Moim zdaniem warto rozdzielić dwie kwestie: czy rodzice mają uzasadnione powody, żeby obawiać się o bezpieczeństwo dzieci w polskich szkołach, oraz czy niewysyłanie dzieci do szkoły jest właściwą reakcją na te obawy. To nie jest to samo.
Rodzic ma prawo oczekiwać, że szkoła będzie miejscem, w którym dziecko jest bezpieczne — zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Jeśli pojawiają się informacje o przemocy rówieśniczej, nękaniu, zagrożeniach ze strony osób dorosłych, braku odpowiedniej reakcji nauczycieli czy innych niepokojących zdarzeniach, nie należy zbywać obaw rodziców stwierdzeniem, że „takie rzeczy zawsze się zdarzały”.
Z drugiej strony warto uważać, żeby pojedyncze, nawet bardzo poważne wydarzenia nie prowadziły automatycznie do wniosku, że wszystkie szkoły są niebezpieczne. Znaczenie ma to, co dokładnie się wydarzyło, jak często dochodzi do podobnych sytuacji, czy zagrożenie jest nadal aktualne i czy dyrekcja oraz odpowiednie służby rzeczywiście reagują.
Co zmieniają ostatnie wydarzenia?
Niepokój rodziców nie jest wyłącznie hipotetyczny. W dniach 7–8 października 2026 r. doszło do dwóch poważnych ataków z użyciem noża: w szkole w Ostrołęce oraz w placówce w Leszczydole-Nowinach, gdzie zginęła pracownica szkoły. Odnotowano również trzeci atak w Warszawie. Władze i policja uruchomiły dodatkowe działania prewencyjne.
W tej sytuacji uważam, że rodzic nie powinien być zmuszany do udawania, że nic się nie stało. Jednocześnie decyzja o pozostawieniu dziecka w domu powinna zależeć od konkretnych okoliczności.
Kiedy niewysyłanie dziecka do szkoły może być uzasadnione?
- Bezpośrednie zagrożenie — wiarygodna groźba dotycząca konkretnej placówki, ostrzeżenie służb albo brak potwierdzenia, że niebezpieczeństwo minęło.
- Nieskuteczna reakcja szkoły — dyrekcja ignoruje zgłoszenia dotyczące przemocy, gróźb lub niebezpiecznych zachowań.
- Poważny kryzys dziecka — dziecko odczuwa tak silny lęk, że nie jest w stanie normalnie funkcjonować, a rodzic potrzebuje czasu, by zorganizować mu pomoc.
- Potrzeba krótkiej przerwy na ocenę sytuacji — rodzic chce wyjaśnić wiarygodne informacje i ustalić ze szkołą, jakie zabezpieczenia rzeczywiście obowiązują.
W takich okolicznościach czasowa nieobecność może być rozsądnym środkiem ostrożności. Ważne jednak, by nie zastępowała rozwiązania problemu.
Co z obowiązkiem szkolnym?
W Polsce obowiązek szkolny nie znika z powodu ogólnych obaw o bezpieczeństwo. Nieusprawiedliwione nieobecności mogą prowadzić do konsekwencji prawnych. Zasady usprawiedliwiania określa m.in. statut danej szkoły. Dlatego przy planowanej dłuższej przerwie warto uzgodnić z dyrekcją sposób zapewnienia dziecku nauki i sprawdzić możliwości nauczania poza szkołą.
Co zrobiłbym na miejscu rodzica?
- Porozmawiałbym z dzieckiem i sprawdził, czy boi się konkretnie czegoś, co wydarzyło się w jego szkole, czy reaguje na ogólne doniesienia.
- Zapytałbym dyrekcję o procedury reagowania na wtargnięcie osoby niebezpiecznej, zgłaszanie gróźb i ochronę uczniów.
- Sprawdzałbym oficjalne komunikaty policji i szkoły, zamiast opierać decyzję na krążących w internecie pogłoskach.
- Jeśli pojawiłoby się wiarygodne, konkretne zagrożenie, priorytetem byłoby bezpieczeństwo dziecka, a nie samo odnotowanie jego obecności na lekcjach.
Najważniejsze jest to, że odpowiedzialność za bezpieczeństwo nie może spoczywać wyłącznie na rodzicach. Szkoła, jej dyrekcja, organy prowadzące i służby powinny zapewniać realną ochronę, a nie tylko uspokajać opinię publiczną po tragedii.
Nie uważam też, że rodzic musi czekać, aż coś złego stanie się właśnie jego dziecku, żeby potraktować zagrożenie poważnie. Z drugiej strony masowe, bezterminowe pozostawianie dzieci w domach nie rozwiąże problemu przemocy.
Chciałbym Cię jednak zapytać o jedną rzecz: czy chodzi Ci przede wszystkim o ostatnie ataki z użyciem noża i obawę przed kolejnymi, czy również o szerszy problem — narastającą agresję między uczniami, przemoc psychiczną i brak odpowiedniej reakcji ze strony szkół? To istotne rozróżnienie, bo w obu przypadkach argumenty za pozostawieniem dziecka w domu mogą być inne.
w szerszym kontekście
W szerszym kontekście problem jest znacznie poważniejszy niż same ataki z użyciem noża. Chodzi o to, czy rodzice mogą ufać, że szkoła potrafi ochronić ich dzieci przed przemocą, upokarzaniem, zastraszaniem i długotrwałym krzywdzeniem — również wtedy, gdy nie ma bezpośredniego zagrożenia życia.
Dane pokazują, że nie jest to obawa bez podstaw. Raport Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę „Rówieśnicy 2026”, oparty na badaniu 141 911 uczniów i uczennic ze szkół uczestniczących w programie profilaktycznym, wskazuje na szeroką skalę przemocy rówieśniczej. Według podsumowania Najwyższej Izby Kontroli 87% badanych w wieku 10–17 lat doświadczyło w ciągu poprzedniego roku przynajmniej jednej formy przemocy rówieśniczej. To badanie dużej grupy uczniów, ale nie należy automatycznie traktować go jako reprezentatywnego pomiaru dla wszystkich dzieci w Polsce.
Dlaczego problem jest tak trudny?
Widzę tu cztery nakładające się kwestie.
- Przemoc staje się codziennością, którą dorośli czasem bagatelizują.
Nie każde prześladowanie kończy się pobiciem. Może zaczynać się od wyśmiewania, izolowania ucznia, upokarzających nagrań czy gróźb na komunikatorach. Jeśli dziecko codziennie boi się pójść do szkoły, to nie jest błahy problem tylko dlatego, że nie ma widocznych obrażeń. Raporty dotyczące przemocy rówieśniczej opisują ją jako zjawisko obejmujące również przemoc psychiczną i cyfrową.
- Szkoła nie zawsze ma wystarczające narzędzia albo skutecznie z nich korzysta.
Ważne jest nie tylko to, czy szkoła ma regulamin i procedury, ale też to, czy nauczyciele potrafią rozpoznać zagrożenie, czy uczniowie mogą bezpiecznie zgłaszać problemy i czy sprawcy ponoszą konsekwencje. Sama obecność dokumentów nie gwarantuje bezpieczeństwa. NIK, która 2 października 2026 r. opisała rozpoczętą kontrolę systemu przeciwdziałania przemocy rówieśniczej, wskazuje właśnie na potrzebę skoordynowanego działania szkół, samorządów i instytucji państwowych.
- Dziecko nie kończy dnia szkolnego wraz z ostatnim dzwonkiem.
Konflikt z klasy może trwać wieczorem w Internecie. Upokarzające zdjęcie, groźby czy wykluczenie z grupy mogą towarzyszyć dziecku także w domu. Rodzic nie zawsze może więc rozwiązać problem, po prostu odbierając dziecko ze szkoły.
- Rodzice mogą stracić zaufanie do instytucji.
I to moim zdaniem jeden z najpoważniejszych aspektów. Jeśli rodzic zgłasza przemoc, a słyszy, że dzieci muszą same rozwiązywać konflikty, że to tylko żarty albo że nie warto robić problemu, może dojść do wniosku, że jedyną skuteczną ochroną jest zabranie dziecka z takiego środowiska.
Nie można oczekiwać od rodziców bezgranicznego zaufania, jeśli instytucja nie potrafi wykazać, że rzeczywiście chroni uczniów.
Czy w takim razie rodzice powinni przestać wysyłać dzieci do szkół?
Rozpatruję trzy sytuacje.
| Sytuacja | Co warto rozważyć |
| W szkole konkretnego dziecka dochodzi do przemocy, a zgłoszenia są ignorowane | Czasowe nieposyłanie dziecka lub zmiana placówki może być przedmiotem poważnego rozważenia, równolegle z interwencją. |
| Dziecko odczuwa silny lęk, ale nie ma potwierdzonego bezpośredniego zagrożenia | Potrzebna jest ocena sytuacji, rozmowa ze szkołą i wsparcie dziecka; nie należy ani bagatelizować lęku, ani automatycznie zakładać najgorszego. |
| Rodzice obawiają się ogólnego wzrostu przemocy w kraju, ale nie ma konkretnych sygnałów zagrożenia w danej szkole | Większy sens ma wspólne domaganie się skutecznych procedur i rozliczania ich działania niż bezterminowe wycofanie dzieci z edukacji. |
Nie oznacza to, że rodzic ma czekać bezczynnie, aż szkoła coś zrobi. Jeśli dziecko jest krzywdzone, jego bezpieczeństwo jest ważniejsze niż zachowanie pozorów normalności.
Trzeba jednak pamiętać, że długotrwałe pozostawanie w domu może ograniczać kontakty społeczne, rozwój i dostęp do edukacji, a samo w sobie nie rozwiązuje problemu przemocy.
Co powinno się zmienić?
Moim zdaniem rodzice powinni móc oczekiwać od każdej szkoły kilku konkretnych rzeczy:
- jasnej i szybkiej reakcji na zgłoszenia przemocy;
- ochrony ucznia zgłaszającego problem przed odwetem;
- realnej odpowiedzialności za zaniedbania w reagowaniu;
- dostępnego psychologa i pedagoga oraz możliwości uzyskania pomocy;
- regularnego sprawdzania, czy wprowadzone działania rzeczywiście działają;
- przejrzystej informacji dla rodziców o procedurach bezpieczeństwa.
To nie powinno zależeć wyłącznie od dobrej woli dyrektora ani od tego, czy rodzic ma czas, wiedzę i siłę, by walczyć o swoje dziecko.
Najważniejsza kwestia
Nie sprowadzałbym tego problemu do pytania, czy rodzice przesadzają, czy też powinni bardziej ufać szkole.
Pytanie brzmi: jakiego poziomu bezpieczeństwa mamy prawo wymagać od instytucji, której powierzamy dzieci na kilka godzin każdego dnia?
Nie da się zagwarantować, że w szkole nigdy nie dojdzie do przemocy. Można jednak wymagać, by zagrożenia były rozpoznawane, zgłoszenia traktowane poważnie, a dzieci skutecznie chronione. Gdy tego brakuje, obawy rodziców mają realne podstawy.
Czy cenzura Internetu pomoże w ograniczaniu takich zdarzeń?
Moim zdaniem ograniczenie dostępu dzieci do części treści internetowych może pomóc, ale szeroka cenzura Internetu nie jest ani wystarczającym, ani dobrze udowodnionym sposobem zapobiegania przemocy w szkołach. Kluczowe jest to, co dokładnie ograniczamy, w jakim wieku i jak egzekwujemy przepisy.
Warto rozróżnić trzy rzeczy: cenzurę, czyli szerokie ograniczanie dostępnych treści; ochronę dzieci przed konkretnymi szkodliwymi materiałami; oraz ograniczanie korzystania z mediów społecznościowych przez najmłodszych. To różne rozwiązania, które mogą mieć różne skutki.
Co rzeczywiście może pomóc?
- Ograniczenie mediów społecznościowych dla najmłodszych
Może ograniczyć kontakt z cyberprzemocą, presją grupową, poniżającymi filmami i treściami promującymi agresję. Nie ma jednak podstaw, by zakładać, że samo ograniczenie dostępu automatycznie zmniejszy liczbę ataków fizycznych w szkołach. Przegląd 56 metaanaliz wykazał wyraźny związek cyberprzemocy z negatywnymi skutkami psychicznymi, ale nie dowodzi, że ogólna cenzura zapobiega szkolnym atakom.
- Skuteczne blokowanie konkretnych szkodliwych treści
Usuwanie gróźb, materiałów przedstawiających przemoc, treści nawołujących do ataków oraz publikacji wykorzystywanych do nękania może być bardziej bezpośrednim działaniem niż blokowanie całych serwisów. Istotne jest szybkie zgłaszanie zagrożeń, odpowiedzialność platform i reagowanie służb.
- Zmiana mechanizmów działania platform
Platformy powinny ograniczać algorytmiczne promowanie agresywnych treści, ułatwiać blokowanie nękających osób i umożliwiać zgłaszanie niebezpiecznych zachowań. UNESCO wskazuje na potrzebę współpracy szkół, rodziców, młodzieży i firm technologicznych, zamiast polegania na jednym zakazie.
Gdzie zaczyna się problem z cenzurą?
Wyobraźmy sobie, że państwo blokuje treści uznane za niebezpieczne. Pojawiają się wtedy trzy trudne pytania:
- Kto ustala, co jest niebezpieczne? Groźby i nawoływanie do przemocy można definiować stosunkowo precyzyjnie. „Treści szkodliwe” to pojęcie znacznie szersze.
- Czy zakaz będzie skuteczny? Młodzi mogą przechodzić na inne platformy, korzystać z komunikatorów lub obchodzić ograniczenia.
- Czy nie ograniczymy także dostępu do wiedzy i pomocy? Zbyt szerokie blokowanie może utrudnić dostęp do materiałów edukacyjnych, informacji o zdrowiu psychicznym czy miejsc, w których młodzi szukają wsparcia.
Istnieje też ryzyko, że narzędzia stworzone do ochrony dzieci zostaną w przyszłości wykorzystane do ograniczania legalnych wypowiedzi. Dlatego potrzebne są precyzyjne przepisy, kontrola decyzji i możliwość odwołania.
A co z Polską?
W raporcie z 20 lipca 2026 r. Najwyższa Izba Kontroli wskazała, że ochrona dzieci w polskim Internecie nadal wymaga skuteczniejszych rozwiązań prawnych, współpracy instytucji i sprawdzania, czy działania profilaktyczne rzeczywiście przynoszą efekty.
To istotne: problemem nie jest wyłącznie to, ile treści dzieci oglądają, lecz także sposób, w jaki platformy je angażują, z kim nawiązują kontakt i czy ktoś reaguje, gdy pojawia się zagrożenie.
Moim zdaniem rozsądniejszy kierunek to silna ochrona nieletnich w Internecie, a nie powszechna cenzura. Obejmuje ona ograniczenia wiekowe, ochronę przed treściami przemocowymi i pornograficznymi, odpowiedzialność platform oraz edukację cyfrową. Równocześnie szkoły muszą skutecznie reagować na przemoc, która przenosi się z Internetu do prawdziwego życia.
I jeszcze jedno: nie należy zakładać, że każdy młody człowiek, który ogląda brutalne treści, stanie się agresywny. Między ekspozycją na treści a rzeczywistym atakiem istnieje wiele czynników pośredniczących.
mrf.
Źródła:
NIK
Rzecznik Praw Dziecka
UNESCO
REUTERS
GOV.pl
