketowych specjalistów od marketingu.

Marketingowcy zajmują się wyłącznie jednym, muszą zastosować takie sztuczki, aby najgorsze paskudztwo stało się atrakcyjne i sprzedało się po to, aby sieć zarabiała jak najwięcej. Promocja jest jak magnes, a ten zwykle przyciąga nawet najbardziej opornych i odpornych na sugestie, nawet podprogowe. Jeżeli nie kupią karpia, zawiedzeni kupią… cokolwiek, ważne, żeby przyszli! Prosta relacja.

Kto wie ile kosztuje kilogram karpia w Tucholi? Zgadza się, przeciętna cena to 14 złotych, bo za taką pozbywają się tego towaru tucholscy monopoliści, którzy mają na terenie miasta dwa punkty. Co oferują? Zupełnie niezły towar. Jest drogi i dobry. Jeżeli ktoś ma problemy z zabijaniem ryb, może na specjalne zamówienie zażyczyć sobie dekapitację ryby i filetowanie. Ta usługa kosztuje już więcej, około 23 złotych za kilogram. Mniej pracy, czyste sumienie,  ręce i  luzy w portfelu.

Wielkie sieci proponują to samo za mniejsze pieniądze. Wspomniany wcześniej Lidl poszedł na całość i tuszki karpia oferuje za 10 złotych! Okazja, prawda?  Poszliśmy tym śladem.

Ludzie, przecież mnie udusicie!

Jaki to dzień dzisiaj mamy? Właśnie, powszedni – czwartek 18.12. 2014 roku, niczym się nie równi od innych, z wyjątkiem tego, że to właśnie dzisiaj poprzez marketowe pisemka i reklamy w mediach, poinformowano Polaków o tym, że właśnie w Lidlu będzie można okazyjnie kupić „słynnego, polskiego karpika”. Nie trzeba było czekać na reakcję, do pobliskich Chojnic ruszyli również tucholanie, a wśród nich znalazł się przedstawiciel TOKiS-a, który przewidując to, co się stanie, bezczelnie i prowokacyjnie wmieszał się w tłum, zabierając sklepowy wózek – był jedynym, który wpadł na ten wariacki pomysł.

Sklep otwierają o ósmej – mówi starszy pan w moherowym berecie.

Może otworzą pięć minut wcześniej? – retorycznie i bezosobowo wtóruje mu jego  żona.

Są pierwsi, koczują pod sklepem od 6.30. O 7.30 tłumek gęstnieje z każdą chwilą, nasz reporter stoi przed wejściem do sklepu, jako trzecia osoba, dzielnie wspierając się na wózku. Mija kilka minut, przed wejściemem kłębi się już około 200 osób! Nasz reporter sukcesywnie spychany jest przez armię nerwowych emerytów, którzy już między sobą rozpoczęli słowną walkę o rybę.

Do otwarcia sklepu pozostało 10 minut, zadzwonił telefon od naszego informatora, który twierdzi, że w sklepowej chłodni znajduje ledwie 45 kilogramów świątecznej ryby. Nasz reporter przeczuwa, że za kilka chwil, o ósmej, przed sklepem, rozpęta się… piekło.

Czerwona lampka nad drzwiami sklepu zmienia kolor  na… zielony.

 Apokalipsa

Tucholanie trzymają się na uboczu, nie mają złudzeń, nasz reporter utknął pomiędzy tłumem, który przepchał się pod drzwi, a grupą, która stoi za nim i zaczyna napierać. Wózek przed nim stał się jednocześnie zderzakiem i… gilotyną!

Drzwi marketu bezszelestnie rozsuwają się…

Ty stara k…, nie pchaj się! – wrzeszczy starszy pan w berecie.

Ludzie, ratunku, udusicie mnie! – krzyczy młoda dziewczyna w ciąży.

Tłum napiera na drzwi, kilkadziesiąt osób w tej samej chwili próbuje wejść do wnętrza. Kto znajduje się przy futrynie, będzie posiniaczony. Tłum napiera z większym impetem, nasz reporter znalazł się w matni. Zablokowany przez tłum z przodu wózek staje się naturalną zaporą, na uchwyt którego nadział się nasz kolega. Nie ma wyjścia, albo będzie miał połamane żebra, albo da „całą wstecz”. Wybiera druga opcję, skutecznie jednocześnie upadają cztery osoby, tłum rzednie. Wyrwany z rąk wózek przesuwa się wraz z tłumem w stronę drzwi. Po chwili utknął w ich pobliżu, ktoś krewki odepchnął go w bok, ktoś krzyknął z bólu.

Uwolniony reporter wyciąga telefon i wykonuje dwie fotografie. Mija kolejne kilkanaście sekund i jest już po wszystkim. Tłum znika we wnętrzu marketu.

IMG_20141218_080101

Ze sklepu wychodzi młoda dziewczyna. Triumfalnie podnosi torbę, ma w niej dziesięć „tacek”, pierwotnie była gdzieś pośrodku tłumu. Pan w berecie rozciera obite kolano, spóźnił się, wściekły odchodzi z kwitkiem, nawet nie czeka na żonę.

Tucholanie spokojnie „uwalniają” sklepowe wózki i robią zakupy, omijając z daleka chłodziarki z rybami, wokół których tłum ciągle nie może uwierzyć w to, że ryb już nie ma. Pstrągi i inne ryby ich nie interesują, bo co to za święta bez karpia? 45 kilogramów… śmiechu warte? Nie do końca, ktoś dobrze to zaplanował…

Przekażcie sobie znak pokoju 

Kilka ulic dalej, starszy pan podjechał wiekowym „Polonezem” z przyczepką, ustawił na niej przedpotopową wagę szalkową i rozchylił brezent. W wielkiej kadzi kłębią się ryby.

Patrzcie! – mówi jeden z naszych.

Facet ma karpie i to jakie wielkie! Rzeczywiście, ich wymiary są imponujące.

W jakiej cenie? – zapytał ktoś z przechodniów.

10,50 jak dla pana – odparł starszy pan uśmiechając się szelmowsko.

Tucholanie są zadowoleni, świeża ryba z własnej hodowli w dodatku tania i duża! Robią zakupy. Możemy wracać, nic tu po nas.

Ktoś dowcipkuje…„jak za Gierka, nie?”.

„Powrót do przeszłości” – dodaje ktoś inny.

A na pasterce wszyscy będą między sobą wymieniać „znak pokoju”,cieszyć się BOŻYM NARODZENIEM, choć niektórzy będą masować obolałe ciała i smarować… siniaki

– dowcipkują, wsiadając do samochodu.

W Bydgoszczy, na Osowej Górze  było podobnie…

Święta…

________________

(red.)

 

Please follow and like us:
Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook