sob. Gru 7th, 2019

Telewizyjno – Filmowa Agencja Promocyjna

„Zwierzaki* z Elmhurst” (Michał Folega)

9 min read

Walentyna i Aleksander Jantowie z ukochanym Smykiem

W nowojorskim domu Walentyny i Aleksandra Jantów (choć od ponad 40 lat urzęduje w nim wyłącznie Pani Wala), można poczuć jakby było się w Polsce. Każdy element jego wystroju przypomina o ojczyźnie; obrazy, książki, a nawet meble. Jednak nie o samym domu i jego właścicielach tym razem będzie mowa. W domu tym zauważyć i poczuć  można coś jeszcze – wielką miłość do zwierząt. Były one nieodłącznym jego elementem od czasu, kiedy wszedł on w posiadanie Jantów. Zacznijmy jednak od początku…

zdj-2
Pietrek odpoczywający na głowie Pani Wali.

Miłość Pani Wali do naszych mniejszych przyjaciół zaczęła się jeszcze w okresie beztroskiego dzieciństwa we Lwowie. Pewnego dnia pod stołem w kuchni znalazła chorego i konającego szczeniaka, którym służba zupełnie się nie interesowała. Przez kolejnych kilka dni przychodziła go karmić, a kiedy nie zauważyła poprawy, jako mała dziewczynka sama zaniosła go do zaprzyjaźnionego z rodziną lekarza. Ten podał mu odpowiednie leki i po kilku dniach psiak doszedł do siebie. Od tego czasu mała Walentyna i Dada (tak nazwała psa) stali się nieodłącznymi przyjaciółmi, do tego stopnia, że kiedy jako młoda dziewczyna zdecydowała się w 1938 roku wyjechać na studia do Londynu, Dada przeżyła wielki szok. Przestała jeść stała się agresywna – psa trzeba było uśpić.

Kiedy w 1957 roku wraz z mężem kupili dom w Elmhurst – osiedlu stanowiącym część dzielnicy Queens, natychmiast pojawił się w nim jamnik – Smyk, Smykowski, Smykosina, Smykosz. Niestety nie wiem dokładnie skąd wzięli go Połczyńscy, ale wiem, że był on zwierzęciem wyjątkowym dla swoich opiekunów. Smykuś miał sparaliżowane tylne łapy. Pomogła mu silna wola jego właścicieli. Wychodząc z nim na spacer jego tułów opasywali krawatem i delikatnie podnosili, zmuszając Smyka do opierania się na tylnych kończynach. Dzięki tak intensywnej „rehabilitacji” po kilkunastu miesiącach zwierzak był zdolny do samodzielnego człapania. Do dziś z ust Pani Wali usłyszeć można barwne opowieści o przygodach dzielnego psiaka u boku swego Pana – Aleksandra. Był on dla nich jak dziecko, towarzyszył im w każdej podróży po Stanach, w które Jantowie wyruszali chcąc odpocząć od szarej codzienności. Smyk stał się także bohaterem wielu fotografii, na których widać Walentynę i Aleksandra wraz ze swoim ukochanym czworonogiem.

Walentyna i Aleksander Jantowie z ukochanym Smykiem
Walentyna i Aleksander Jantowie z ukochanym Smykiem

Latem 1966 roku choroba Pani Wali wymusiła kilkudniowy odpoczynek na Long Island. Jest to wyspa leżąca u wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych, popularny kurort turystyczny nad Atlantykiem, otoczony trzema zatokami: Peconic Bay, Shinnenock i Tiana. Wykorzystując wolny czas zdecydowali się poszukać tam domu letniskowego, który byłby miejscem stałych wypadów z Nowego Jorku. Aleksandrowi zależało szczególnie, aby w okolicy było dużo zieleni, wody i las. Zainteresowała ich nieruchomość położona w Hampton Bays, niewielkiej osadzie w rejonie The Hamptons, w którego skład wchodzą jeszcze Southampton i Hampton Est. Należała do pary nowojorskich kwiaciarzy, którzy planowali osiąść tu na stałe, jednak po zamknięciu biznesu zdecydowali się pozostać w mieście. Wkrótce Jantowie stali się właścicielami nowej siedziby, leżącej zaledwie minutę drogi od wód zatok i graniczącej z rezerwatem indiańskim. Dom posiadał szklaną werandę z widokiem na ocean. Od tego momentu Hampton Bays stało się częstym miejscem ucieczek od szalonego życia w Nowym Jorku. Półtorej godziny do Nowego Yorku stworzyliśmy tutaj osobny swój świat, oprawiony w drzewa, pełen ptaków, kwitnący różnymi krzewami, o każdej porze roku pozwalający oderwać się i przenieść w inny klimat, nie tylko pod względem meteorologicznym. W amerykańskich, a szczególnie nowojorskich warunkach istnienia jest to ten sposób ułożenia życia, który pozwala na oddech, daje potrzebną chwilę oderwania, umożliwia wytrzymanie całotygodniowych napięć. W naszym układzie zajęć wygląda to konkretnie tak, że uciekamy z Nowego Yorku każdej soboty zaraz po poczcie, aby wrócić najwcześniej w poniedziałek wieczorem.[1]

Hampton Bays stało się dla Aleksandra miejscem inspiracji i natchnieniem dla jego wierszy, a zwłaszcza jeden z nich – „Śnił mi się krzyk”, zasługuje na szczególne zainteresowanie. Krzyk dzikich gęsi usłyszany na Long Island pozwala Jancie przypomnieć sobie wiejską młodość w Borach Tucholskich. Przez niektórych krytyków uważany jest za jeden z najlepszych wierszy w jego dorobku.

Śnił mi się krzyk dzikich gęsi

pod chmurami lecących w kluczu

kto za młodu raz słyszał ich głos

już go nigdy w życiu nie zapomni

 

gdy wyszdłem rano nad morze

które bije teraz o mój brzeg

zobaczyłem dziką gęś kanadyjską

pośród codziennych mew

 

pozwoliła mi podejść

na mój głos odpowiedziała swoim głosem

otworzyłem szeroko ramiona

ale mi się podniosła na skrzydłach

poszła szybkim lotem nad zatokę

ponad wodą wielką i czystą

otworzyła pustkę w którą wpisuję

podniebny krajobraz młodości zasnuty chmurą[2]

Aleksander Janta i Smyk podczas połowu muli w Hampton Bays.
Aleksander Janta i Smyk podczas połowu muli w Hampton Bays.

Z Hampton Bays związany jest również pewien incydent. Którejś soboty, jadąc do swojej letniej rezydencji, Aleksander zatrzymał samochód na poboczu bardzo ruchliwej drogi. Zainteresowały go rosnące przy ulicy piękne paprocie, i postanowił wykopać kilka do ogrodu. Kątem oka spostrzegł, że z mokradeł wyłania się z rozłożonymi skrzydłami łabędzica prowadząca swoje młode wprost pod nadjeżdżające samochody. Nie zastanawiając się ani chwili, wbiegł na ulicę i zaczął machać rękami, zatrzymując cały ruch (cztery rzędy samochodów), by łabędzica spokojnie i bezpiecznie mogła przeprowadzić młode na drugą stron ulicy. Wszyscy kierowcy w wielkim skupieniu obserwowali sytuację, jakby uczestniczyli w jakimś wyjątkowym wydarzeniu. Po wszystkim Aleksander nagrodzony został wielkimi brawami.

Powracając jednak do Nowego Jorku. Pewnego dnia, wychodząc z domu, Aleksander znalazł w ogrodzie małego, nagiego pisklaka, który prawdopodobnie wypadł z gniazda. Nie bardzo wiedząc co z nim zrobić zabrał go do domu i polecił Pani Wali, aby się nim zajęła. Ona także nie mając żadnego pojęcia jak z nim postępować włożyła go do pudełka kartonowego z pociętymi gazetami i zadzwoniła do okolicznej lecznicy z prośbą o wskazówki. Stamtąd otrzymała instrukcję jak postępować z pisklęciem i karmić go. Przez następne kilka godzin mieliła jedzenie i przez strzykawkę podawała małemu do dzioba. Po kilku godzinach, ku radości Jantów, pisklak zaczął głośno krzyczeć, dochodząc do zdrowia. W ten sposób Połczyńscy przygarnęli kolejne zwierzątko – szpaka, które nazwali Pietrkiem.  Przez kilka kolejnych tygodni pilnie i z wielkim zaangażowaniem karmili go i ogrzewali. Kiedy ten urósł biegał i fruwał beztrosko po ich nowojorskim domu, a kiedy Janta wychodził ze Smykiem na spacery Pietrek z wielkim wdziękiem podążał skacząc przy nodze swego Pana. Budziło to wielkie zainteresowanie, podziw i ubaw wśród sąsiadów. Wielką radość sprawiały Jantom wspólne z Pietrkiem wypady do Hampton Bays, gdzie ten całe dnie latał po okolicy, od czasu do czasu siadając na ramieniu Pani Wali i przykładając do niego głowę – jakby zapadał w krótki sen. Po kilku sekundach zrywał się i leciał dalej. I tak trwało przez kilka miesięcy, dopóki pewnego słonecznego dnia w Hampton Bays Pietrek odfrunął i już nigdy nie wrócił. Aleksander pocieszał żonę, że jak to w życiu bywa „chłopak znalazł w sąsiedniej wsi dziewczynę, przeprowadził się, wziął ślub i założył rodzinę”. Do dziś Pani Wala z wielkim uśmiechem wspomina małego szpaka, przytaczając różne zabawne z nim historie. Ile to razy zdarzało się, że mały Pietrek skakał beztrosko po jej głowie, gdy ta relaksując się w ogrodzie czytała książkę.

Innym interesującym zajęciem Aleksandra stało się ratowanie spod kół rozpędzonych samochodów wolno kroczących po jezdni żółwi. Działo się to podobnie jak z łabędzicą podczas jazdy do Hampton Bays. Aleksander zatrzymywał się i przenosił na drugą stronę ulicy żółwie, którym jak powiadał nagle zachciało się żyć gdzie indziej. Te historie w okresie śmiertelnej choroby pobudziły go do głębszych refleksji. W jednym z wierszy porównuje siebie do takiego żółwia – z własną kryjówką na grzbiecie, powoli, ale stanowczo kroczącego w obranym przez siebie kierunku, bez pytania kogokolwiek o drogę. Problemem jest tylko fakt, że żółw uparcie próbuje przekroczyć ruchliwą drogę… Utwór kończy się znamiennymi słowami:

A teraz myślę że to nie tak głupie

mimo ryzyko doprawdy szalone

próbować poznać także drugą stronę.[3]

image
Pani Wslentyna i Feluś.

 

Z biegiem lat po śmierci Aleksandra, Pani Walentyna zaczęła zwracać uwagę na coraz liczniej pojawiające się w jej okolicy bezdomne koty. Zatroskana o ich losy, zaczęła je dokarmiać, do takiego stopnia, że te codziennie pojawiały się na jej posesji – wiedząc, że zawsze zastaną pełną miskę jedzenia. Dwa z kociaków stały się wierne pozostając przy jej boku. Są to Toto (imię zaczerpnięte od zaprzyjaźnionego z Panią Walą właściciela jednej z restauracji na Brooklynie) oraz Feluś (nazwany tak od imienia przyjaciela Pani Wali – Feliksa Topolskiego). Pierwszy z kotów nieco grubszy i dość leniwy, drugi szczupły, ale za to jeszcze bardziej leniwy. Są one dziś nieodzownym elementem domu w Elmhurst, a kiedy pojawi się w nim ktoś „obcy”, podejrzliwie kręcą się po pokoju przyglądając się uważnie przybyszowi. Chcąc zdobyć ich zaufanie trzeba się dużo postarać – oj dużo… Nie wystarczy zwykłe „pogłaskanie”, odbyć się musi cały rytuał – głaskanie po główce, szyi, a później już po całym brzuszku, kiedy to Feluś przewraca się z jednego boku na drugi, domagając się pieszczot. Po takim relaksie koty kolokwialnie mówiąc są kupione. Codzienne rano po przebudzeniu, jak i wieczorem przed snem – odbywa się obchód mający na celu sprawdzenie czy
„chłopcy” są w domu. Biada kiedy któregoś brakuje!

Aż trudno wyobrazić sobie ile kociaki znaczą dla Pani Wali. Każdego ranka Feluś i Toto kolejno wskakują na łóżko, kładą się przy Jej boku i oczekują głaskania. Kiedy otrzymają swoje głośno mruczą i merdają ogonem, a gdy zwyczajnie mają dość ostentacyjnie zeskakują i wychodzą z pokoju bez okazania jakiejkolwiek wdzięczności…

image1
Pani Wala i drugi z kotów Toto.

Warto wspomnieć o jeszcze jednych, „dzikich lokatorach” domu w Elmhurst. Są to dwie szare wiewiórki mieszkające w posadzonym w ogrodzie orzechu. Biegają one sobie wesoło po dachu, goniąc się i skacząc po zwisających gałęziach. Gdy przychodzi jesień w liściach zgromadzonych na balkonie zakupują orzeszki. Podczas jednej z moich wizyt u Pani Wali, budząc się rano zauważyłem za oknem wiewiórkę, która bacznie mi się przyglądała, obserwując kto jest w pokoju. Taka sytuacja powtarzała się codziennie rano. Aby zdobyć ich sympatię, należało wysypać kilka orzechów na werandzie, nie mówiąc już, że pozostawienie na moment uchylonych drzwi od balkonu skutkowało zastaniem w pokoju dzikiego lokatora.

Jak widać dom w Elmhurst przyciągał nie tylko czołowych polskich pisarzy i działaczy polonijnych, stając się swego rodzaju centrum Polskości w USA, ale także od zawsze bywały w nim różnorodne zwierzęta, otoczone miłością i ciepłem, co świadczy wyłącznie o dobrym sercu ich właścicieli.

_____________________

Tekst: Michał Folega

*[Przyp. autora]Pani Wali nie spodobał się tytuł choć zaczerpnięty został z książki Janty, dlatego dokonałem zmiany z „zawierzaki”, na zwierzaki.

Fotografie pochodzą ze zbiorów prywatnych autora. Jakiekolwiek ich kopiowanie bez uprzedniej zgody jest zabronione.

[1] A. Janta, Nowe odkrycie Ameryki, Paryż 1973, s. 436-437.

[2] A. Janta, Śnił mi się krzyk, Kraków 1979, s. 110.

[3] A. Janta, Przestrogi drugie, Nowy Jork 1973, s. 5.